Sąsiedzi – dla jednych denerwujący intruzi, dla innych intrygująca zagadka i obiekt tłumionej zazdrości. Kiedy sfrustrowane, zablokowane emocjonalnie małżeństwo zaprasza na kolację parę wyzwolonych lokatorów z piętra wyżej, spotkanie szybko staje się polem bitwy obnażającym ich własne problemy. Zaproszenie w reżyserii Olivii Wilde to duszne i pełne nadzwyczajnego napięcia studium współczesnych relacji. I choć produkcja oferuje rewelacyjny, gęsty od emocji środek, jej potencjał słabnie przez reżyserskie klisze i nieporadne ramy fabularne.
Olivia Wilde nie dość, że wyreżyserowała Zaproszenie, to jeszcze zagrała w filmie główną rolę. Efektem jest świeża i angażująca komedia. Dopiero co przyszło mi się cieszyć spektaklem EKS w Teatrze Ateneum, który swobodnie bawi się dialogami, humorem i głębszym przesłaniem. Zaproszenie, choć nie dorównuje inscenizacji Tyszkiewicza, także ma w sobie te cechy. Co ciekawe, sama produkcja wydaje się mocno czerpać z teatralnego sznytu. To bardzo kameralna historia, która przede wszystkim wykorzystuje komizm postaci i opiera się na dialogach. Nie obyło się jednak bez błędów szkodliwych dla dynamicznej i inteligentnej narracji komediowej.
Zobacz również: Braciszek – recenzja. Rodzeństwa się nie wybiera?
Kulą u nogi produkcji Wilde są początek i zakończenie filmu. W pierwszych scenach humor zdaje się sięgać po typowe zagrywki, jak wyśmiewanie małżeńskich sprzeczek, bez większego polotu. Komedia w trakcie standardowej ekspozycji bohaterów jest wymuszona, a żarty sprowadzają się do banalnych gagów – spalone jedzenie, wzajemne wyzwiska czy Joe zapominający kupić wina. Te w pewnym stopniu urozmaicają zgrabnie ujawniane charaktery Joego i Angeli. Ze wzrostem napięcia i przybyciem sąsiadów, humor na szczęście wkracza we wspominany komizm postaci. Gatunek wcale nie musi oznaczać, że każda sekunda filmu będzie zabawna. To jednak właśnie Wilde próbowała osiągnąć od pierwszych chwil i wyszło zwyczajnie nienaturalnie. Twórczyni rezygnuje z tego podejścia dopiero w trzecim akcie Zaproszenia, ale wciąż nie łapie odpowiedniej równowagi i przesadza w drugą stronę. Końcowa faza historii przekształca narrację w zbyt moralizatorską i dosłowną, a samo zakończenie to powiew kliszy z typowych filmów romantycznych.
Magia prawdziwej komedii dzieje się natomiast w “środku” opowieści. Reżyserka buduje suspens poprzez despotyczne i sztywne zachowanie Angeli (Olivia Wilde) – bohaterka przypomina Monicę Geller z Przyjaciół. Obok niej obserwujemy wypalonego i czepliwego Joego (Seth Rogen). Duet ma niepowtarzalną relację, w której paradoksalnie bohaterów dzielą ich wspólne cechy. Są to osoby, które za wszelką cenę nie są w stanie wyluzować i dojść do zgody, którą blokują ich ugruntowane przekonania. Gdy dołączają do nich Pina (Penélope Cruz) i Hawk (Edward Norton) tempo jest wolniejsze, a śmieszność sytuacji kryje się w drobniejszych zachowaniach wszystkich postaci. Spokój i elokwencja sąsiadów to absurdalnie mocny kontrast do codzienności Angeli i Joego. Tak więc próba zachowania normalności wobec ludzi “z zewnątrz” sama w sobie generuje masę zabawnych wydarzeń.
Zobacz również: Popkulturowy przegląd miesiąca – najciekawsze premiery lipca

