Requiem dla snu – recenzja spektaklu. Teatr przebodźcowania

Powieść Requiem dla snu Huberta Selby’ego Jr. do dziś pozostaje wyjątkowo aktualna. Rzeczywistość, w której używki są ucieczką przed dusznym światem, przedstawił także Darren Aronofsky w swoim słynnym filmie. Teraz STUDIO teatrgaleria oraz Narodowy Stary Teatr łączą siły, aby przenieść szaleńczą dystopię na scenę.

Reżyserią teatralnej adaptacji Requiem dla snu zajął się Jakub Skrzywanek. Przekład tekstu przygotowała Elżbieta Gałązka-Salamon, a scenariusz na podstawie powieści Selby’ego napisali Jakub Skrzywanek i Jan Czapliński. Spektakl swoją premierę w warszawskim STUDIO odbył 17 kwietnia 2026 r., natomiast 25 kwietnia zadebiutuje na deskach Narodowego Starego Teatru w Krakowie.

Zobacz również: Mała empiria – recenzja spektaklu. Absurd życia po czterdziestce

Anna Radwan
fot. materiały prasowe

Choć oryginalnej powieści nie miałem okazji przeczytać, tak udało mi się obejrzeć film Aronofsky’ego. Wiedziałem, że szykuje się spektakl nietuzinkowy – post factum okazuje się, że to za mało powiedziane. Wizja Skrzywanka to definicja kontrowersji i „pójścia na całość”. Jednocześnie reżyser nie gubi się w proponowanej formie, stąd historia od początku do końca trzyma się odpowiednich założeń. Spektakl ma w sobie praktycznie wszystkie cechy, jakimi można określić współczesny teatr. Nie brakuje łamania „czwartej ściany”, immersji, multimedialności czy aktorów, jako nośników tematów. I co najważniejsze – taki obraz Requiem dla snu jest w pełni uzasadniony. Skrzywanek sięga nawet po multimedia noszące znamiona sztucznej inteligencji, w czym również ma swoje powody.

Pierwsze sceny spektaklu płynnie wprowadzają widzów w świat Sary Goldfarb i jej syna Harry’ego. Niewiele znaków zapowiada nadchodzącą „burzę”. Jest ich jednak na tyle dużo, że uświadamiają widzowi jedno – będzie się działo. Niemniej co od razu rzuca się w oczy, to ekrany wyświetlające obraz z kamer, które śledzą bohaterów. Wydaje się, że to element praktyczny, który miałby przybliżyć nam mimikę twarzy aktorów. Jak to w teatrze bywa, byłaby ona niezbyt zauważalna. Nic jednak bardziej mylnego, bo kamery i ekrany odkrywają z czasem swoją prawdziwą naturę – a raczej „prawdziwą sztuczność”. Wspólnym elementem dla praktycznie każdej sceny jest motyw przypominający theatrum mundi (teatr życia). Z tą różnicą, że to „zaktualizowana wersja” motywu na czasy technologizacji i „reality show”. Kamery, ekrany czy rozrywkowi prowadzący (w tych rolach fenomenalni Krzysztof Zawadzki i Marta Zięba) stają się jego nośnikiem.

Zobacz również: Stara kobieta wysiaduje – recenzja spektaklu. Prawda, która uwiera

Requiem dla snu
fot. materiały prasowe

Reżyser Requiem dla snu jako scenę traktuje całą salę. Odbiorca jest częścią widowiska, aktorzy czasem bezpośrednio się do nich zwracają, a nawet siadają obok na widowni. Zazwyczaj to burzenie „czwartej ściany” działa doskonale i generuje mnóstwo humorystycznych, słodko-gorzkich momentów. Zdarza się, że konwencja niebezpiecznie zbliża się do kabaretu, jak w scenie obżarstwa Ady, sąsiadki Sary (w tej roli Ewelina Żak). Jednak w prawie każdym przypadku odpowiednio balansuje na granicy kiczu i komedii. Przed chwilą wspomniany fragment determinuje obrzydliwa dosadność Eweliny Żak. Sprowadza tym samym opowieść na tragiczne tory, gdzie pojawia się refleksja, a nie śmiech. Wyjątkiem w balansie scen jest fragment zamawiania substancji psychoaktywnych, który… cóż, był całkowicie bezpłciowy. Sztywny kontakt z widownią i czysto ekspozycyjna, ale wciąż absurdalna narracja kompletnie wytrącają z rytmu historii, która dopiero nabiera tempa.

