Całopalenie – recenzja książki

A oto książka, która dzięki wydawnictwu Vesper w końcu zawitała na polski rynek. Klasyka horroru, wydana pierwotnie w 1973 roku, będąca, jak można to ująć, pierwowzorem dla Lśnienia czy Amityville. Przed państwem Całopalenie Roberta Marasco!

O czym traktuje fabuła książki Całopalenie? Ben oraz Marian Rolfe wraz ze swoim synkiem, Davidem, postanawiają wyrwać się ze swojego ciasnego mieszkania na Brooklynie. Gdy trafia im się okazja, by wynająć wielką rezydencję poza zgiełkiem miasta za naprawdę niewielkie pieniądze, wykorzystują ją (prawie) bez zastanowienia. Ekscentryczni właściciele domu mają jednak nietypowy warunek jak na taki dobry układ. Trzy razy dziennie muszą zostawiać tacę z jedzeniem w zachodnim skrzydle rezydencji dla ich podstarzałej matki, której Rolfowie – jak zapewniają – prawdopodobnie nawet nie zobaczą podczas okresu najmu.

Zobacz również: Chata na krańcu świata – recenzja książki

Trudno mówić, że Całopalenie w 2020 roku może czymś zaskoczyć fanów horroru. Trudno w końcu, żeby coś, co było świeże i innowacyjne w 1973 roku, było takie wciąż niemal 50 lat później. Jednak Całopalenie, choć w Polsce nieznane (na szczęście się to zmienia), uznawane jest za klasykę horroru. Motywy, którymi posługuje się autor – nawiedzony dom, izolacja, opętanie czy tracenie zmysłów – zostaną użyte i znacznie wzbogacone, rozbudowane już kilka lat później w takich dziełach, jak Amityville czy LśnienieCałopalenie genialnie ukazuje bezradność człowieka względem sił wyższych, jego przemianę w swoją najgorszą możliwą wersję.

Co mi się jednak najbardziej podobało w powieści Całopalenie, to bez wątpienia bohaterowie. Marasco w bardzo udany sposób przybliża nam rodzinę Rolfów. Wydaje mi się, że to chyba najczęstszy problem w literaturze tego typu. Sprawić, by czytelnik może nawet nie tyle zżył się z postaciami, ale żeby ich polubił. W moim przypadku sympatia pojawiła się już od pierwszych stron książki i nabierała na silę wraz z kolejnymi stronami. Zacząłem się przejmować ich losem i złapałem się nawet na myśleniu O nie, żeby tylko nic mu/jej się nie stało. A żeby wywołać coś takiego u czytelnika, to trzeba naprawdę dobrze sobie radzić ze stopniowaniem napięcia.

Zobacz również: W górach szaleństwa, tom 1 – recenzja książki

Na zakończenie – kilka zdań o wydaniu książki, bo zdecydowanie jest o czym wspomnieć. Słodziłem już wydawnictwu Vesper przy ostatniej recenzowanej pozycji z ich katalogu i można by mi zarzucić lizusostwo, ale… tylko spójrzcie na te wydania. Twarda oprawa, świetny, klimatyczny projekt okładki z krwistym, mieniącym się tytułem. A wewnątrz – dodatkowo – ilustracje Macieja Kamudy oraz posłowie Grady’ego Hendrixa, świetnie ukazujące historię tworzenia Całopalenia. Weźmy jeszcze do tego bardzo przystępną cenę i voila – mamy idealny stosunek ceny do jakości.

Może już tak nie intryguje, jak tych niemalże 5 dekad temu, może łatwo jest się domyślić, do czego zmierza fabuła, nie zmienia to jednak faktu, że jeśli produkt jest kultowy, to obroni się nawet mimo tego. A Całopalenie z całą pewnością takie jest. To kawał dobrej literatury, z którą fani horroru powinni się koniecznie zaznajomić. Polecam!

OCENA: 9/10


Całopalenie


Tytuł: Burnt Offerings
Autor:
Robert Marasco
Tłumaczenie:
Bartosz Czartoryski
Wydawca: Wydawnictwo
Vesper
Oprawa: Twarda
Stron: 320

Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze