Martwe Zło: Ogień to szósta odsłona serii, która od około 45 lat straszy i obrzydza kolejne pokolenia widzów. Produkcja Sébastiena Vaničeka trafiła na ekrany 10 czerwca. Czy udało jej się utrzymać poziom ustanowiony przez poprzednie filmy?
Dobrą wiadomością dla fanów będzie to, że nowa odsłona stawia poprzeczkę jeszcze wyżej. Od razu ostrzegam, że osobiście nie byłem wielkim fanem ostatnich części serii Martwe Zło. Szczególnie Martwe Zło: Przebudzenie zostawiło mnie z pewnym niedosytem. Film był pełen krwi i krzyków, jednak poza kilkoma ciekawie nakręconymi scenami oraz udanymi momentami grozy, nie wyróżniał się niczym szczególnym na tle innych horrorów.
W nowej części dostajemy tak naprawdę więcej tego samego, ale zrealizowanego w znacznie ciekawszy sposób. Bohaterowie są bardziej wyraziści i pełni charakteru. Szczególnie mam tutaj na myśli rodzinę, z którą spędzamy większość seansu. Jeśli kiedyś marzyła wam się ekranizacja gry Resident Evil 7, to Martwe Zło: Ogień jest prawdopodobnie najbliższą produkcją, która może spełnić to marzenie. Odizolowana od świata rodzina, gnijący wiejski dom i tajemnicza infekcja sprawiają, że skojarzenia z grą nasuwają się same. W nowej części kultowej serii również poznajemy rodzinę, której więzi zostają wystawione na próbę, gdy zło zaczyna infekować kolejnych jej członków.
Zobacz również: Backrooms – recenzja filmu. Co się dzieje, gdy młodzi twórcy mają szansę zabłysnąć
Historia nie wyróżnia się jednak niczym szczególnym na tle innych filmów tego typu. Mamy tutaj powierzchownie zarysowane problemy bohaterów, wątki przemocy domowej i toksycznych relacji, ale niezbyt mocno rozwijane. To po prostu standardowa i przyzwoita fabuła, która nie prezentuje zbyt wiele nowego.
Mimo to, przez większość czasu, film ogląda się z dużym zaciekawieniem. Relacje tej dziwnej, dysfunkcyjnej rodziny wciągają od momentu poznania jej członków. Na szczególną uwagę zasługują Errol Shand i Tandi Wright, wcielający się w Josepha i Susan – ojca oraz matkę rodziny. Prezentują oni dwa zupełnie odmienne podejścia do radzenia sobie z przeciwnościami losu i pokazują, jak zdecydowanie nie należy postępować.
Wątek głównej bohaterki, granej przez Souheilę Yacoub, również miewa swoje momenty. Jednak, szczególnie pod koniec, wpada w lekką parodię tego, co wcześniej próbował budować. Dlatego właśnie finał dłużył mi się bardziej niż powinien.
Zobacz również: Zaproszenie – recenzja filmu. Inteligentna komedia z gorzkim posmakiem

Film próbuje również od czasu do czasu rozładować napięcie humorem. Niestety te elementy nie wypadają szczególnie zabawnie i w kilku momentach raczej wywołują dezorientację niż śmiech. Najlepszym przykładem jest starsza babcia rodziny cierpiąca na demencję, która jest przekonana, że dziewczyna jej wnuczki próbuje ukraść jej pieniądze. Ten sam żart powraca co najmniej trzy razy i za każdym razem bawi równie słabo.
Brutalne sceny zrealizowano w dużej mierze znakomicie. Mnóstwo pomysłowych momentów rozczłonkowania, podpaleń, przebijania i przecinania ludzkich części ciała sprawia, że Martwe Zło: Ogień pokazuje, iż seria wciąż potrafi wymyślać nowe sposoby na ranienie i uśmiercanie bohaterów. Kilka scen, szczególnie pod koniec filmu, cierpi jednak przez przesadne wykorzystanie niezbyt przekonującego CGI. Przez to niektóre momenty, zamiast wzbudzać strach, wyglądają lekko komicznie.
Produkcja pełna jest ciekawych ujęć wykorzystujących dobrze znane, ale niezwykle efektowne filmowe sztuczki. Philip Lozano, odpowiedzialny za zdjęcia, może być z siebie naprawdę dumny. Obracająca się kamera, wykorzystywanie odbić w lustrach oraz ogólnie bardzo dobra praca operatorska zdecydowanie zasługują na pochwałę.
Równie imponująca jest muzyka, która świetnie buduje napięcie i podniosłość wielu scen. Duet Double Danger odpowiedzialny za udźwiękowienie dostarczył niesamowite brzmienia. W sali kinowej dźwięk potrafi przyprawić o ciarki swoją podniosłą naturą, pełną okultystycznych chórów i potężnych kompozycji.
Zobacz również: Vaiana – recenzja filmu. Kopia ze stempla, któremu zabrakło tuszu

Ogólnie rzecz biorąc, jest to kolejna dobra odsłona zaskakująco konsekwentnie trzymającej poziom serii. Nie obyło się jednak bez kilku nieudanych elementów, które spokojnie mogłyby zostać z filmu usunięte. Wymuszony, niezręczny humor, przesadzone w niektórych momentach CGI czy po prostu zbyt długie sceny potrafią wybić z rytmu. Jednocześnie produkcja pod wieloma względami przewyższa Martwe Zło: Przebudzenie. Gore, klimat audiowizualny oraz wyrazistość postaci to elementy, które zdecydowanie zmieniły się na lepsze.
Martwe Zło: Ogień po raz kolejny pozwala zanurzyć się w krwawym świecie stworzonym przez Sama Raimiego i robi to naprawdę skutecznie.
fot. główna: Materiały promocyjne