Z czasem film przenosi napięcie na inny, znacznie bardziej nowatorski aspekt. Mowa o seksualności, która realistycznie powinna opierać się na oddaniu i uniesieniu. W produkcji to jednak kolejny punkt nerwów, paraliżu i stresu. Poza efektem komediowym wątek zadaje wiele pytań o sens relacji intymnych oraz o stosunek do swojego życia. To film, który w tematyce przypomina produkcję Pillion – tak samo dotyczy własnych potrzeb i analizy swojego miejsca wśród społeczeństwa. Pojawia się także kwestia miłości, ale nie jako głębokiego uczucia, a jej współczesnego pojęcia – jako tymczasowego zauroczenia i seksualnej przygody. Zaproszenie uderza przede wszystkim realistyczną wizją obecnej rzeczywistości, w której liczą się doświadczenia zbierane niczym Pokemony. Film sugeruje, że tradycyjne, długotrwałe relacje schodzą dziś na dalszy plan.
Wracając jeszcze na moment do bohaterów komedii, dobór tej konkretnej obsady miał szczególne znaczenie dla filmu. Miejscem historii jest (praktycznie przez cały film) wyłącznie mieszkanie skłóconego małżeństwa. W związku z tym chemia między całą minimalistyczną obsadą musi wręcz zahipnotyzować. I tak śmiech Setha Rogena oraz absurdalne poirytowanie jego postaci działają wyśmienicie w zestawieniu z doskonale zagranym przez Olivię Wilde wyniszczającym stresem i introwertyzmem. Z drugiej strony Penélope Cruz bawi stereotypową odmiennością swojej postaci. Edward Norton to natomiast urokliwy i spokojny mężczyzna, którego można by określić jako “niewinny” – choć wiemy, że kryje się w nim prawdziwa nieujawniona nam bestia.
Zobacz również: Enola Holmes 3 – recenzja filmu. Gdy na ślub wpraszają się zbrodnie

Zaproszenie również biegle radzi sobie w warstwie technicznej. Zdjęcia Adama Newport-Berry na myśl przywodzą oscarową produkcję Poprzednie życie. Podobnie jak w filmie Celine Song, obraz sugeruje relacje bohaterów i ich ukryte cechy. Kłamstwa, manipulacje, intencje bohaterów, a nawet fabularny twist kryje się w odpowiednio dobranych kadrach. Istotną rolę gra przestrzeń, która dystansuje bohaterów, łączy ich ubiór z otoczeniem czy zwyczajnie wiąże się z ich zainteresowaniami. Na wyróżnienie zasługuje jednak sposób ukazywania Angeli – bliskie ujęcia, pedantyczne kadrowanie i bliskie łamania “czwartej ściany” spojrzenia pozwalają poczuć jej specyficzny styl bycia.
Z komediowym charakterem Zaproszenia współgra warstwa dźwiękowa odmienna od standardowych dla gatunku. To klasyczne, pojedyncze instrumenty smyczkowe, które podsycają sceny chaotyczne i nadają produkcji wyjątkowego charakteru. Większość sytuacji spowita jest jednak w ciszy, która pozwala skupić się na niezręcznych momentach, co zazwyczaj wywołuje śmiech. Przy pełnej dialogów narracji tak zredukowana funkcja muzyki to odpowiednia decyzja. Tym bardziej, że konwersacje bohaterów to ciągła wymiana uwag, próby przejmowania inicjatywy i krępujących komentarzy. Scenarzyści Will McCormack i Rashida Jones postarali się o naturalność dialogów, choć te, zwłaszcza w moralizatorskim fragmencie, potrafią być zbyt dosłowne. Mimo wszystko to wciąż bardzo solidnie napisany scenariusz.
Zobacz również: Supergirl – recenzja filmu. Na to czekaliśmy?

Film Olivii Wilde nie jest komedią doskonałą – wciąż potyka się w pierwszym i trzecim akcie. Jednak dominujący środek historii niesie znakomite wnioski wobec stanu współczesnego społeczeństwa. Choć temat dość powtarzalny w dzisiejszej kulturze, to Zaproszenie patrzy na niego od strony postaci zblazowanych i skrajnie wyczerpanych. To świetna chemia między aktorami, a także komizm postaci, który ujawnia się w pełnych napięcia sytuacjach, stanowi główną siłę tej produkcji. Reżyserka wykorzystuje również warstwę techniczną – zdjęcia, muzyka, kostiumy – do budowania wyjątkowego klimatu. To film, który bardziej niż rozśmieszać chce prowokować do rozmowy – i właśnie dlatego jego najlepsze sceny zostają w pamięci na długo.
fot. główna: kadr z filmu

