Green Day – Saviors – recenzja płyty

Premiera czternastego albumu zespołu Green Day właśnie stała się faktem!

Słynne punkowe trio z Berkeley dokończyło swój czteroletni rytuał, który zwykli praktykować przy ostatnich albumach. Od czasów !Tre w 2012 roku, wydają praktycznie co cztery lata. Tyle również musieliśmy czekać na kolejny krążek od premiery Father of All Motherfuckers. Całe szczęście odliczanie dobiegło końca i po świetnych singlach, przyszedł czas na odsłuchanie Saviors jako produktu końcowego. Pytanie tylko, czy poza promocyjnym materiałem, otrzymaliśmy coś ekstra od Green Day?

Zobacz również: Tides and Times – recenzja płyty. Życie płynie jak woda

Co ciekawe, wszystkie pięć singli to również pierwsze pięć utworów tego krążka. Jak przystało na muzykę punkową, dominują krótkie utwory, które chłoniemy niczym gąbka. Na początku jest krótko, ale dynamicznie i energicznie. Od pierwszej sekundy kompozycje przyciągają uwagę słuchacza. The American Dream Is Killing Me czy Look Ma, No Brains! są tego idealnymi przykładami.

Bobby Sox delikatnie hamuje ten rozpędzony niczym TGV pociąg, by piosenki One Eyed Bastard i Dilemma znowu złapały nas za twarz i wkręciły na wysokie obroty. Goodnight Adeline brzmi tak greendayowo, jak to tylko możliwe i należy to uznać za coś pozytywnego. 1981 i Living in the ‘20stypowo punkowymi, dwuminutowymi strzałami i trzeba przyznać, że te utwory świetnie się tu sprawdzają. Jednak im bliżej końca, tym spokojniej, wręcz melancholijnie. Nie jest to typowa jazda bez trzymanki od początku do końca.

Zobacz również: Peter Gabriel – I/O – Recenzja płyty

Mówiąc szczerze, nie miałem wielkich oczekiwań odnośnie tego wydawnictwa. Zdaję sobie sprawę, że ciężko przebić takie legendarne albumy jak Dookie, American Idiot czy 21st Century Breakdown. Trudno domagać się czegoś rewolucyjnego. Trzeba jednak przyznać, że zespół nadal ma to „coś”. Po pierwszym akordzie czujesz, słyszysz i poznajesz, że to Green Day.

Saviors to dobry album. Dostajemy to, co powinniśmy dostać od punkrockowego zespołu z dodatkiem spokojnych, lekko balladowych utworów. Przyjemnie się tego słucha, jest do czego wracać, ale zdecydowanie nie jest to materiał, który wyrywa cię z fotela i wprowadza w ekstazę.

Plusy

  • Przewaga krótkich, żwawych utworów
  • Świetne utwory promujące
  • Punkowa okładka

Ocena

7 / 10

Minusy

  • Brak czegoś ekstra
  • Końcowa faza albumu mogła być bardziej dynamiczna
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze