Mój sąsiad Adolf – recenzja filmu. Dyktator za płotem

Mój sąsiad Adolf swój debiut zaliczył w 2022 roku, jednak dopiero teraz na wielkim ekranie mogą zobaczyć go polscy widzowie. Film opowiada powojenną historię Marka Polsky’ego, Żyda polskiego pochodzenia i jego niełatwej relacji z sąsiadem.

Mój sąsiad Adolf rozpoczyna się sielanką. W pierwszych kadrach poznajemy całą rodzinę Marka (David Hayman). Reżyser subtelnie, acz wyraźnie, wskazuje nam na to co będzie miało znaczenie kluczowe dla dalszej historii. Kamera leniwie sunie przez ogród wypełniony członkami rodziny Polskych. Słyszymy rozmowy, śmiech, radość i swobodę. Widzimy piękne, czarne róże, które na chwile stają się głównym bohaterem i wypełniają cały plan. Całą sekwencję kończy scena tak oklepana jak urocza, w której cała rodzina staje do wspólnego zdjęcia. Żart z samowyzwalaczem to banał, ale tutaj działa bez zarzutu. Wszystko utrzymane jest w ciepłych barwach.

Zobacz również: Firebrand – recenzja filmu. Henryk VIII obalony [Cannes 2023]

W kolejnych kadrach przenosimy się do Kolumbii, która w kadrze reżysera Leona Prudovsky’ego jest wyjątkowo ponura. Mamy rok 1960, a Marek mieszka sam na kolumbijskiej prowincji. Rodzinę stracił w holocauście. W zapuszczonym ogrodzie rosną tylko czarne róże, o które bohater troszczy się z niezwykłą starannością. Nie można powiedzieć, żeby życie Marka była sielanką, niemniej jest względnie spokojne i wypełnione rutyną. Wszystko się zmienia, gdy do domu za płotem wprowadza się sąsiad. Niemiec o zimnych, przepełnionych złem oczach… Adolfa Hitlera!

Nowy sąsiad, przedstawiający się jako Herman Herzog (Udo Kier), szybko staje się osią fabuły. Właściwie to nie tyle on sam, co jego podobieństwo do Fuhrera i obsesja Polsky’ego na próbach udowodnienia, że za jego płotem mieszka najpotworniejszy dyktator jakiego nosiła ziemia. Polak za wszelką cenę stara się dowieść, że to są te same oczy, które już raz widział, bo poznał Hitlera na szachowych mistrzostwach w 1934 roku. No ale nie jest to takie proste, kłody pod nogi Marka wciąż rzucają izraelski wywiad, płot, pies sąsiada czy nieco upierdliwa pani Kaltenbrunner pracująca dla Herzoga. Nicią porozumienia, która pomaga Polskyemu zbliżyć się do rzekomego Adolfa okazują się szachy, a historia w przewrotny sposób zatacza koło.

Mój sąsiad Adolf
Kolumbia, dom Marka Spolsky’ego. Fot. Kadr z filmu

Zobacz również: Houria – recenzja filmu. Potęga tańca

Fabuła jest naprawdę intrygująca i wciągająca. Reżyser Leon Prudovsky niezwykle zgrabnie, z przymrużeniem oka, czerpie z teorii spiskowych mówiących o Hitlerze zamieszkującym Argentynę, przerabiając je na własną modę i trochę przy okazji wyśmiewając. Zresztą, akcja filmu dzieje się kilka dni po złapaniu, właśnie w Argentynie, Otto Eichmanna, jednego z architektów holocaustu. To oczywiście tylko wzmaga podejrzliwość protagonisty. Tu w sumie od razu możemy przejść do mojego największego problemu z tym filmem. Bo tak jak właściwie scenariusz, napisany przez Prudovsky’ego i Dmitra Malinovsky’ego, całościowo jest naprawdę dobry, to pojawiają się straszne zgrzyty. Jak kamienie rzucone między naoliwione koła zębate. 

David Hayman jako Marek Spolsky fot. kadr z filmu

Film jest nierówny. Niestety, czasami można odnieść wrażenie, że Prudovsky nie do końca wiedział co chciał osiągnąć. No niby jest to czarna komedia, ale nie pęka się na niej ze śmiechu. Nie powiem, uśmiech pojawiał się na mojej twarzy, ale niekiedy był to tylko uśmiech politowania. Mój przyjaciel Adolf ma ten problem, że żarty bywają slapstickowe. Oczywiście, slapstick nie jest zły per se, ale w tym filmie zwyczajnie nie działał i gryzł się z tonem innych scen. Reżyser tak chciał momentami wyluzować, że aż dwa czy trzy razy zażenował. Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że większość czasu film potrafi być naprawdę subtelny, wręcz wyrafinowany. Świetna gra kolorami, w bardzo prosty i nienarzucający sposób pokazuje nam w jakim miejscu swojego życia był i w jakim znalazł się Marek Spolsky.  Rrewelacyjna scenografia, która świetnie oddaje różnice między bohaterami, ich drogę. I nagle jebs, psia kupa. Zwłaszcza że zaraz potem przypomina nam się o niezwykle tragicznej i traumatycznej przeszłości Marka.

Zobacz również: A Town Called Malice – recenzja serialu. Żółte lata 80.

Za to aktorstwo! Rewelacyjne role Kiera i Haymana tak naprawdę budują ten film. Tym bardziej, że mimo kilku postaci pobocznych, to jest to typowy two-hander. Wszystko ostatecznie rozgrywa się między Spolskym a Herzogiem, a aktorzy biorą to na barki i dźwigają bez nawet chwili zadyszki. Każda rozmowa, każda rozgrywka w szachy, każde spojrzenie, każda najmniejsza interakcja między tą dwójką to są zdecydowanie najmocniejsze elementy tego filmu. 

Udo Kier jako Herman Herzog Fot. kadr z filmu

Zmierzając już pomału do brzegu – ostatecznie to jest naprawdę udany, solidny film. Osobiście mam wrażenie, że reżyser kilka razy trochę gubi drogę, ale mimo tego zawsze wraca na wytyczoną trasę i dowozi emocjonujący, zgrabnie zamykający całą historię finał. Warto też nadmienić, że mimo braku fajerwerków i raczej oszczędności w środkach, film jest naprawdę bardzo ładnie nakręcony. Kadry są przemyślane, pozbawione rozpraszaczy i rzeczy wyraźnie zbędnych. Czy jest to film który trzeba obejrzeć? No raczej nie. Czy w takim razie warto poświęcić czas? Myślę że tak, te półtorej godziny zlatują względnie szybko, film nie dłuży się, trzyma całkiem dobre tempo. Sama historia jest na tyle intrygująca, że to ona skłoniła mnie żeby w ogóle film obejrzeć i choć seans nie obył się bez zgrzytów, to nie żałuję spędzonego w kinie czasu.

Źródło głównej grafiki: Materiały promocyjne // Kino Muza

Plusy

  • Rewelacyjni David Hayman i Udo Kier
  • Interesująca historia
  • Realizacja

Ocena

7 / 10

Minusy

  • Nierówny ton filmu
  • Przegięte niektóre żarty
Paweł Witkowski

Gram w planszówki. Piszę o planszówkach. Fanboy Marvela. Lubię: Mavel Champions LCG, Legendary Marvel, Na Skrzydłach, Terraformację Marsa, rzucanie kostkami i deck building.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze