Kontynuacja satyry polskiego społeczeństwa niedawno zadebiutowała na platformie Netflix. Twórcy wyciągają wnioski z poprzednich sezonów i decydują się na powrót do korzeni. Wraz z lepiej skonstruowaną fabułą i bardziej trafnymi żartami, trzeci sezon 1670 ujawnia nowe problemy.
„Hop, hop, hop” to już kultowy tekst, który na długo zapisze się w polskiej kulturze. Serial 1670 nie tylko zyskał szerokie grono fanów, ale także zdiagnozował i wyśmiał nasze ojczyste przywary i problemy – zarówno współczesne, jak i historyczne. Scenarzysta Jakub Rużyłło i reżyserzy Maciej Buchał i Kordian Kądziela stają się adwokatami diabła i, niczym Krasicki, z wrodzoną ironią zwracają uwagę na ważne tematy. Humor to zdecydowanie subiektywny aspekt, dlatego ocena serialu w tej konwencji zawsze bywa trudna. Z technicznego punktu widzenia, najnowszy sezon 1670 to kontynuacja, która utrzymuje poziom poprzednich odcinków. Tyle, że tym razem inaczej dystrybuuje swoją jakość.
Zobacz również: Proud – recenzja serialu. Licha ta duma
Rużyłło fabułą produkcji postanawia przedostać się w odważne rejony. Początek trzeciego sezonu po raz pierwszy jest szary, wyblakły i przygnębiający. Ta wizualna zmiana ma jednak szczególne uzasadnienie – utratę szlachectwa przez mieszkańców dworku w Adamczysze. Próby odzyskania przywilejów przez Jana Pawła stają się główną osią fabularną dla całego sezonu. Bohater odwiedza Warszawę i niezdarnego króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, przystępuje do szlacheckiej matury czy wysyła chłopa na Księżyc. Pomysły te zachowują świeżość i często zgrabnie zawiązują rozproszone po fabule serialu wątki różnych postaci. Dodatkowo twórcy uzupełniają narrację o konteksty historyczne czy kulturalne nawiązujące do zdarzeń ostatnich lat. Co najważniejsze, 1670 przestaje kreować wątki na siłę, dzięki czemu fabuła staje się bardziej zbita i spójna.
Produkcja chętnie korzysta z montażu równoległego – śledzimy losy różnych bohaterów, w różnych miejscach i czasie. Jan Paweł dostaje przestrzeń na rozwój postaci, którą twórcy narracyjnie dobrze wykorzystują. Bartłomiej Topa wciąż utrzymuje nieskazitelny poziom absurdu sarmaty. To dalej zadufany w sobie szlachcic, pełen syndromu oszusta. Jan Paweł wije się między rodzinnymi perypetiami niczym ze Świata według Kiepskich a samolubnymi celami swojej włościańskiej kariery. Tym samym, sednem jego postaci są relacje z otoczeniem, które pozostają praktycznie niezmienne. Z sąsiadem Andrzejem dalej się nienawidzi, Aniela pozostaje mu obojętna, żona przestaje mieć znaczenie, a największą metamorfozę przechodzi Jakub. Topa to aktor, który najlepiej radzi sobie z tym powierzchniowym charakterem serialu. Szczególnie widać to w momentach łamania „czwartej ściany”, kiedy odtwórca roli naturalnie i mało inwazyjnie potrafi zwracać się do widzów.
Zobacz również: Rick i Morty – recenzja 9. sezonu. Czy już wystarczy?

Młodszy syn sarmaty żywi urazę do ojca, co sprawia, że pozostaje u boku jego największego wroga – Andrzeja. Prawdę mówiąc, wątek ten stanowi idealny przykład największego problemu 1670, czyli stagnacji emocjonalnej. Humor w serialu opiera się na wszelkiego rodzaju komizmie: sytuacyjnym, postaci i słownym. Brak głębszej podbudowy w ironiczno-satyrycznej opowieści nie stanowi problemu sam w sobie, a nawet jest sporym atutem. Produkcja to klasyczny horror z jumpscare’ami z przeciwnego spektrum emocjonalnego – akcja jest szybka, przewidywalna i polega na momentach „wybuchu”. W horrorze reakcją jest strach, tutaj mamy natomiast śmiech. W trzecim sezonie humor przesuwa granicę absurdu i komediowej makabry, co tym bardziej zapewne dzieli odbiorców.
Twórcy jednak konstruują procę, z której chcą wystrzelić fabułę serialu na księżyc, ale oczywiście to się nie udaje. Poprzez postać Anieli i Macieja wciąż ewidentnie kontynuowane są wątki romantyczny, emancypacyjny oraz pracy u podstaw (aż przypomina się Lalka Prusa). To usilna psychologizacja fabuły, która zdecydowanie nie jest do tego przeznaczona. Feminizm Anieli w praktyce kończy się tylko na niej, a praca u podstaw staje się zabiegiem narracyjnym, który tylko popycha do przodu inne wątki. Konwencja serialu nie pozwala na silne zakotwiczenie postaci, abyśmy mogli się do nich przywiązać. Nie dość, że wątek tych bohaterów wypada płytko, to również powoduje dysonans poznawczy przy relacji Jakuba i jego ojca.
Zobacz również: LOL: Kto się śmieje ostatni, sezon 4 – recenzja programu
Mimo to postacie drugoplanowe takie jak Jakub, Aniela, Maciej czy Bogdan naturalnie odnajdują swoje miejsce w historii. Nawet, gdy kreacje aktorskie zaprzepaszczają ich odbiór, w scenariuszu Jakub czy Aniela są naprawdę intrygujący i spójnie przedstawieni wobec poprzednich epizodów. Jakub u boku Andrzeja czy zauroczony królową Polski to koherentne spojrzenie na bohatera. Aniela idzie w najciekawszym kierunku, który odpowiada jej ambicjom i pozycji w rodzinie. Oczywiście jej losy bezpośrednio są splątane z Maciejem, który trafia do kozackiej niewoli. A tam ląduje również Bogdan, stając się przeciwieństwem polskiego husarza – Lachożercą do bólu nienawidzącym Polaków. To naprawdę idealna analiza i komentarz do światopoglądu narodowców, który odwraca perspektywę. Bogdan staje się tym, kogo najbardziej nienawidził – wrogiem narodu polskiego. Są to nietypowe połączenia i drogi postaci z Adamczychy, które współgrają z poprzednimi odcinkami, a także z przyjemnością się je śledzi.
Bywa jednak, że tę radość odbierają aktorzy. Część obsady to bardzo słabe ogniwa, które wypadają na ekranie zwyczajnie sztucznie. Martyna Byczkowska, odtwórczyni Anieli, nie wypada teatralnie, tylko gorzej. Dialogi podaje bez zaangażowania, a brak głębi postaci ewidentnie jej nie sprzyja, gdyż charyzmą nie jest w stanie jej zrekompensować. Podczas, gdy Katarzyna Herman w roli Zofii potrafi wyczuć komediowy timing, Byczkowska staje się przezroczysta i brakuje jej tego instynktu. W rodzinie nic nie ginie, bo równie marnie prezentuje się Michał Sikorski jako Jakub. W pierwszym sezonie jego postać była bardziej stonowana, a rola księdza idealnie odcinała się od reszty wsi. Z czasem ksiądz zyskał więcej czasu ekranowego, co zdradziło wady tej postaci. Jakub jest bardzo groteskowy, wręcz wyciągnięty z kabaretu – to hipokrytyczny i wyrazisty ekshibicjonista emocjonalny i wizerunkowy. Aktor nie radzi sobie z postacią, ale całkowicie z innej strony niż Byczkowska. Gdy reszta obsady rozumie naturę mockumentu i posługuje się mikroekspresjami oraz naturalnym spokojem, odtwórca roli Jakuba zaczyna niebezpiecznie szarżować.
Zobacz również: Popkulturowy przegląd miesiąca – najciekawsze premiery sierpnia

Twórcy 1670 kontynuują genialny szkic polskiego społeczeństwa poprzez zbiorowych i epizodycznych bohaterów. Karczmarz dalej wpisuje się w stereotyp Żyda, a chłopi nareszcie otrzymują okazję do buntu. Powolna budowa konfliktu to zgrabny wątek, który na przestrzeni odcinków jest zapowiadany poprzez delikatne detale. Chłopi pozostają naiwni, jednocześnie wygłaszając elaboraty godne profesorów uniwersyteckich. Tym razem jednak Rużyłło sięga po klasyczny bunt, który przeobraża się w satysfakcjonujący finał sezonu. Wśród tych ról zbiorowych mamy także arystokrację, Tatarów czy Turków. Różne grupy służą jako miejsce na przeróżne występy gościnne – aktorów, jak Cezary Pazura i Sebastian Stankiewicz, albo postaci, jak Andrzej Kmicic oraz wspomniana królowa Eleonora Habsburżanka. Tym samym udaje się jeszcze lepiej osadzić serial w ojczystej kulturze, a także wygenerować kolejne żarty.
Trzeci sezon jest znacznie lepiej przygotowany pod względem technicznym. Warstwy wizualna i dźwiękowa dalej zachwycają swoją dokładnością. Kostiumy i scenografia wyglądają przy tym niekiedy lepiej niż w wielu serialach lub filmach kostiumowych. Precyzyjnie skrojone oświetlenie i charakterystyczny dla mockumentu ruch kamery tylko uwydatniają dobrze przygotowaną plastykę obrazu. Odpowiadający za muzykę Jerzy Rogiewicz nie przestaje zaskakiwać połączeniem muzycznym baroku i współczesnych utworów. W pewnym momencie pojawia się nawet wystylizowana na tamte czasy wersja utworu Teenage Dirtbag zespołu Wheatus. A wszystko zgrabnie łączy montaż, który rzadko gubi tempo i swobodnie żongluje wszystkimi wątkami.
Zobacz również: Batman. Mroczny Mściciel – recenzja 2 sezonu. Przygody buca w wielkim mieście

Serial 1670 po raz kolejny nie zawodzi. To wciąż dobitna, pełna wyrazistego i przerysowanego humoru satyra Polski. Fabularnie najnowsze odcinki prowadzą widza znacznie lepiej niż w poprzednich sezonach, a postaci zyskują nieoczywiste wątki, które spaja precyzyjny montaż równoległy. Produkcja utrzymuje wysoki poziom w warstwie wizualnej i muzycznej, a także znajduje pomysły na kreowanie komizmu, aby ten dalej bawił. Na wierzch wychodzą jednak aktorskie niedoróbki, które wcześniej miały mniejszą przestrzeń, by się ujawnić. Byczkowska czy Sikorski nie trafiają swoją grą w klimat serialu i powodują dyskomfort zamiast zainteresowania. Wina leży tu również po stronie reżyserów, którzy często korzystają z bezpośredniego przełamywania „czwartej ściany”, gdy ewidentnie to nie działa. Ostatecznie wszelkie plusy rekompensują te błędy, a 1670 dalej przepisuje historię i komentuje teraźniejszość.
fot. główna: kadr z serialu