Częścią tego fragmentu jest Harry, który stanowi dla mnie najsłabszy element spektaklu. Postać, grana przez Roba Wasiewicza, ewidentnie miała wyróżniać się na tle pozostałych absurdalnych bohaterów. Prosty, nieskomplikowany i pozbawiony głębszego charakteru. Tak też Wasiewicz to gra i właśnie problem polega na tym, że tę grę po prostu widać. Nie odbieram jednak Wasiewiczowi odwagi i swobody w scenach bardzo intymnych, jak i jego warsztatowi aktorskiemu. Mimo wszystko nie śledzimy losów Harry’ego, a aktora, który go gra. Wpisuje się to, bądź co bądź, w motyw wszechobecnej sztuczności. To jednak granica, której przekroczenie (zamierzone lub też nie) zdecydowanie zaszkodziło historii i jej płynności.

Zobacz również: Wszystko na sprzedaż – recenzja spektaklu. Jak nie żegnać artysty

Rob Wasiewicz
fot. materiały prasowe

Po drugiej stronie medalu znajduje się natomiast Anna Radwan. Jako Sara Goldfarb jest znakomicie przekonująca w okazywaniu zmęczenia i obłędu. Realistyczny obraz starszej, samotnej kobiety jest filarem, który podtrzymuje orientację widza w całym Requiem dla snu. Psychodelę przełamuje również występ Magdy Grąziowskiej jako dosłowny obiekt zainteresowania Harry’ego. Ich miłość to tylko puste słowa, seks na odległość i chwilowe zauroczenie – twórca wgryza się tym samym w temat supermarketyzacji dzisiejszych relacji. Grąziowska w jednej ze scen przejmuje główne skrzypce i smyczkuje po strunach swojego głosu w monologu, który napawa chwilową nadzieją na normalny świat. Świat inny od pesymistycznej wizji upadłych marzeń, którą dokumentuje twórca w spektaklu. Ta pozostawiona furtka jest wzruszającym ostrzeżeniem przed wrogą naturą uzależnień.

Grąziowska występuje także u boku Adama Nawojczyka, lecz ich sceny nie zapadają mocno w pamięć. Reżyser spektaklu zdecydowanie poszerza spektrum koncepcji zgubnych uzależnień. Jak Skrzywanek sam stwierdza: „Wszyscy coś ćpamy”, stąd swoją adaptację uzupełnia o motyw więźniów algorytmów. Jego nośnikiem jest Tyrone Daniela Dobosza. „Doomscrolling” zobrazowany poprzez aplikację randkową stworzoną przez bohatera Nawojczyka to odzwierciedlenie, któremu nic nie brakuje. Zmiana wątku rasizmu wobec postaci Tyrone’a na temat samotności i zagubienia homoseksualisty to strzał w dziesiątkę. Choć obie kwestie są dalej aktualne, Skrzywanek wybiera tę, z którą może utożsamić się każdy, niezależnie od seksualności. Natomiast Daniel Dobosz z pełną dozą wrażliwości prezentuje tragizm człowieka w świecie, w którym algorytmy „zawsze” znajdą idealną odpowiedź na wszystko.

Zobacz również: Jak popkultura porusza problematykę niedoskonałości i akceptacji?

STUDIO teatrgaleria
fot. materiały prasowe

Rozmach i ciągłe dostarczanie dopaminy to domena Requiem dla snu. Spektakl przebodźcowuje, bo ma przebodźcowywać. Widać to w każdym elemencie. Scenografia Grzegorza Layera to celowo przekombinowane budowle, przypominające twory sztuki nowoczesnej. Spowite w światłach o intensywnych kolorach konstrukcje starają się odciągać nas od prawdziwych dramatów – tak jak robią to wszelkie nałogi. Tak samo działa muzyka elektroniczna i stare organy Marcina Maseckiego. Wprowadzają pewne poczucie sacrum, co też symbolicznie wskazuje na naiwność wyidealizowanych wierzeń. Ta konkluzja wiąże się też z nawiązaniem do Piety (i możliwie innymi religijnymi odniesieniami, których nie wychwyciłem). W ten sposób reżyser podkreśla tragizm losów współczesnej cywilizacji, opłakując ofiary – wszystkich ludzi.

W konwencję wpisują się również kostiumy przygotowane przez Lilę Dziedzic. Queerowe lateksowe ubiory stanowią kontrast do tych historycznych i fasadowych. W obydwu przewija się czerwień powiązana z głównym celem Sary Goldfarb – założeniem czerwonej sukni. Dwa różne kostiumowe obrazy dopełniają się jednak w kwestii ponadczasowego ukrywania swojej tożsamości pod warstwami ubrań i makijaży.

Zobacz również: Wydarzenie prasowe wokół musicalu The Phantom of the Opera – relacja ze zdarzenia

Requiem dla snu
fot. materiały prasowe

Na sam koniec, coś o zakończeniu spektaklu. Finał ma kilka naprawdę zachwycających momentów, jak wspomniana Pieta czy też zapewne oczekiwana przez wielu słynna muzyka z filmu. Niestety czegoś tu brakuje. To właśnie tutaj najbardziej mszczą się błędy w poprowadzeniu postaci Harry’ego. Konkluzja jego wątku zostaje sprowadzona do drastycznej nagości i dziwnej „podmianki” jego matki. Poczułem się kompletnie zagubiony w zamysłach twórcy, który do tej pory spójnie i konstruktywnie kreował narrację. Choć nie jest to może błąd warsztatowy, scena zamiast potęgować tragizm, wywołuje konfuzję. Tym samym bardziej alienuje widza, niż skłania do głębszej refleksji nad postacią graną przez Wasiewicza.

Ostatecznie spektakl Requiem dla snu okazuje się wizją, która na pewno nie trafi do każdego. To przepełniony symboliką bezlitosny obraz postmodernistycznego społeczeństwa. Jakub Skrzywanek wykonał swoją misję w sposób wychodzący poza wszelkie ramy, ale również i przemyślany oraz bardzo dojrzały. Komedia to tylko przykrywka dla tragizmu losów Sary, Harry’ego, Tyrone’a czy Marion. Reżyser udowadnia, że iluzja pięknej i perfekcyjnej rzeczywistości to część naszego życia, często burząc „czwartą ścianę”. I ostrzega tym samym, że nic się nie zmieni – póki nie uwierzymy i nie zauważymy, że coś zmienić się może. Skrzywanek praktycznie cały czas wie, o czym opowiada i jak opowiada.

Grzechem głównym spektaklu jest tak naprawdę Harry, który w historii jest niedopracowaną wydmuszką. Poza tym Requiem dla snu to doskonały przykład dopełniających się formy i treści, które świadczą o kunszcie twórcy. To spektakl, na który warto się wybrać, ale tylko z otwartą głową.


Przygotowanie recenzji umożliwiło zaproszenie STUDIO teatrgalerii
fot. główna:  materiały prasowe

Plusy

  • Idealnie dopełniające się forma i treść
  • Genialne aktorstwo Radwan i Grąziowskiej
  • Wielowymiarowość i aktualność historii

Ocena

8.5 / 10

Minusy

  • Spektakl zdecydowanie nie dla każdego
  • Słabo zrealizowana postać Harry'ego
  • Niespójny i niezrozumiały finał
Krystian Wieczorek

Aspirujący reżyser, a obecnie student dziennikarstwa, którego życiowym hasłem przewodnim jest "always in progress". Kocham poznawać ludzi, wszystko analizować i zajmować prawie każdą sekundę swojego życia. Uwielbiam też astronomię, psychologię i egzystencjalne rozważania.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze