Film dokumentalny Kandydaci śmierci to produkcja, która wyrosła z amatorskiej serii horrorów kręconych przez ojca, syna i jego przyjaciół przez kilkanaście lat. Staś, Adi, Rafał i Pan Maciej przemierzają rwące rzeki dojrzewania i lasy pełne wspomnień. Z czasem na tej starannie budowanej fasadzie pojawiają się jednak pęknięcia.
Dokumenty to przestrzeń, gdzie twórcy mają okazję przenieść na ekrany żywą i aktualną historię. A kiedy to się uda – otrzymujemy nie złoto, a diament. Właśnie takim skarbem są Kandydaci śmierci. To produkcja, na którą wybrałem się w ciemno, a która – jak się okazało już w kinowym fotelu – na długo zostanie mi w głowie. Maciej Cuske nie tyle nakręcił klasyczny dokument, co po prostu kontynuował wieloletnią tradycję kręcenia amatorskich horrorów ze Stasiem i jego przyjaciółmi. Tym samym Cuske nie chwyta specjalnie kamery, a cała magia kina dzieje się na naszych oczach (z małą pomocą montażu).
Zobacz również: Spider-Man: Całkiem nowy dzień – recenzja filmu. Wstań, powiedz “nie jestem sam”

A więc Kandydaci śmierci to przede wszystkim relacja z życia ekipy filmowców, którzy kochają kino. Wigor emanuje z ekranu od pierwszych chwil, a przy tym kameralna otoczka pomaga szybko przywiązać się do wszystkich bohaterów. Nie brakuje tu jednak ludzkich dramatów, które demitologizują pasjonackie podejście do życia, miłość i nostalgię wspomnień. To istotny punkt, który także obala toksyczny dyskurs pod nazwą „chłopaki nie płaczą”. Mężczyźni nie tylko płaczą, ale również dzielą się swoimi przeżyciami, przyznają się do porażek i akceptują swoje wady. Cuske wybrał idealny moment na główną oś fabularną dokumentu – moment, kiedy powoli coroczne wyjazdy zaczynają podupadać. Silna, wręcz atomowa więź między młodymi chłopakami nie słabnie, lecz jest coraz mniej stabilna. Naturalnie ludzka relacja dążyłaby ku eksplozji – reżyser dostrzegł jednak coś innego. Staś, Adi i Rafał rozmawiają. On sam również rozmawia z chłopakami i z nami. I są to konwersacje szczere.
Niemniej sedno tej opowieści stanowi przeprawa przez ojcowsko-synowskie wąwozy emocjonalne. Śledzimy zarówno relację Stasia z ojcem, jak i Macieja Cuske z jego rodzicami. Właśnie tutaj bohaterowie sami mówią o rodzinnych przeżyciach Pojawiają się kwestie małżeństwa, ale również świadomości życia, którą fizycznie można utracić. W konsekwencji to także doskonała analiza przemian człowieka wraz z upływem lat. Zachwyca natomiast paradoksalny dyskomfort przy okazywaniu uczuć między Cuske i jego synem. Nie wynika to z awersji, a wręcz przeciwnie – z pełnego zrozumienia i miłości, jakimi siebie darzą. Ten wątek również dokumentuje anatomię zmiany pokoleniowej. Ujawnia, jak wiedza dawnego mentora przeobraża się w światopogląd młodego człowieka, który później również wpływa na poglądy ojca.
Zobacz również: Młody Waszyngton – recenzja filmu. Amerykańska laurka

Podejmowane przez reżysera tematy trafnie rezonują ze współczesnymi problemami społecznymi. Zauważa, że obowiązki potrafią odebrać frajdę nawet z najlepszych momentów życia. Dostrzega również wartość ludzkich relacji, które tak prosto obecnie stracić, gdy zabraknie komunikacji. A równocześnie punktuje wartość wspomnień, przygód wśród natury i oderwania od codzienności – a także głębokiej fascynacji kinem. Cuske żongluje przy tym konwencjami, czym udowadnia swoją sprawność w panowaniu nad nastrojem widowni. Zgrabnie przeplata surowy dramat obyczajowy z elementami czystej komedii, by potem – odwołując się do korzeni amatorskich nagrań ekipy – uderzyć w ton rasowego horroru.
Cuske, podejmując się nakręcenia dokumentu, w którym sam uczestniczy, zaryzykował utratę dokumentalnego dystansu. Własne doświadczenia trudno traktować z należytą dozą krytycyzmu. Miejscami odniosłem wrażenie, iż reżyser ma tak naprawdę dużą władzę nad zdarzeniami w filmie. Jednak w skali całej produkcji to tylko pojedyncze sceny wydawały się nakierowane pod wizję. Przykładem jest sytuacja, kiedy ojciec podarowuje synowi album o jego pierwszych dniach po narodzinach. Ten dysonans poznawczy również objawia się po trzyletnim przeskoku w czasie. Trudno nie zauważyć, że reżyser mógł zadecydować o miejscu kolejnego wyjazdu. To mankament, który pozwolił jednak w pewnym stopniu podnieść walory estetyczne samego filmu. Jednocześnie Cuske nie pozbawił go sentymentalnego i afektywnego wydźwięku. Pozostawił tylko pytanie: czy gdyby nie film, tak by się potoczyła ta historia?
Zobacz również: Dink – recenzja filmu. Gdzie jest humor? Gdzie jest pickleball?

Reżyser postanowił pokazać nie tylko wydarzenia aktualne, ale również cofnąć się do dzieciństwa i okresu nastoletności ekipy. Niepowtarzalnym zabiegiem staje się wykorzystanie samych amatorskich filmów kręconych na przestrzeni lat. Choć to produkcje proste i banalne, Cuske pokazał prawdziwą siłę kamery. Przed nią nic się nie ukryje. Staś, Adi, Rafał i Pan Maciej w obiektywie nieintencjonalnie uchwycili własne bolączki, skrywane problemy i również mnóstwo chwil beztroskiego szczęścia. Reżyser je skrupulatnie odnajduje i włącza w pojedyncze intrygi każdego z bohaterów. W pewnym momencie przenosi nas także do czasów własnej młodości, która okazuje się dosłowną kopią współczesnych poczynań syna. Kandydaci śmierci nabierają w związku z tym nowego znaczenia i stają się istnym Amarcord Macieja Cuske.
Choć zintegrowanie tych nieprofesjonalnych produkcji jest genialnym zabiegiem, film nie zawsze dobrze radzi sobie montażowo. Szczególnie da się odczuć ubytki w pierwszym akcie, gdy dopiero poznajemy bohaterów. Ciągłe skoki czasowe czy wymieszanie współczesnej historii z amatorskimi filmami są zestawione w taki sposób, że wprowadzają chaos. Trudno było mi się zorientować, który bohater to Staś, a który to Rafał czy Adi. Zabrakło w ich ekspozycji choćby drobnego szczegółu, który pozwoliłby zapamiętać każdego z nich. Czegoś, co przykułoby uwagę i pozwoliło na lepszą orientację w terenie. Być może reżyser chciał, abyśmy sami odkrywali powoli tożsamość chłopaków – jednak ten zabieg narracyjny nie sprawdził się przez mało sprawny montaż. Później Kandydaci śmierci odnajdują swoje tempo i wątki znacznie płynniej kształtują fabułę.
Zobacz również: Popkulturowy przegląd miesiąca – najciekawsze premiery sierpnia

Wrażenie wywarła na mnie warstwa wizualna Kandydatów śmierci. To dokument, który momentami przypomina baśń, a w ostatnim akcie – obcą planetę niczym z filmu Interstellar. Tomasz Pawlik za kamerą miał nie lada wyzwanie, kręcąc w warunkach dosłownie dzikich. Środowisko to wynagrodziło mu jednak ujęciami, które na długo zapadają w pamięć. W kinie dokumentalnym jednak dźwięk stanowi największą siłę. Bywa niestety, że dialogi nie są zrozumiałe, choć zdarza się to okazjonalnie. Pewne straty rekompensuje muzyka Grzegorza Daronia, która nie jest zbyt inwazyjna, ale w doskonały sposób urozmaica fabułę. Ostatecznie i tak najlepiej oddziałuje na widzów nieposkromiona i pełna skupienia cisza.
Kandydaci śmierci to film, który w warstwie emocjonalnej spełnia swoje zadanie bezbłędnie. Zarówno zmusza do refleksji nad własnym życiem, jak i komentuje społeczne zjawiska. To przede wszystkim jednak historia autentyczna, wzruszająca i trafna. Maciej Cuske jednak popełnia drobne błędy. Bezpośrednie zaangażowanie reżysera momentami wpływa na wiarygodność fabuły, a montażowy bałagan potrafi zdezorientować widza. To nie jest perfekcyjnie skrojony dokument, ale paradoksalnie, właśnie w tych reżyserskich i życiowych pęknięciach kryje się jego największa, najbardziej ludzka wartość.
fot. główna: materiały prasowe

