Jesmyn Ward, czyli powiew świeżości w literaturze amerykańskiej

Na koncie ma już wiele nagród, ale to chyba właśnie National Book Award for Fiction imponuje najbardziej. Dlaczego? Jest zarówno pierwszą kobietą jak i pierwszą Afroamerykanką w historii, którą nagrodzono nią dwukrotnie. Jesmyn Ward to nie tylko pisarka doceniona przez czytelników, ale również profesor nadzwyczajny języka angielskiego na Uniwersytecie Tulene’a. Być może to właśnie jej wiedza i bagaż doświadczeń sprawiły, że w tak świeży sposób rozlicza się w swojej twórczości z problemem rasizmu.

Choć ma na swoim koncie już trzy powieści, jej debiut Linie Krwi pojawił się w polskim przekładzie dopiero w zeszłym roku. Fabułę można by zamknąć w jednym zdaniu: na południu Stanów dwóch braci kończy szkołę i rozpoczyna poszukiwanie pracy. Wydaje się, że na te kilkaset stron to stosunkowo niewiele, ale jest to powieść niezwykle dopieszczona. Jedną z rzeczy, którą doceniam w niej najbardziej, jest język, bo narracja to w zasadzie delektowanie się słowami. Jesmyn Ward jest niesamowicie precyzyjna w swoich opisach i niemal poetycko rozwodzi się nad krajobrazami, przemyśleniami bohaterów, a nawet nad przyjacielską grą w koszykówkę, która urasta do nowego sposobu komunikacji między skłóconymi braćmi. Tutaj warto zrobić ukłon w stronę tłumacza – Tomasz S. Gałązka zadbał, żeby przekład wręcz płynął.

Dowodem kunsztu autorki jest również portret małego miasteczka przesiąkniętego południowym klimatem; miejsca, w którym młodzi nie mają większej nadziei na przyszłość i często sięgają po różne używki, a ten klimat tylko potęguje bezustanny upał. Z dużym szacunkiem potraktowano społeczność Afroamerykanów, z którymi przecież historia tego regionu jest tak sprzężona. Gdziekolwiek dzisiaj pojawi się temat rasizmu, czym prędzej rozpoczyna się dyskusja o poprawności politycznej. Tej powieści trudno coś w tym temacie zarzucić. Nie ma tutaj białego policjanta, który znęca się nad bohaterami, bo nie ma w tej historii w ogóle tego typu klisz. To jest opowieść oddana całkowicie czarnoskórej społeczności, bo spuścizną niewolnictwa jest również właśnie ta rzeczywistość – taka, w której największym marzeniem nastoletniego chłopaka jest dostać pracę na stacji benzynowej albo w sklepie, byle tylko weprzeć rodzinę ledwo wiążącą koniec z końcem.

Zobacz również: Till – recenzja filmu. Historia, którą powinien znać każdy

Wypada tu sprostować jedną rzecz: historie relacji między rasami (a częściej niestety przemocy jakiej dopuszczano się na mniejszościach) muszą również wybrzmieć w literaturze. Ward szuka po prostu świeżej, wrażliwszej perspektywy. A efektem tych poszukiwań jest opowieść o traumie międzypokoleniowej, która dotyka chłopców na wielu frontach. Wpływa na ich poczucie własnej wartości, gdy jadą przez Nowy Orlean, miasto z tak równo przystrzyżonymi trawnikami, że mogłoby równie dobrze być iluzją. Kształtuje ich relacje rodzinne, gdy od dziecka obserwują babcię zarabiającą grosze na sprzątaniu domów białej klasy średniej. I wreszcie sprawia, że handel narkotykami wydaje się jedynym wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji.

Nie jest więc pewnie zaskoczeniem, że autorka zupełnie jak jej bohaterowie wychowywała się w Missisipi. Jak sama wspomina w tym artykule, w czteropokojowym domu babci mieszkała wspólnie z czternastką krewnych, żywiąc się głównie fasolą z puszki, ryżem i mlekiem w proszku. Jej proza jest ewidentnie próbą rozliczenia się z tą trudną przeszłością. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że jej osobista historia dotarła do jakiejś formy happy endu, przynajmniej w sferze zawodowej. Bliźniakom w swojej powieści nie daje takiej nadziei.

Zobacz również: Glass Onion – recenzja filmu. Zbrodnia doskonała niczym Shrek.

Jeśli chodzi o samą książkę, momentami odnosiłam wrażenie, że wiele z jej zalet łatwo można zinterpretować jako wady. Bo kwieciste i długie opisy oznaczają też niewiele akcji, a wielowymiarowe postaci – mniej dialogów. Pewnie jest to trochę bolączka wynikająca z tego, do czego przyzwyczaja się dzisiejszego odbiorcę. Wiem, że w tej powieści całkowicie zamierzenie nie ma pościgów i wybuchów, ale wydaje mi się, że nie jest to zamysł bez wad. Wraz z rozwojem wydarzeń atmosfera zagęszcza się, a napięcie rośnie… tylko że dość nierówno. Czasami ma się ochotę powiedzieć: zostawmy już ten opis przyrody. Zostawmy te przemyślenia, które rozdział temu wyglądały tak podobnie i zdają się nie ewoluować. Niech się coś wydarzy!

Chociaż to wszystko zmierza do całkiem satysfakcjonującego finału, w perspektywie całości dzieje się naprawdę niewiele. I to samo w sobie nie jest problemem, bo w tym tkwi też piękno tej powieści. Bardziej kuje, że to zdaje się tak niewiele znaczyć, bo te powtarzalne przemyślenia nie prowadzą naszych bohaterów w żadne nowe miejsca w ich rozwoju. Pewnie jest to również w jakimś stopniu wina minięcia się z oczekiwaniami, bo ja wyrobiłam sobie swoje przez opis, w którym padają takie słowa jak „narkotyki” czy „konflikt”. To drugie wydaje się po lekturze jakieś takie przesadzone.

Zobacz również: Najlepsze książki na zimowe wieczory

Trzeba jednak przyznać, że jest to bardzo udany debiut. Opinie na tylnej okładce, jakimi szczyci się wydawca, nie uważam za przesadzone – Jesmyn Ward to świeży głos w amerykańskiej literaturze, a jej proza to sama precyzja. To ważny głos w dzisiejszej debacie o rasizmie i chętnie sięgnęłabym po jej pozostałe powieści, zresztą bardziej docenione przez krytyków i znacznie hojniej nagrodzone. Choć Linie Krwi nie są pozbawione wad, z łatwością mogą was porwać na melancholijną wycieczkę na południe, ale ostrzegam, że wiele się na niej dziać nie będzie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze