Co jeżeli przeniesiemy zasady z Nocy oczyszczenia na komedię romantyczną? Zamiast jednej nocy w roku, gdzie dopuszczalne są morderstwa, pojawi się jedyne okienko czasowe, w którym można legalnie uprawiać seks przedmałżeński. Szalony koncept brzmiał już na wstępie dość cheesy, ale miało to potencjał na nietypową produkcję.
Owen (Callum Turner) i Allie (Monica Barbaro) należą do romantyków. Dziewczyna szuka prawdziwej miłości i liczy, że podczas nocy, w której można legalnie uprawiać seks znajdzie tego jedynego. Z kolei chłopak jest w szczęśliwym związku, chce się oświadczyć swojej ukochanej, aby móc zgodnie z prawem korzystać z rozkoszy życia małżeńskiego. Jednak właśnie w tę wyjątkową noc jego dziewczyna (Maya Hawke) oświadcza, że chciałaby przespać się z kimś innym. A i jemu przydałoby się wydostanie ze skorupy i spróbowanie czegoś nowego. Od tego momentu Owen postanawia, że musi kogoś zaliczyć. Tym samym ścieżki głównych bohaterów filmu Tylko jedna noc co chwilę się krzyżują.
Zobacz również: Noc oczyszczenia: Żegnaj Ameryko – recenzja filmu. Na zachodzie bez zmian
Sam pomysł na wykorzystanie motywu znanego z Nocy oczyszczenia wydawał mi się początkowo intrygującym i zarazem dość ryzykownym pomysłem. Z jednej strony twórcy mieli szansę na nieszablonową produkcję. Z drugiej wisiało nad nimi widmo przytłaczającej żenady, która może wylać się na cały film. Niestety, podczas pokazu, mój osobisty żenadometr wybuchnął, a ja czułam się z każą minutą coraz bardziej zażenowana tym, co widzę na ekranie. Zresztą nie tylko ja. Komedia romantyczna, na której nikt się nie śmieje, nawet pod nosem? Tylko jedna noc dostarczy wam właśnie takich atrakcji i sprawi, że o niczym tak nie zamarzycie, jak o najszybszym wyjściu z kina.
Jak jednak pilnować, aby obywatele nie uprawiali seksu poza tą jedną nocą w roku? Twórcy pokusili się tu o rozwiązanie, które początkowo wydawało mi się logiczne. Każdy ma bowiem biometryczny tatuaż, gdzie kolor czerwony oznacza, że nie wolno ze sobą spółkować, zaś zielony, że jest się po ślubie i śmiało można korzystać z życia. Podczas tytułowej nocy wszystkie biometry zmieniają się w zieleń. Wytłumaczone jest również to, że podczas silnego podniecenia, kiedy organizm otrzymuje dopaminę i endorfiny to policja jest powiadamiana, że prawo jest łamane. Jednak z drugiej strony masturbacja jest legalna, co widać, kiedy Allie przygląda się planszom z dozwolonymi i niedozwolonymi praktykami. Co z tego rodzaju podnieceniem? Gdzie tu logika?
Zobacz również: Ice Cream Man – recenzja filmu

Jeszcze bardziej może zdumiewać, że w mieście takim jak Nowy Jork Owen i Allie wpadają na siebie niemal co chwilę. Ten absurd został wyśmiany przez głównych bohaterów, którzy przy kolejnym spotkaniu pytają się nawzajem czy się śledzą. Równie absurdalnie wypadają ich randki, bo zarówno Owen, jak i Allie trafiają na naprawdę szurniętych potencjalnych partnerów i partnerek. Trudno nie zauważyć tu metafory aplikacji randkowych, w których napalonych świrów i świrusek jest na pęczki. Niemniej wypada to kiczowato. Oczywiście stereotypowo zburzony został również obraz idola Allie – przystojnego piosenkarza, który również okazuje się debilem. Nawet nie wspomnę o tym, że pierwsza część filmu to slapstickowe poszukiwanie kondomów…
Tylko jedna noc ma dziwny vibe komedii, która w ogóle nie bawi, a jedynie żenuje. Wokół głównych bohaterów na próżno szukać jakiejkolwiek chemii, w scenariuszu pełno jest dziur i braku logiki. Ponadto zderzenie pożądania i zezwierzęcenia z romantyczną miłością, gdzie seks nie jest najważniejszy, wypada w dzisiejszych czasach słabo. Wydawało mi się, że dzisiejszych czasach seks nie jest już tabu, a zwłaszcza w kontekście kobiet i ich pożądania. Do tego wisienką na tym obrzydliwym torcie są seksistowskie sceny, w których seks porównywany jest do mleka, a kobiety do wolnodostępnych krów dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jest to cheesy, a pompatyczność głównych bohaterów, którzy z jednej strony się pożądają (inne napotkane osoby również), ale z drugiej głoszą idee o wielkiej miłości i że „nie chodzi tylko o seks” rozpływają się w nielogiczny obraz.
Zobacz również: Kandydaci śmierci – recenzja filmu. Obiektyw obnaża wszystko

To kolejny film, w którym pomysł okazał się dużo ciekawszy niż sama produkcja. Tylko jedna noc miała potencjał, ale niestety stała się kolejnym filmem zapychaczem, nieśmieszną komedią, o której nikt po seansie nie będzie już pamiętał. Może tylko o sukience Allie będę pamiętać, bo po pierwsze wyglądała w niej zjawiskowo, a po drugie była epicka i błyszcząca!
Fot. główna: kadr z filmu To jedna noc

