Sto lat samotności rodziny Buendía wreszcie dobiegło końca.
Za nami historia ostatnich członków rodziny Buendía, którzy począwszy od José Arcadia i Úrsuli Iguarán, wiodą życie w magicznym Macondo. Śledzimy ostatnie poczynania pułkownika Aureliana Buendíi, losy bliźniąt Aureliana II i José Arcadia II oraz późniejszych pokoleń: Renaty Remedios oraz Aureliana Babilonii. Każdy z nich szukał za życia szczęścia, lecz jak to już bywa, nikt o nazwisku Buendía go nie otrzyma. Losy wszystkich bohaterów zaczynają się i kończą, aż do upadku ich ukochanego miasta. Sto lat samotności jest adaptacją powieści Gabriela Garcíi Márqueza o tym samym tytule.
Zobacz również: Ktoś całkiem obcy – przedpremierowa recenzja filmu. Wojna oczami cywilów
Mimo rozciągłości oraz złożonej historii, przepływamy przez losy rodu Buendía w bardzo ulatniającym tempie. Poszczególnych bohaterów obserwujemy od momentu narodzin aż po moment śmierci. Poznawszy tyle historii, za którymi stoi tak wiele twarzy, serial rozpoznać można jako historię o przemijaniu.
Każdemu z rodziny poświęcamy czas, uwagę, aby później patrzeć, jak ci ludzie odchodzą, a na ich miejsce wkracza nowe pokolenie, ktoś zupełnie nowy, zrodzony dla innych czasów. I gdy porównamy sobie José Arcadia Buendíę, który marzył, by połączyć Macondo ze światem, z José Arcadiem II, który sprowadził do miasta pociąg, dotrze do nas, jak wiele przeżyliśmy z rodem Buendía na przestrzeni tych kilkunastu odcinków. Będąc świadkiem wszystkich tych momentów, naprawdę zżyłem się z nazwiskiem Buendía, poniekąd stając się mieszkańcem ich rodzinnego domu. Każdy z bohaterów miał inną, ale zarazem swoją własną historię, które ze względu na klątwę rodu posiadały punkty wspólne. Każdą śledziłem z wielkim entuzjazmem, bez przeświadczenia, że są to ludzie stworzeni na potrzebę książki lub serialu.
Zobacz również: X-Men ’97 – recenzja 2. sezonu. UHUHU!
Drugi sezon Sto lat samotności po raz kolejny udowadnia nam, że realizm magiczny – fundament powieści Garcíi Márqueza – został z oddaniem przeniesiony na ekran. Opowieść z niesamowitą płynnością wplata w swój bieg elementy tak magiczne i tak odbiegające od rzeczywistości, że widz, podobnie jak mieszkańcy Macondo, zacznie je traktować jak zwykłą codzienność. Nie przeszkadzają nam samootwierające się drzwi, zapraszające kamerę do środka, czy pory dnia, które zmieniają się nienaturalnie szybko. Jesteśmy w stanie zaakceptować deszcz, który pada nieprzerwanie od 5 lat, lub podobnie jak mieszkańcy domu Buendiów, na widok odlatującej osoby, machamy jej na pożegnanie. Mieszkańcy Macondo wpisują te nadnaturalne elementy w swoją codzienność.
A jednocześnie Sto lat samotności jest serialem, który nie usprawiedliwia swoich bohaterów w żaden magiczny sposób. Dom rodu Buendía widział ludzi naznaczonych szaleństwem, obsesją, fanatyzmem, pijaństwem, zdradą czy lubieżnością. Rozumiemy bóle poszczególnych członków rodziny oraz w równym stopniu obserwujemy popełniane przez nich błędy i niewybaczalne czyny. Na naszych oczach niewinne dzieci stają się dorosłymi, a dorośli popadają w starcze szaleństwo. Przez to zostajemy z poczuciem nieubłaganego przemijania, które rozsiewa pustkę w nas, a także w całym Macondo. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że uznajemy tę pustkę za jak najbardziej uzasadnioną.
Zobacz również: Cudze chwalicie, swego nie znacie

Muszę przyznać, że postacie przedstawione w drugim sezonie Stu lat samotności nie zaskarbiły sobie mojej sympatii tak jak te z sezonu pierwszego. Nadal śledzimy losy starzejącego się pułkownika oraz Úrsuli Iguarán. Lecz po nich przychodzą nam postacie, których historie mniej mnie fascynowały. Wątek z plantacją bananów nie porwał mnie przez większość jego trwania. A postać Fernandy del Carpio do końca zostanie przeze mnie zapamiętana jako przerysowana przyczyna katastrofy całej rodziny. O wiele lepiej śledziło mi się losy pierwszych Buendiów, co nie oznacza, że nie zżyłem się z tymi, których przedstawił nam drugi sezon. Oba sezony zresztą mogą pochwalić się wybitną obsadą, w której absolutnie każdy aktor przekonał mnie, że naprawdę nosi nazwisko Buendía.
Narrator w finale po raz drugi wypowiada słowa „Pierwszy z rodu przywiązany jest do drzewa, a ostatniego zjadają mrówki”. Tak na naszych oczach kończy się sto lat, w którym każdy z rodziny przeżywał swoją własną samotność. Ostatni odcinek godnie wieńczy całą opowieść, przedstawiając najciekawszego Buendíę od czasu pułkownika José Arcadia. Cała historia Buendiów zamykamy dokładnie tak, jak zapisał to Cygan Melquíades. Pierwszego przywiązali do drzewa, a ostatniego zjadły mrówki. A pomiędzy nimi znajduje się sto lat powtarzających się losów, samotności, miłości, wojny i rodzinnych tragedii. Sto lat samotności jest serialem z własną duszą, który godnie reprezentuje prozę Garcíi Márqueza. Każdemu gorąco polecam!
fot. gł.: kadr z drugiego sezonu Sto lat samotności

