Uczta dla Odyna to już właściwie klasyka gier planszowych. Pierwotnie wydana w 2016 roku, w Polsce przez wydawnictwo Lacerta, w końcu doczekała się tak wyczekiwanego dodruku! Tym razem za sprawą Rebela polscy gracze mają okazję zasiąść do stołów i przygotować ucztę dla samego Odyna!
Dla mnie to również było pierwsze zetknięcie się z grą. Dotychczas z całej rosenbergowskiej trylogii rolniczej udało mi się zagrać w Agricolę, co było średnio przyjemne, oraz Kawernę. Ta druga zdecydowanie bardziej mi podpasowała. Uczta dla Odyna jest z nich niewątpliwie największa, najcięższa i czerpie z całego dorobku autora. Tym razem jednak nie musimy budować i uprawiać pastwisk, czekają nas za to wyprawy łupieżcze.
Uczta dla Odyna to gra euro, którą przede wszystkim wyróżniają rozmiar oraz waga pudełka. Jest ono jednakowoż wypchane po samiutki brzeg kartonem. Liczba żetonów, znaczników i planszetek początkowo może przyprawić o zawrót głowy mniej doświadczonych planszówkowiczów. Czy słusznie? Do tego wątku jeszcze wrócimy. Autorem gry jest słynny Uwe Rosenberg, który oprócz już wspomnianych tytułów dał światu również m. in. Patchworka, Fasolki czy Le Havre. Jest to zatem twórca uznany, który z jednej strony lubi wymyślać naprawdę udane mechanizmy, a z drugiej lubi je wciąż ulepszać i wykorzystywać ponownie. Ot taki swoisty recykling, który przynosi naprawdę udane rezultaty. Wracając jednak do Uczty – grę przeznaczono do rozgrywek w liczbie od 1 do 4 graczy i powinna zająć około 30 minut na osobę. Sam tytuł osadzony jest w erze wikingów, dając nam możliwość plądrowania, rabowania, handlowania, kolonizowania, hodowania i wytwarzania, a to wszystko zamknięte w mechanice worker placement.

O ZASADACH SŁÓW KILKA
Uczta dla Odyna to naprawdę duża gra, a więc po rozłożeniu automatycznie sprawia wrażenie trudnej. Na całe szczęście szybko okazuje się, że w gruncie rzeczy tytuł jest w obsłudze dość intuicyjny, a zasady nie są ciężkie do opanowania. Tak naprawdę to dość prosty worker placement – wybierz pole, wyślij wikingów, wykonaj akcję. Tak tura po turze, runda po rundzie.
Rozgrywka w Ucztę dla Odyna toczy się przez określoną liczbę dużych rund, w zależności od tego który wariant wybierzemy, a te podzielone są na tury rozgrywano w ustalonej kolejności. Do wyboru akcji w swojej kolejce gracz używa wikingów, których w toku rozgrywki będzie miał coraz więcej. To oni pełnią rolę naszych pracowników.
Akcji na pierwszy rzut oka jest baaaardzo dużo. W praktyce jednak mamy 10 typów, przynoszących nam różne korzyści i możliwości. W ramach tychże typów akcje różnią się dostarczaniem surowcami, liczbą możliwych wymian itp. Zasadniczo, im więcej naszych wikingów wyznaczymy, tym lepszą akcję zrobimy. W praktyce oznacza to ciągłe szukanie balansu i jak najefektywniejszego rozgrywania tur. Nie chcemy w dwóch ruchach przecież stracić wszystkich wikingów, z drugiej strony zagranie kilku słabych akcji może nam nie dać potrzebnego efektu.
Zobacz również: Terraformacja Marsa: Gra Kościana -; recenzja gry planszowej. Here we go again.
No dobra, ale co w ogóle nam chodzi, po co to wszystko? No oczywiście po to, żeby zdobyć jak najwięcej punktów. Ale w Uczcie dla Odyna to nie jest takie proste, co to to nie. Otóż każda planszetka gracza, wioska, którą musimy zabudować, posiada całe mnóstwo pól z ujemnymi punktami. Więc tak, zanim zaczniemy punktować, musimy postarać się zakryć jak największą część naszej wioski. Do tego możemy używać wielu różnych żetonów, ale z wyłączeniem pomarańczowych i czerwonych, oznaczających pożywienie. Te będą nam jednak potrzebne na koniec rundy, żeby urządzić tytułową ucztę, a im dalej w rozgrywce będziemy, tym większe będą uczty. Co ciekawe, w trakcie zabawy możemy pozyskiwać kolejne planszetki, wyspy, które zasiedla na tych samych zasadach co wioski i one też mogą nam przynieść ujemne punkty.
Dlatego tak ważne jest wspomniane wcześniej szukanie balansu. Musimy pozyskiwać różne surowce po to, żeby je wymieniać na kolejne. Żetony występują w 4 kolorach, co odzwierciedla ich wartość. Oczywiście im większy, tym cenniejszy, Oprócz podstawowych żetonów znajdziemy również osobną planszetkę z artefaktami o unikalnych kształtach, do pozyskania których realizujemy wyprawy łupieżcze. W międzyczasie jeszcze wyprawiamy się na wzgórza po drewno, kamień czy rudę, budujemy statki, polujemy na wieloryby czy dokonujemy wymian w ramach rzemiosła. Ciężko to wszystko zmieścić w kilku akapitach, na szczęście instrukcja w bardzo udany sposób prowadzi nas przez kolejne etapy rozgrywki, dość szczegółowe tłumacząc każdy typ akcji. No i jest naprawdę sporo przykładów, co ułatwia zrozumienie tych nieco mniej intuicyjnych mechanik jak np. połów wielorybów czy polowanie. Obie akcje używają kostek, ale każda innej i raz chcemy jak najwyższy wynik, innym razem odwrotnie.
WYKONANIE
Co tu dużo mówić, podoba mi się. Może nie jestem fanem ilustracji Dennisa Lohausena, ma to niby taki vibe twórczości Franza Klemensa, ale zdecydowanie wygląda ładniej niż Agricola czy Kawerna. To samo w sobie jest dużym plusem. Tak po za tym to wszystko jest bardzo solidne, ciężko się przyczepić. Bardzo fajne są pojemniki na żetony, które bardzo porządkują stół i i pomagają w przechowywaniu i setupie, który i tak nie jest zbyt szybki. Bardzo podoba mi się rozwiązanie zastosowane przy żetonach srebra. Walutę można również wykorzystywać przy zakrywaniu pól na planszy wioski, więc dla ułatwienia żetony występują w “nominałach”. Jest pojedyncza moneta, dwie (połączone), cztery tworzące kwadrat oraz 10 monet, tworzące razem duży prostokąt.

W pudełku, obok naprawdę dobrej instrukcji znajduje się również almanach. To bardzo ciekawe podejście do tematu osadzania gry w realiach historycznych. Wspomniany almanach to mnóstwo ciekawostek i wyjaśnień, które pomagają wczuć się w klimat. Nie żeby to była jakoś specjalnie tematyczna gra, ale przeczytanie kilku historycznych ciekawostek nikomu nie zaszkodzi.
ROZGRYWKA
Uczta dla Odyna to jedna z tych specyficznych, sandboksowych gier, w których nie wiadomo co robić. Przynajmniej na początku. Pierwsze akcje po nauce zasad to są totalnie strzały na oślep, bo ciężko cokolwiek wywnioskować po samej lekturze instrukcji. Jak już się jednak załapie co i jak, to rozgrywka naprawdę nabiera rumieńców, a każda kolejna partia wypada coraz lepiej. To zresztą nawet widać po naszych punktacjach. Przy testowej partii solo nawet nie udało mi się wyjść na zero, teraz już kręcimy nawet przyzwoite wyniki. Zdecydowanie pokazuje to jednak, że ciężko usiąść do zabawy z kimś zupełnie “zielonym” i grać na poważnie, bez udzielenia bardzo konkretnych porad i wskazówek.
Dość zaskakujące dla fanów poprzednich tytułów Rosenberga może być w sumie nie aż tak mała losowość rozgrywki. Wiadomo, dobór kart zawsze będzie losowy, ale oprócz znanych z innych gier pomocników mamy także talię broni (pułapki, włócznie i łuki) oraz kostki. Element losowy jednak, w moim odczuciu, nie wpływa negatywnie na rozgrywkę, a nawet jest całkiem tematyczny. Otóż turlamy podczas prób plądrowania czy połowu wielorybów, tak więc wysyłamy naszych ludzi i pozostaje nam tylko trzymać kciuki za sukces i ich rychły powrót. Chociaż też nie do końca, bo ta losowość jest całkiem fajnie kontrolowalna, a my możemy przygotować naszych dzielnych wikingów na wyprawy, zwiększając szansę na powrót w glorii i chwale.

Zobacz również: Wędrujące wieże – recenzja gry planszowej. Widział ktoś mojego maga?
Chyba moim największym problemem, pod kątem rozgrywki, jest forma i jej rozmach. To robi wrażenie, ale zwłaszcza na początku przytłacza i utrudnia nawigację. Trochę wszystkiego za dużo, brakuje w tym troszkę takiej swoistej elegancji. Niemniej to naprawdę udana gra. Mechaniki działają ze sobą bardzo dobrze, zazębiają się. Rozgrywka daje naprawdę dużo możliwości, a poszukiwanie najbardziej efektywnej strategii może zająć naprawdę dużo partii. Tym bardziej że zmienność niektórych elementów plus losowość zwiększają potencjał regrywalności.
Z plusów jednak na pewno może wymienić czas rozgrywki. Faktycznie koło 30 minut na gracza się sprawdza i partie dwuosobowe udawało nam się zamknąć w godzinkę, chociaż większość trwała około półtorej godziny. To jednak nadal fajna długość przy tym rozmiarze. Za to nie bardzo chcę grać w to więcej niż w dwie osoby. Raz, że znacznie zwiększa się downtime, dwa że w promieniu kilku kilometrów od mojego mieszkania chyba nie ma tak dużych stołów. Oj taki żarcik, ale fakt, gra potrafi zabrać kawał powierzchni. Najchętniej zagram w dwie osoby, działa wyśmienicie, jest dynamiczniej i krócej. Solo też daje radę, ale do zabawy samemu mam tytuły, które sprawdzają się jednak lepiej.
OCENA
Kilka pierwszych partii to był spory zachwyt, który nieco z czasem opadł. Po dużo lepszym poznaniu gry mam jednak nieco mniejszą ochotę na powrót do niej niż na samym początku, kiedy dopiero ją odkrywałem i poznawałem. Nie zmienia to jednak faktu, że Uczta dla Odyna to kawał porządnego euro. Na ten moment dla mnie to jest 7,5/10. Na pewno nie odmówię partii, sam czasem sobie ją też z półki zdejmę.
Gra Uczta dla Odyna w serwisie Planszeo.pl
| Tytuł | Uczta dla Odyna |
| Wydawca | Rebel |
| Twórcy | Uwe Rosenberg |
| Wiek | 12+ |
| Czas rozgrywki | ok. 30 minut na gracza |
| Liczba graczy | 1 – 4 |
Grę do recenzji przekazało nam wydawnictwo Rebel, za co bardzo dziękujemy. Nie wpłynęło to na ostateczną ocenę.
Źródło głównej grafiki: Rebel



