Ostatni konsjerż – recenzja filmu. Tak strasznie się myliłem

Kiedy zobaczyłem zwiastun i przeczytałem opis filmu Ostatni konsjerż, pomyślałem, że będę miał do czynienia z życiową i ciekawą historią. Historią o zmienności życia i akceptacji tych zmian. Być może taki był zamysł twórców tej produkcji, ale jeśli tak, to niestety się nie udało. Już dawno moje wyobrażenia przed seansem nie rozminęły się tak bardzo z tym, co zobaczyłem na ekranie.

Ostatni konsjerż opowiada historię Luciusa Glantza. To starszy mężczyzna, który od trzydziestu lat piastuje stanowisko kierownika w wiedeńskim hotelu InterContinental. Niegdyś było to miejsce luksusowe i prestiżowe. Utraciło jednak swój dawny blask i wkrótce ma zostać zburzone. Na jego miejscu ma stanąć nowy, bardziej nowoczesny gmach. Lucius nie może się pogodzić ze stratą miejsca, które przez tak wiele lat było dla niego drugim domem. Podejmuje więc próby ocalenia hotelu.

Zobacz również: Heartstopper Forever – recenzja filmu. Wideo-fanfiction zamiast dobrego finału

Ostatni konsjerż
Fot. Kadr z filmu

Jeśli opisze się to tak jak powyżej, brzmi naprawdę intrygująco. Jednakże realizacja sprawiła, że dostaliśmy nudną i nieangażującą historię z niesympatycznym głównym bohaterem.

Lucius Glantz jest upartym i zgorzkniałym człowiekiem. Woli żyć przeszłością i zakłamywać rzeczywistość, niż zaakceptować nieuniknione. Film bardzo chce, abyśmy mu współczuli. W końcu to niemłody już jegomość, który właśnie traci coś niezwykle dla niego cennego. Jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuje ktoś znajdujący się w takiej sytuacji. Problem polega na tym, że z głównym bohaterem ciężko sympatyzować.

Glantz jest tak mocno zapatrzony w przeszłość, że odmawia zobaczenia oczywistej prawdy. Hotel już od dawna nie funkcjonuje dobrze. Instalacja hydrauliczna się psuje, pracownicy strajkują, a gości hotelowych ubywa. Rozbiórka i odbudowa obiektu wydają się być najrozsądniejszym wyjściem. Konsjerż nie chce jednak tego przyznać. Woli okłamywać siebie i współpracowników. Szuka przy tym coraz bardziej niedorzecznych sposobów na powstrzymanie sprzedaży.

Antagonistą filmu ma być Facundo Ordoñez. To argentyński przedsiębiorca, który zamierza kupić działkę, na której stoi InterContinental. Nie sprawia on jednak w ogóle wrażenia postaci negatywnej. Wręcz przeciwnie. Facundo również ma sentyment do tego miejsca i chce dać mu nowe życie poprzez zbudowanie czegoś nowego. Proponuje nawet Luciusowi zachowanie dawnej pracy pod jego kierownictwem. Ten jednak uparcie się nie zgadza. Nie mamy więc do czynienia z bezdusznym, chciwym kapitalistą. Facundo jest sympatycznym i otwartym człowiekiem, który chce razem stworzyć dobre miejsce.

Zobacz również: Wielki Łuk – recenzja filmu. Francja epoki Mitteranda

Ostatni konsjerż
Fot. Kadr z filmu

Największym minusem tej produkcji są narracja i realizacja scenariusza. Zamiast spójnej całości mamy zlepek pojedynczych scen. Są one przerywane monologami głównego bohatera o tym, jak to kiedyś było lepiej, oraz o jego marzeniu, by hodować alpaki. Sceny są przedstawione w taki sposób, że momentami bardziej przypominają ujęcia z dokumentu niż sposób na przedstawienie fabuły. Bohaterowie potrafią nawet dosłownie patrzeć w kamerę. Tak bardzo chciano się skupić na symbolice niektórych ujęć, że zapomniano o spójności całego obrazu.

Na przykład poprzez flagowe danie hotelu, czyli suflet drobiowy, próbowano chyba przedstawić stan psychiki głównej postaci. Wraz z postępem filmu ukazywane jest bowiem, że dania te są coraz bardziej nieudane. Jedyny efekt tej metafory jest jednak taki, że w pewnym momencie mamy półminutowe statyczne ujęcie na suflet. Jest ono w mojej opinii zupełnie niepotrzebne i konfundujące. Ten chaos narracyjno-zdjęciowy sprawia, że film zdaje się nie mieć tożsamości.

Elementem pozytywnym jest wcielający się w postać Luciusa Willem Dafoe. Sam bohater jest słabo napisany i zwyczajnie niesympatyczny. Mimo to profesjonalizm i doświadczenie aktora dodają tej produkcji nieco życia. Zagranie takiego bohatera zapewne nie było łatwe. Widać jednak, że Dafoe wykorzystuje cały swój aktorski kunszt, by dodać tej roli trochę życia. Naprawdę czapki z głów. Gdyby nie on, niechybnie usnąłbym podczas seansu.

Zobacz również: Odyseja – recenzja filmu. Boskie widowisko

Konkludując, Ostatni konsjerż to dzieło, którego historia prezentuje się dobrze na papierze. Niestety pogrąża ją wykonanie. Zbiór losowych scen zamiast spójnej fabuły i niesympatyczna główna postać to największe przywary produkcji. Niestety nie są jedyne. Willem Dafoe to najjaśniejszy punkt filmu. Jeden aktor, nawet wybitny, nie udźwignie jednak całej produkcji. Dla mnie z pewnością był to pierwszy i ostatni seans. Nie polecam.


Fot główna. Kadr z filmu Ostatni konsjerż

Plusy

  • Gra aktorska Willema Dafoe

Ocena

3 / 10

Minusy

  • Niesympatyczny główny bohater
  • Brak spójności
  • Nuda i dłużyzny
Kacper Kołacz

Czytam dużo, nawet sam coś piszę, ale mniej. Gram tyle, na ile ręka pozwoli. Znajomość ze mną grozi wysłuchiwaniem długich monologów o fantasy, komiksach i japońskich serialach o super bohaterach. Mam też parę zalet.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze