Crash Bandicoot N.Sane Trilogy – recenzja gry. Wielki powrót jamraja!

Status gracza stracił trochę na swoim elitarnym statusie, bo same gry stały się bardzo popularną rozrywką – rzecz jasna, taki obrót spraw ma swoje plusy i minusy. Dzisiejszy rynek gier kompletnie odbiega od tego, jakim był chociażby w latach, gdy go dopiero bliżej poznawałem, to jest 1995-2005. Zmieniło się praktycznie wszystko. Tytuły dla hardkorowych graczy znalazły się w znakomitej mniejszości, a branżę toczy rak w postaci wydawania półproduktów. I choć Activision nie należy do tych prawych i sprawiedliwych przemysłu gier, wraz z Vicarious Vision stworzyli – a raczej przywrócili do życia – coś, co nie wpasowuje się we wszystkie niezdrowe trendy świata  dzisiejszej elektronicznej rozrywki. Oto Crash Bandicoot N.Sane Trilogy!

Crash Bandicoot przeszedł długą i ciężką drogę, by odzyskać dawną chwałę i blask. Starczy powiedzieć, iż ostatnie gry z jego udziałem na duże platformy, pojawiły się w 2009 roku, a dodatkowo nie zostały zbyt ciepło przyjęte przez grono fanów. Ciężko słowami opisać moją (i prawdopodobnie kilku milionów innych graczy) euforię, spowodowaną zapowiedzią trzech pierwszych odsłon Crasha w odświeżonej wersji na konferencji Sony, podczas ubiegłorocznego E3. Niemal 12 miesięcy od tej zapowiedzi, odebrałem swój egzemplarz Crash Bandicoot N.Sane Trilogy. Podczas wkładania płyty do napędu, przemknęła się przez głowę okropna wizja – a co, jeśli to wszystko okaże się być niegrywalnym bublem i czar nostalgii pryśnie…?

Zobacz również: Oh… Sir! The Insult Simulator – recenzja gry. Nietypowa, polska bijatyka

Crash Bandicoot N. Sane Trilogy nie jest niegrywalnym bublem. To ten Crash, którego znamy i kochamy, tylko trochę inaczej. Całość daje wyjątkowo pozytywny efekt, jednak kilka rzeczy nie zagrało. Zacznijmy od pozytywów. Przede wszystkim mamy tu całkowicie odświeżoną, piękną szatę graficzną. Modele postaci mogą naprawdę cieszyć oko (ta mimika Cortexa!), a cutscenki przywodzą na myśl najdoskonalsze i najnowsze animacje studia Disneya czy Dreamworks. Świetnym posunięciem było wstawienie tak zwanych Time Trial, czyli przejścia poziomu w jak najszybszym czasie, do pierwszych dwóch części trylogii. Oryginalnie pojawiły się one jedynie w Crash Bandicoot: Warped, czyli odsłonie trzeciej. Wydłuża to niewątpliwie czas rozgrywki i żywotność gry, bo – cóż, umówmy się – w każdym tkwi żądza zrobienia czegoś na sto procent. A czasami na sto pięć, w przypadku Crasha. Ambitni gracze na pewno postawią sobie za cel, zdobycie wszystkich reliktów.

Zobacz również: Kraina Indyków #1 – Pantsu Hunter, Love Choice, Friday the 13th: Killer Puzzle

Zadanie to nie będzie proste. Ciężko powiedzieć, czy Vicarious Vision zrobiło to celowo, czy mój refleks nie jest już tak dobry, jak w latach młodzieńczych, ale pierwsze dwie odsłony Crasha umieją doprowadzić do szewskiej pasji. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, iż nie są to najprostsze gry, ale moja samoocena po kilku poziomach w odświeżonym Crash Bandicoot upadła dość boleśnie. Swoje dołożyła nieznacznie zmieniona mechanika; jak wiadomo, Vicarious Vision nie miało kodu źródłowego oryginalnych gier i tworzyło wszystko od podstaw. Stąd też bardzo niewygodne sterowanie motorówką Coco (która, swoją drogą, również jest grywalną postacią – miły smaczek) czy toporne ujeżdżanie Pury.

Najwięcej kontrowersji wzbudza jednak fizyka skoku. Stanowiąca niegdyś w pewien sposób ułatwienie, obecnie utrudnia grę przez dwa aspekty. O szybszy upływ czasu między wybiciem się, a lądowaniem oraz o towarzyszący tej fizyce realizm. Mianowicie chodzi o to, że Crash ześlizguje się z ostrych krawędzi, gdy w oryginale mógł po nich skakać bez strachu o upadek. Wiele osób na to psioczy, ale mówiąc szczerze, nie robi mi to wielkiej różnicy. Kupuję to w takiej formie, jaka jest, nie narzekając na małe niuanse i różnice pomiędzy wersją odświeżoną, a oryginałami, lecz ciesząc się, iż mogę raz jeszcze przeżyć przygody Crasha, tym razem na nowszej generacji konsol i prawie 20 lat później.

Zobacz również: Czy przygodówki point and click to dziś gatunek wymarły?

Crash Bandicoot

I choć chciałbym powiedzieć, że dzieciaki zakochają się w Crashu tak, jak ja kiedyś, wciąż ciężko mi uwierzyć, by poziom trudności tych gier ich nie zniechęcił. Crash Bandicoot N. Sane Trilogy, jak wspomniałem na początku, okazuje się zabierać gracza do czasów, gdzie granie nie było tak pospolitą rozrywką. Za cenę niespełna stu czterdziestu złotych, dostajemy trzy (!) gry, wymagające wielu godzin nim wymasteruje się je w całości. Jest trudno, a to bardzo rzadka cecha dzisiejszych gier. Tym bardziej rozbawiło, a następnie zasmuciło, stwierdzenie pewnego użytkownika jednego portalu, iż Crash Bandicoot to takie nowe Dark Souls. Ręce opadają.

Najnowsza (i paradoksalnie najstarsza) odsłona Crasha to dla starych wyjadaczy prawdziwy powrót do przeszłości. Dla młodszego pokolenia graczy zaś może to być pierwsze spotkanie z  tą kultową serią. Słupki sprzedażowe są wysokie, wersja na inne platformy raczej pewna, więc jedyne co nam pozostaje to czekać. Na co? To już zależy od każdego z osobna. Na odświeżoną wersję Crash Team Racing. Na całkowicie nowe produkcje z Crashem w roli głównej. A może klasyczną trylogię innej, nieoficjalnej maskotki pierwszego PlayStation – Spyro? Vicarious Vision na spółkę z Activision oraz Sony, spełniło marzenia graczy na całym świecie. Być może zapoczątkowało również nową, branżową modę na robienie remake’ów z prawdziwego zdarzenia. Nie tylko z podkręconą grafiką do odpowiedniej rozdzielczości. Najważniejsze jednak, że przywrócili Crashowi sławę, na jaką niewątpliwie zasłużył.

OCENA: 9.5/10

Krzysztof Wdowik Opublikowane przez:

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

0 0 głos
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze