Czarna Wdowa – recenzja filmu. Boska Florence

Jedną z najważniejszych nauk, jaką wniosła do mojego popkulturowego życia pandemia to świadomość braku potrzeby oglądania Marvela.

Przedtem chodziłem zawsze, czasem nawet z zapałem, bo kilka filmów było rzeczywiście dobrych, ale także z zaciekawienia i chęci niezagubienia się w przedstawianej historii. Rzeczywistość urwała to jednak na dwa lata, w dodatku po bardzo przyjemnym Spider-Man: Far from home. Mogłem więc spodziewać się tęsknoty za tymi filmami, jednak ona nie nadchodziła. Kiedy była już okazja, żeby film zobaczyć, poszedłem więc trochę mechanicznie. Zobaczyłem, a uczuć żadnych dalej nie ma. W dużej mierze z uwagi na to, jak kiepsko wygląda nowa produkcja spod szyldu MCU – Czarna Wdowa.

Zobacz również: Szybcy i Wściekli 9 – recenzja filmu. Najbardziej familijna franczyza o wyścigach powraca

Szybka była droga Natashy na marvelkowy piedestał. Odkąd pojawiła się w drugim Iron Manie, fani czekali na jej solowy film. W międzyczasie wszystkie postacie takowy dostały, a bohaterka Scarlett Johansson, mimo że była jednym z głównych koni pociągowych tego wózka, musiała czekać. I tak czekała do czasu, aż wszyscy wiemy co stało się w Endgame. Mimo wszystko obiecany film z Czarną Wdową musiał powstać. No i powstał, wszedł do kin i od razu wydaje się ładnych kilka lat spóźniony. Nie tylko z powodu pewnej choroby, której światową pandemię ogłosiło niespełna półtora roku temu WHO.

Bo jeśli dokładasz film o postaci, której historia nie może być już bardziej zamknięta, musi on się czymś wyróżniać. Czarna Wdowa Cate Shortland nie ma natomiast choćby pół cechy, która usprawiedliwiałaby jej powstanie w takiej formie i w tym terminie. To rzucony na kinowy ekran arkusz Excela, którego jedynym celem, w normalnym świecie, było wpisanie około 1,5 miliona USD w komórce z napisem total. A w dzisiejszym przecież i to się nie uda.

Początki tej nijakiej przejażdżki takiej słabości jednak nie zapowiadały. Prolog jest dość ciekawy, odpowiednio tajemniczy, a w kadry potrafi wkraść się całkiem dużo mroku. Marvele były najlepsze wtedy, kiedy pojawiała się w nich nuta oryginalności i zabawy. Czy to z kinem gatunkowym, czy z konkretnymi scenami akcji, czy z rozwiązaniami wynikającymi z charakterów bohaterów. Najlepiej wspominam te, które próbowały z każdym z tych trzech aspektów – tutaj po wstępie i napisach początkowych przy fajnym coverze Nirvany wydawało się, że będzie chociaż jedno. Niestety nie było nic.

Zobacz również: Rękawica Nieskończoności – recenzja komiksu. Thanos kontra reszta świata

Jedyną jednoznacznie jasną stroną filmu Czarna Wdowa jest Yelena, siostra Natashy, w którą wciela się Florence Pugh. W ostatnich kilku latach na liście aktorów zmarnowanych przez MCU znajdują się takie nazwiska jak między innymi Michelle Pfeiffer, Mads Mikkelsen czy Kurt Russell, ale młoda brytyjska gwiazda na pewno do nich nie dołącza. Szybko łapie ze Scarlett fajną chemię a ich relacja, szczególnie po stronie Pugh,  zwyczajnie bawi. Nawet pomimo faktu, iż od razu widać, że gwiazda Midsommar złapała konwencje i poziom zaangażowania. Słowem, nie musiała się jakoś wybitnie starać.

Próbuje znaleźć jakiś aspekt, który najnowszy film Marvela dokłada do uniwersum i tu widzę chyba jego największy problem. Poza tym bowiem, że wspomniana Yelena pewnie jeszcze odegra jakąś rolę, ten film nie pełni absolutnie żadnej funkcji. Naszej martwej już przecież bohaterce (ups, spoiler) nie wyznacza żadnej życiowej drogi, nie rzuca na jej postępowanie żadnego nowego światła ani nie daje wejść w przesadnie interesującą intrygę. Widzę dużo dość pozytywnych głosów, jakie spływają w pierwszych ocenach tego filmu i mocno się zastanawiam. Myślę, jaki aspekt może ulec ocenie jednoznacznie pozytywnej. I dochodzę do smutnego wniosku, że żaden.

Zobacz również: Kącik filmowych premier – Sweat, Spirala, Ostatni Komers

Chciałoby się jeszcze pochylić nad fabułą tego konkretnego filmu, jednak tutaj też nie będą to długie zwierzenia. Historia również nie jest czymś wyróżniającym się; w wielu wątkach pobocznych jest na tyle pretekstowa, że trudno się w nią zaangażować. Niby jest tu jakiś wątek feministyczny, niby dodatkowo coś się dzieje na wyższych szczeblach, ale nie do końca wiemy i nie do końca chcemy wiedzieć co. Niech największym tego symbolem pozostaną czerwone ampułki, o które toczy się większość gry, a w przypadku których film nie jest w stanie nam wyjaśnić, jak właściwie działają. Zgaduje więc, że równie słabo, jak cały ten seans.

Główny czarny charakter chroni się przed atakiem naszej bohaterki zasłoną feromonową, co oznacza, że nie jest ona w stanie go zaatakować gdy tylko jakkolwiek czuje jego zapach. Wątek ten mnie zaciekawił, dlatego też zacząłem się zastanawiać, czy znany objaw koronawirusa, jakim jest utrata węchu, pozwoliłby temu delikwentowi obić twarz. Nad takimi rzeczami musiałem się zastanowić podczas tego seansu, ponieważ z bardziej filmowej strony nowy marvelek nie był w stanie zaangażować mnie praktycznie niczym. Sprawił również, że brak tęsknoty za nowym filmem uniwersum również się nie zmienił. Kto wie, czy aby nie zniknęła na amen.

OCENA: 5/10

Łukasz Kołakowski Opublikowane przez:

Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze