Potop – recenzja spektaklu. Demitologizacja legendy

Choć Potop Henryka Sienkiewicza nie pojawił się na tegorocznej maturze, zrobił to w Teatrze Telewizji TVP. Premiera spektaklu odbyła się 4 maja, tuż po Święcie Konstytucji 3 Maja. Nieoczywista wizja Michała Siegoczyńskiego demaskuje aktualność powieści w dzisiejszym świecie.

Sienkiewicz pisał „ku pokrzepieniu serc”, Siegoczyński te serca łamie. Pod komediową przykrywką wrze druzgocąca prawda o stanie polskiego patriotyzmu i polskiej kultury. Potop w tej wersji staje się bardziej przystępny dla postmodernistycznego widza, wciąż szanując pierwowzór i jego przesłanie. Z tym, że Siegoczyński tezy postawione przez Sienkiewicza weryfikuje – dokonując ich demitologizacji. Reżyser urozmaica opowieść również o własne wątki, które bezpośrednio w spektaklu nazywa „współczesnymi”. Tym samym tworzy klamrę, która dekonstruuje wpływ globalizacji i ewolucji postrzegania narodu oraz wolności na obywateli.

Zobacz również: Stara kobieta wysiaduje – recenzja spektaklu. Prawda, która uwiera

Potop
fot. Teatr Telewizji TVP

Na początek muszę docenić obsadę spektaklu, której dobór jest perfekcyjny. Piotr Witkowski jako Kmicic hipnotyzuje do tego samego stopnia, co Olbrychski w filmowej adaptacji Hoffmana. Wykwintny słowotok w staropolszczyźnie Jędrusia w połączeniu ze współczesnym slangiem to komedia w czystej postaci. Natomiast Witkowski w tym wszystkim potrafi oddać tragizm wyborów bohatera. Kmicic występuje w zasadzie w trzech wersjach: sienkiewiczowskiej, współczesnej oraz jako Daniel Olbrychski, będący jego odbiciem. Siegoczyński sprawnie je wszystkie łączy. Współczesny Babinicz symbolizuje dylemat woli oddawania życia za swoją ojczyznę, co sugeruje powiązania z tragizmem przysięgi Kmicica wobec Hetmana w Potopie Sienkiewicza. Z drugiej strony postać Daniela Olbrychskiego niesie motyw odbudowy wizerunku wobec społeczeństwa. W każdym przypadku reżyser podkreśla – wielkie idee i hasła to tylko iluzja, a prawda jest gorzka i brutalna.

Obok Witkowskiego warto postawić genialnego Grzegorza Gzyla jako lubiącego „zajarać” Zagłobę. Natomiast Katarzyna Borkowska jako Oleńka zrobiła to, co zapowiadała. Mówiąc potocznie, jest „krindżową dżesiką” ubraną w suknię, a jednocześnie zagląda w głąb motywu kobiecej wolności. I robi to z należytym dystansem. Niemniej jej postać stanowi wartość dodaną do demitologizującej tezy Siegoczyńskiego. Miłość Oleńki i Babinicza to pusta, płytka relacja, która powstaje dzięki testamentowi i przekonaniu o wielkiej miłości. Niestety finalne wnioski z tych wszystkich analiz są mało odkrywcze i satysfakcjonujące. Reżyser próbuje tym samym powiedzieć, że nie ma potrzeby kombinować, a to banalne konkluzje są wewnętrznym drogowskazem. Choć ja nie w pełni to kupuję.

Zobacz również: Wszystko na sprzedaż – recenzja spektaklu. Jak nie żegnać artysty

Potop Siegoczyński
fot. Teatr Telewizji TVP

Wspomniana staropolszczyzna, którą doskonale posługują się aktorzy, to zabieg identyczny z mocnym brytyjskim akcentem Butchera w serialu The Boys. Podkreśla polskość i absurdalność większości postaci. Lecz nie tylko w słowie zawiera się humor Potopu. Reżyser sprawnie kreuje również komizm postaci. Urozmaiconych sienkiewiczowskich bohaterów dopełniają m.in. Konopnicka, Orzeszkowa, Hoffman czy… sam Sienkiewicz. Poza oczywistym humorem dwie ostatnie postacie wprowadzają wątki autotematyczne, które odkrywają kulisy powstawania powieści i filmu. Tym sposobem reżyser zdejmuje nam „różowe okulary” i ujawnia iluzję idealnych tworów kultury. Za to Konopnicka i Orzeszkowa pozwalają na jeszcze większą dekonstrukcję dzieł, wzbogacając analizę o kwestię marginalizacji kobiet w społeczeństwie. Przyznaję również, że ten motyw jest sprawnie wplątany w całą historię.

Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy, oglądając wizję Siegoczyńskiego, był serial 1670. Satyra w Potopie to dominujący motyw, który jednak w przeciwieństwie do 1670 zdecydowanie poszukuje w tym wszystkiem głębi. Nie miałem okazji zobaczyć spektaklu na żywo w Teatrze Wybrzeże, stąd ciężko mi ocenić wpływ formy telewizyjnej na odbiór historii. Jednak kamera oraz cięcia zdecydowanie wpłynęły na mój dyskomfort. Nadmierne łamanie czwartej ściany poprzez „bezpośredni” kontakt wzrokowy aktora z widzem potrafiło działać. Ale nie zawsze. Gdy jeszcze sceny z Zagłobą i Rochem Kowalskim balansują na krawędzi przekroczenia granic, tak ciągle zerkający w kamerę Andrzej Kmicic bywa po prostu denerwujący. Ta przesada sprawia, że mniej utożsamiam się z tą postacią. A do jego wewnętrznych konfliktów jest mi naprawdę blisko.

Zobacz również: Prowadź swój pług przez kości umarłych – recenzja spektaklu. Niekończące się polowanie

Grzegorz Gzyl
fot. Teatr Telewizji TVP

Tempo historii również niezbyt pozytywnie na nią wpływa, choć jest to mimo wszystko drobny mankament. Siegoczyński całkiem dobrze radzi sobie w budowaniu płynnej narracji, co imponuje ze względu na ciągłe przeskoki czasowe na osi przeszłość-teraźniejszość. W tym chaosie jest pewien ład. Czasem jednak reżyser niepotrzebnie używa krótkich wstawek, które wybijają z tego specyficznego rytmu. Dobrze obrazuje to nagłe pojawienie się ambasadora Szwecji, który powraca na scenę dopiero pod koniec spektaklu. Nie zawsze działa także powtarzalność, która ewidentnie jest kolejnym zabiegiem komediowym. Tu z kolei mamy sytuację, gdzie utwór Crazy In Love Beyoncé używany jest często bez uzasadnienia, a utwór Jezus Najwyższe Imię stanowi część charakterystyki danych postaci. W skrócie reżyser zamiast zdecydować się na jedną formę komedii – przypadkową lub inteligentną – żongluje obydwiema i czasem upuszcza jedną z piłeczek.

Twórcy od początku chwalili się niesamowitą, ruchliwą scenografią. Przyznam, że Justyna Elminowska nie stworzyła otoczenia tak imponującego, jakie miał np. spektakl Requiem dla snu w STUDIO. Pośród chaotycznych wątków, stanowi powtarzalne tło, które jednak działa na korzyść tak chaotycznej historii. Z pewnością urozmaica je światło Marcina Chlandy, które potrafi w sekundę przenieść widza do kompletnie innej lokalizacji. Zdecydowanie nadaje to opowieści płynności.

Zobacz również: Requiem dla snu – recenzja spektaklu. Teatr przebodźcowania

Potop
fot. Teatr Telewizji TVP

Uwspółcześniony Potop to wizja, która spodoba się wielu. Na powierzchni niesie mnóstwo rozrywki, humoru i zaskakujących momentów. Widowisko zachwyca również poziomem warsztatu aktorskiego. Obsada na czele z Witkowskim i Borkowską czaruje nas swoimi słowami i zaangażowaniem w postacie. Zanurzając się, odkrywamy skomplikowaną i wciągającą ekspertyzę wobec legendarnego utworu Sienkiewicza. Osobiście nie jestem fanem przenoszenia klasycznych utworów do dzisiejszych czasów, lecz reżyser naprawdę mnie zaskoczył. Widać, że była w tym konkretna myśl – odsłonięcie realiów, ostrzeżenie, które z pewnością wybrzmiewa. I choć sama analiza ma wiele do powiedzenia, tak Siegoczyński sprowadza ją do bardzo prostych rezultatów. Kończy tym, co krytykuje – kolejnym hasłem.


fot. główna: Teatr Telewizji TVP

Plusy

  • Demitologizacja oryginału
  • Aktorstwo Piotra Witkowskiego
  • W większości trafiony humor

Ocena

7 / 10

Minusy

  • Zbyt częste łamanie czwartej ściany
  • Montaż i tempo historii
  • Sprzeczne wnioski
Krystian Wieczorek

Aspirujący reżyser, a obecnie student dziennikarstwa, którego życiowym hasłem przewodnim jest "always in progress". Kocham poznawać ludzi, wszystko analizować i zajmować prawie każdą sekundę swojego życia. Uwielbiam też astronomię, psychologię i egzystencjalne rozważania.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze