Red Dead Redemption 2 – recenzja gry. Kandydat do miana gry generacji

Nie wiem jak wy, moi drodzy czytelnicy, ale ja okropnie nie lubię długich recenzji, zarówno będąc po stronie czytelnika jak i po tej drugiej, powiedzmy bardziej kreatywnej i twórczej stronie. Trudno napisać coś odkrywczego tudzież zaskakującego o grze będącej prawdopodobnie na ustach wszystkich graczy od dobrych kilku miesięcy. Bo to, że Red Dead Redemption 2 to gra dobra, wie już chyba każdy dumny posiadacz konsoli, a nawet i pecetowcy – wszakże YouTube jest wspaniałym wynalazkiem, że pozwolę sobie na odrobinę uszczypliwości. Pojawiają się jednak głosy, iż najnowsze dzieło studia Rockstar Games to mocny kandydat nie tyle do gry roku, co do gry generacji.

Zobacz również: Hellblade: Senua’s Sacrifce – recenzja gry. Definicja psychozy

Historia tym razem zabiera nas w przeszłość, do 1899 roku, czyli 12 lat przed wydarzeniami z Red Dead Redemption i kilka lat po tych z Red Dead Revolver (ktoś jeszcze pamięta o tej grze?). Wcielamy się w Arthura Morgana – moim zdaniem jednego z najlepszych growych protagonistów ostatnich lat. Oczywiście jego natura w pewnej części zależy od nas i naszych postępowań w grze, ale w takich momentach jak cutscenki czy zwykłe rozmowy z innymi bohaterami, widać gołym okiem prawdziwą naturę Morgana. To typ podobny do Marstona, bohatera RDR – dobry z natury, lecz zmuszony do złych czynów przez niezbyt ciekawą sytuację życiową. Trudno Artura nie polubić, szczególnie po dłuższym obcowaniu z tą postacią. Mnie osobiście uwiodła prostota myślenia i światopoglądu prezentowana przez Morgana, w dobrym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna. Warstwa fabularna nie wprowadza rewolucji w świecie gamingu; nie znaczy to, że zawodzi – nie, wręcz przeciwnie – wciąga, ale przy tym nie oferuje niczego, co mogłoby klasyfikować się jako coś innowacyjnego. Coś niesamowitego zostało zarezerwowane przez inny element Red Dead Redemption 2…

Red Dead Redemption 2 mamy do czynienia z najlepszym otwartym światem w historii elektronicznej rozrywki. Żadna gra nie oferowała dotychczas czegoś tak kompleksowego i bogatego we wszelkiej maści kontent. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak kilka większych i mniejszych miasteczek zagubionych w rozległych i dzikich obszarach Ameryki opanowanej przez naturę. To, jaki ten świat jest żywy, można jednak zauważyć zaraz po opuszczeniu zimowych krain z rozdziału pierwszego. Każdy NPC na dzikim zachodzie żyje swoim życiem. Można powiedzieć, że jest to udoskonalony, bardziej rozwinięty świat z którym mieliśmy już przyjemność obcować w pierwszym Red Dead Redemption.

Zobacz również: South Park: The Fractured But Whole – recenzja gry. Jaja z Marvela i DC

red dead redemption

W 2010 roku zachwycaliśmy się, gdy stary sklepikarz wychodził i wylewał kubeł wody na ziemię, a miasteczkowy szeryf przybijał do słupa list gończy. Osiem lat później zachwycamy się kolejny raz nad tym, czego dokonało Rockstar Games w kwestii otwartego świata. Masa aktywności pobocznych – że wspomnę tu o polowaniach na legendarne zwierzyny, cholernie angażujących znajdźkach czy też zdarzeniach losowych, często zamieniających się w długie i ciekawe misje –  stanowią o sile i wyjątkowości RDR2.

Grę cechuje bardzo powolne, żeby nie powiedzieć ślimacze tempo. Trzon rozgrywki charakteryzuje duży realizm, tak też nie powinien dziwić nacisk postawiony na nieszybką eksplorację. Mam co do tego dość ambiwalentny stosunek, bo oczywiście, jak najbardziej doceniam efekt końcowy, lecz równocześnie jestem przekonany, iż duża część graczy może się do tego tempa zniechęcić po kilku godzinach przed konsolą. Do wspomnianego realizmu, dochodzi jeszcze potrzeba zaspokajania podstawowych funkcji życiowych naszego bohatera – jedzenia, picia czy spania. Aby uczynić doświadczenie z RDR2 jeszcze bardziej rzeczywistym, istnieje opcja wyłączenia mapy, co prowadzi z kolei do pytania się NPC-ów o drogę. Proste, a niebywale udane uatrakcyjnienie.

Zobacz również: Resident Alien, tom 1 – recenzja komiksu. Lekarz, detektyw i… kosmita?

To, co opisałem w powyższych akapitach, stanowi wyłącznie uogólnioną cząstkę wspaniałego, złożonego świata Red Dead Redemption 2. Produkcja Rockstar Games jest jednym z tych tytułów, które zdecydowanie powinno się poznawać samemu, nie sugerując się żadnymi recenzjami ani tym bardziej filmikami z rozgrywki (chyba, że jest się PC-towcem, ekhm…). Zanim nadejdzie czas na podsumowanie to chciałbym jeszcze polecić tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, kanał na YouTubie użytkownika Shirrako. Było o nim dość głośno w ostatnich dniach ze względu na nałożonego na niego bana za niewłaściwe treści w jego zapisach z rozgrywki. Aby zrozumieć jak bardzo złożony i bogaty jest świat RDR2, myślę, że wystarczy zapoznać się choć z jednym takim filmikiem autorstwa Shirrako. Najpierw obrażam pecetowców (dwa razy), potem propaguję bicie feministek. Coś czuję, że to moja ostatnia recenzja…

Jeszcze w kwietniu tego roku podejrzewałem, że ciężko będzie wyprzedzić God of War w wyścigu o miano najlepszej gry roku. Starał się Marvel’s Spider-Man, starał się grecki Assassin’s Creed, ale nie udało się im, w moim mniemaniu, przegonić Kratosa. Red Dead Redemption 2 zrównuje się z dziełem Santa Monica Studio, a społeczeństwo graczy ma przed sobą piękny dylemat z udziałem dwóch wyjątkowych tytułów. Możliwe, że w tej walce Spartiaty z Arthurem Morganem sprawdzi się stara zasada – gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Wstrzymujemy się więc z werdyktem gry generacjiRed Dead Redemption 2 wystawiamy dychę i czekamy na The Last of Us 2. 

OCENA: 10/10

Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze