Tokyo Vice – recenzja 2. sezonu. Nie ma Tokio bez Yakuzy

Drugi sezon Tokyo Vice dobiegł końca, a mi autentycznie jest przykro z tego powodu. 

Tokyo Vice, czyli oparty na memuarze serial o zmaganiach z yakuzą, długo wisiał na mojej liście do obejrzenia. Kiedy jednak tydzień w tydzień wszędzie widziałam materiały promocyjne, nadrobiłam sobie pierwszy sezon – a potem solidnie wciągnięta w opowieść zabrałam się za drugi. Cóż za intensywne dziesięć odcinków!

Zobacz również: Ripley – recenzja serialu. Hipnotyzujący ukłon dla klasycznego suspensu

Finał pierwszego sezonu zostawił widzów w dynamicznym momencie, z wysoko ustawioną poprzeczką. Trudno będzie opisać fabułę drugiej części, skupię się więc na elementach pchających historię do przodu. Tozawa rośnie w siłę, wpływając zarówno na yakuzę, jak i pewne głośne polityczne nazwiska. Wraz z postępującymi zmianami, policja oraz dziennikarze wspólnie gonią za coraz nowymi informacjami, które mogą doprowadzić do powstrzymania Tozawy.

Zobacz również: Halo – recenzja 2. sezonu. Czy to jest już koniec?

Tokio jednak jest jak pajęczyna, gdzie każda poruszona nić puszcza w ruch kolejne, a nieuważne ruchy mogą szybko je zerwać. Napięcie aż skrzy. Kolejne tropy upadają, dowody są niszczone, a zasięg ludzi Tozawy zdaje się nieograniczony. Z ekranu wylewa się zarówno bezradność, jak i determinacja bohaterów. W walkę z jednym człowiekiem zaangażowany jest cały tłum ludzi – żaden z nich nie jest bezimienny, a przekrój pokazuje widzom stawki, o które toczy się gra.

tokyo vice
Fot. Kadr z serialu

Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak dobrze rozpisana jest historia. Drugi sezon w pełni unosi ciężar pierwszego i umiejętnie podbudowuje niepozorną scenę, która otwierała cały serial. Temu rozsądnemu, umiejętnemu planowaniu udaje się to, co w wielu serialach upada. Tokyo Vice od początku prowadzi opowieść w przemyślany sposób, rozkładając jej ciężar na konkretne odcinki – nie sprawiając jednocześnie wrażenia, że któryś fragment jest niekompletny.

Zobacz również: Najlepsze seriale HBO

Nie jest to łatwe do osiągnięcia z szerokim gronem nowych postaci dołączających w drugim sezonie. Dotychczasowe główne postacie zestawia się z nowymi, które stanowią pewne odbicie, wariację – zmuszając bohaterów do refleksji i podejmowania działań. Przykładowo, Sato musi zmierzyć się z powracającą prawą ręką Oyabuna – Hayamą. Nie dość, że Hayama zajmuje jego miejsce, to wykazuje się brakiem rozwagi, skłonnością do przemocy oraz manipulacji. Jednocześnie zgłębiamy postać młodszego brata Sato, który teoretycznie trzymany z dala od yakuzy, trafia pod skrzydła Hayamy. Dzięki temu postać Sato staje się jeszcze głębsza oraz przebywa konkretną drogę, na której wydarzenia podbudowują mocny finał.

tokyo
Fot. Kadr z serialu

Wszystko ma jednak drugą stronę medalu i na tym samym zabiegu traci inna postać. Detektyw Katagiri, mocna postać mentora z pierwszego sezonu, jest nie tyle zepchnięta na bok, co zdegradowana. Katagiri zmuszony jest współpracować z wyższą rangą detektyw, do tego blokuje go strach o życie rodziny. W konsekwencji charakterny policjant traci siłę sprawczą, a jego postać robi dwa kroki w tył, a żadnego w przód.

Zobacz również: Problem trzech ciał – recenzja serialu. 400 lat na zmiany

Pozostali bohaterowie natomiast są równie soczyści jak Sato. Sieć wzajemnych powiązań budowana jest z dużą subtelnością, a twórcy zdają się dobrze wiedzieć, komu ile czasu ekranowego poświęcić. Chociaż postaci przewija się naprawdę dużo, chciałabym o większości z nich napisać jeszcze więcej. Aby uniknąć litanii powiem tylko – wzorowe rozpisanie charakterów! Przez główną obsadę (w tym czarne charaktery) po postacie drugoplanowe, a także porządnie napisane silne postacie kobiece – wszyscy świetnie ze sobą współgrają!

tokyo vice
Fot. Kadr z serialu

Jak natomiast wypada Tokio w Tokyo Vice? Wspaniale. Trudno oderwać wzrok od ładnych kadrów, kolorystyka też świetnie oddaje mroczniejszy momentami klimat. Przewija się też sporo różnorodnych lokacji, co urozmaica serial. Znajduje się także przestrzeń na japońskie rytuały parzenia herbaty, czy ceremonię uznania syna. Oddaje to wagę kultury, traktując ją z szacunkiem – przede wszystkim będąc szalenie interesującym elementem.

Zobacz również: Najlepsze seriale 2024 roku

Podsumowując, Tokyo Vice zasługuje na obejrzenie, i to nie raz. Mnóstwo by można o tym serialu opowiedzieć – dzięki namacalnym bohaterom, którzy nadają smak opowieści. Osobiście jest mi się tak trudno rozstać z japońskim półświatkiem, że trzymam już w rękach literacki pierwowzór Jake’a Adelsteina. Rewatch natomiast planuję w bardzo niedalekiej przeszłości – i z tego powodu bynajmniej nie jest mi przykro.

Drugi sezon jest już w całości dostępny na HBO Max.

Fot. główna: Materiał promocyjny.

Plusy

  • Wzorowo rozpisane postacie
  • Świetnie utrzymane napięcie
  • Kultura Japonii

Ocena

9 / 10

Minusy

  • Rozwój detektywa Katagiri
Anna Baluta

Jeśli nie odpisuje, to pewnie ogląda serial. Wykształcona amerykanistka, która z premedytacją zapisuje się na kolejne zajęcia z telewizji. Jak nie ogląda to czyta, słucha albumów, czasem przypomni sobie o studiowaniu i pracy - ale to w międzyczasie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze