Godzilla Minus One z 2023 roku była świetną odpowiedzią Japończyków na amerykańskie Monsterverse. Film okazał się niezwykle dopracowany, doskonale wyważony pod względem rozrywki oraz emocji i od razu zyskał grono fanów. Dostaliśmy Godzillę z prawdziwego zdarzenia! Nic dziwnego, że wiele osób czekało z zapartym tchem na kontynuację hitu.
Niestety Godzilla Minus Zero wypada dużo gorzej od swojej poprzedniczki. Absurdy scenariuszowe, wyraźny brak niektórych bohaterów z pierwszej odsłony oraz śladowa ilość tytułowego kaiju sprawiły, że gdzieś zniknęły magia i autentyczność z 2023 roku. Pojawiło się kilka ciekawych wątków, ale zostały one ledwie liźnięte i potraktowane dość po macoszemu. Infantylność i głupawe pomysły na pokonanie potworów aż bolą i o ile w Godzilla Minus One jeszcze dało się na nie przymknąć oko, tak teraz jest już z tym nieco gorzej.
Zobacz również: Godzilla Minus One — recenzja filmu. Demony przeszłości
W filmie pojawia się też drugi kultowy kaiju: Ghidora. I tak naprawdę to on dostaje w produkcji dużo więcej uwagi niż tytułowa Godzilla. Znani z poprzedniej części Noda (Hidetaka Yoshioka) i Koichi (Ryunosuke Kamiki) postanawiają stawić czoło nowemu zagrożeniu i kiedy pierwszy plan okazuje się niewypałem decydują się na szalony plan b. Postanawiają wezwać Godzillę, aby pokonała Ghidorę. Pomysł jest idiotyczny. Sprowadzenie dwóch potworów w jedno miejsce w celu igrzysk śmierci, aby dobić osłabionego zwycięzcę, brzmi jak wymysł naiwnego dziecka. I dałoby się przeżyć taki infantylny ton, gdyby nie fakt, że na kontrze mamy, po raz kolejny, rozliczenie z wojenną traumą. Przez to połączenie całość wypada niewiarygodnie, a ładunek emocjonalny zostaje sprowadzony do irytującego balastu.
Z dobrych wiadomości: Koichi nie jest już tak denerwujący jak w pierwszej części. Bohater zdecydowanie dojrzał i podobał mi się jego konflikt wewnętrzny. Z jednej strony chce walczyć, a z drugiej uciekłyby z rodziną, aby zapewnić im i sobie bezpieczeństwo. W Godzilla Minus One twórcy stworzyli świetny team przyjaciół, którzy zmierzyli się z kaiju, więc tym bardziej bolał mnie fakt, że na ekranie właściwie nie zobaczymy Akitsu (Kuranosuke Sasaki) czy Mizushimy (Yuki Yamada). Towarzysze głównego bohatera pojawią się tylko dwa razy: podczas wspólnego obiadu i w finale, a i w tych scenach jest ich bardzo mało.
Zobacz również: Liga Sprawiedliwości kontra Godzilla kontra Kong – recenzja komiksu. Walka gigantów!

Ciężko też patrzeć poważnie na wątek Noriko (Minami Hamabe). Spodziewałam się metafory choroby popromiennej, a finalnie dostałam tego kiepską karykaturę. Początkowo twórcy wytworzyli niepokojącą atmosferę związaną ze zmianami skórnymi osób, które przetrwały atak Godzilli z poprzedniej części. Poszli jednak o krok za daleko i Noriko stała się dziwną hybrydą (z dużą soczewką w oku). Dziewczyna została sprowadzona do jedynej osoby, która przeżyła z genem kaiju, a co za tym idzie stała się wabikiem na Godzillę. Samo zmartwychwstanie tytułowego potwora jest zaś wytłumaczone pobieżnie i zostaje bardziej w stefie domysłów. Amerykanie coś tam działali, Noriko jest wabikiem, ale przecież de facto Godzilla została pokonana w Godzilla Minus One, więc jakim cudem ożywa?
Jednym z ciekawszych wątków, a zarazem zmarnowanym potencjałem jest motyw zemsty profesora biologii Kanji Murakamiego (Min Tanaka). Naukowiec stracił całą swoją rodzinę w ataku atomowym na Hiroshimę. Przy życiu utrzymuje go pragnienie odegrania się na Amerykanach. W tajemnicy planuje wywabienie Godzilli i naprowadzenie jej na Nowy Jork, aby dokonała takich samych zniszczeń jak zrzucona przez Jankesów bomba. Przyznam szczerze, że ten pomysł naprawdę mi się podobał. Min Tanaka idealnie oddał stan emocjonalny człowieka, który wszystko stracił i opętany żądzą zemsty popada w coraz większe szaleństwo. Jednak zostaje to rozwiązane w mało przekonywuujący sposób.
Zobacz również: Towarzystwo Ochrony Kaiju – recenzja książki. Godzilla to dopiero początek

Pod względem wizualnym Godzilla Minus Zero jest majstersztykiem. Efekty specjalne są na bardzo wysokim poziomie, a finałowa walka Godzilli z Ghidorą może być przykładem dla wszystkich produkcji superbohaterskich. Tak właśnie powinno się robić kino rozrywkowe. Fenomenalnie wygląda również niszczenie miast przez Ghidorę. Sama Godzilla została nieco odchudzona – straciła swój okrąglutki brzuszek i pulchne policzki z poprzedniej części, ale wciąż ma w sobie „to coś”. Momenty ładowania się przed atakiem wciąż robi niesamowite wrażenie. Co tu dużo kryć: sceny z kaiju wywołują prawdziwe ciary na plecach!
Godzilla Minus Zero nie ma też sobie równych pod względem udźwiękowienia i muzyki. Miałam przyjemność obejrzeć film w IMAXie i dźwięk naprawdę robił robotę. Warto uprzedzić, że podczas seansu jest ultra głośno i momentami ciężko jest wytrzymać. Spotkałam się nawet z opinią, że jest to specjalny zabieg, nawiązujący do hałasu jaki robi wybuch atomowy. Nawet jeżeli jest to zmyślona anegdotka to dokłada kolejną cegiełkę do legend na temat Godzilli. Ponadto podobnie jak w filmie Godzilla Minus One, tak i tutaj powracają motywy muzyczne z serii o kaiju z lat 50. i 60., co nadaje całości osobliwego charakteru.
Zobacz również: Godzilla i Kong: Nowe imperium — recenzja filmu. Atomowy wrestling

Czy warto iść do kina, żeby zobaczyć film Godzilla Minus Zero? Pewnie, że tak! Nie da się ukryć, że nowa część jest gorsza od swojej poprzedniczki. Dużo tutaj głupot scenariuszowych, a samo zakończenie jest dla mnie po prostu żartem. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że nie bawiłam się dobrze. Dla fanów legendarnego kaiju to pozycja obowiązkowa. Zresztą fani kina rozrywkowego też będą mieli tu niezły fun, bo wizualnie to prawdziwa perełka. Na przyszłość: dajcie nam więcej Godzilli.
Fot. główna: kadr z filmu Godzilla
