Niesamowite, jak wielkim rozczarowaniem okazali się nowi Tom i Jerry… Wybrałem się na ten film z pustą głową – nie oglądałem zwiastunów ani nie czytałem opisu. Towarzyszył mi jedynie sentyment do kultowych postaci kota i myszy, walczących ze sobą już od ponad 80 lat. Niestety, tym razem nawet ta miłość nie wystarczyła, bo Tom i Jerry: Przygoda w Muzeum to jedna wielka katastrofa.
Na początek chciałbym wspomnieć o chyba najbardziej absurdalnej decyzji polskiego dystrybutora, z jaką spotkałem się w ostatnim czasie. Naprawdę nie wiem, jak udało się przetłumaczyć oryginalny tytuł – Tom and Jerry and The Forbidden Compass (lub chiński – Tom and Jerry: Astrological Encounters) na Przygodę w Muzeum. Tytuł ma się nijak do całego filmu, bo samo muzeum pojawia się jedynie w pierwszych pięciu minutach seansu. Widocznie jednak ktoś uznał, że to najlepszy możliwy wybór.
Zobacz również: Mandalorian i Grogu – recenzja filmu. Oddajcie Mando serial!

Sam film to jedna wielka katastrofa, a wszystko przez… Toma i Jerrego. Przygoda w Muzeum jest w rzeczywistości zupełnie innym filmem. Kot i mysz zwyczajnie tam nie pasują, ale z jakiegoś nieznanego mi powodu zostali wepchnięci tam na siłę. Produkcja opowiada o chińskich bóstwach – ich drodze ku odkupieniu i powrotowi do niebios. A także o miłości, którą można odnaleźć wśród przyjaciół i sąsiadów. W tym wszystkim pojawiają się Tom i Jerry, którzy bez żadnego konkretnego powodu przenoszą się do innego świata tylko po to, by robić za statystów.
Fabuła sprawia wrażenie, jakby kręciła się w kółko. Władca miasta nieustannie próbuje odebrać Tomowi kompas, uciekając się do coraz to nowych sztuczek, zamiast po prostu go o niego poprosić. Jerry trafia do Szczurzego Bossa (tak, to oficjalne imię złoczyńcy), a po drodze spotykamy przyjaciół władcy, inne bóstwa oraz kotkę, w której Tom się zakochuje. Całość przerywają dziwne teledyski i wygłupy Toma i Jerrego, aż do wielkiej finałowej bitwy, która trwa niemal połowę filmu.
Ratunkiem dla Przygody w Muzeum mogłaby być animacja, ale niestety i ona zawodzi. Wszystko zaczyna się od dziwnej decyzji twórców, by Tom i Jerry nie mogli poruszać się w normalny sposób. Za każdym razem, gdy mają przebiec choćby kilka kroków, najpierw muszą przez chwilę dreptać w miejscu, wzbijając tumany kurzu, a dopiero potem ruszyć przed siebie. To zabieg dobrze znany z klasycznych animacji i zwykle zabawny albo przynajmniej akceptowalny. Tutaj jednak jest wykorzystywany dosłownie na każdym kroku, co szybko staje się męczące.
Zobacz również: Sprawiedliwość owiec – recenzja filmu. Czas wziąć sprawę we własne raciczki!

Modele postaci, z wyjątkiem kota i myszy, również nie zachwycają. Są brzydkie, przerysowane, a ich animacje sprawiają wrażenie sztucznych i nienaturalnych. Podobnie jest z zachowaniem bohaterów. Niemal nikt nie zachowuje się swobodnie. Wszyscy wyglądają tak, jakby jedynie odgrywali przypisane im role, co chwilę rzucając nieśmiesznymi żartami. Ale być może to po prostu chiński humor, który nie trafia do europejskiego widza.
Fabuła tego dzieła mogłaby bez problemu zmieścić się w piętnastu minutach. Zamiast tego otrzymaliśmy trwający półtorej godziny dziwny twór, który usiłuje połączyć dwie zupełnie różne historie w jedną całość. W efekcie żadna z nich nie wypada dobrze. Tom i Jerry nie pasują do przedstawionego świata, a historia Złotego Miasta zasługuje na coś więcej niż głupie rozwiązania fabularne i humor rodem z amerykańskich kreskówek.
Zobacz również: Wielka mała koza – recenzja filmu. Gdyby kózka nie skakała…

Niestety, Tom i Jerry: Przygoda w Muzeum zawodzi na każdej płaszczyźnie, od fabuły po animację. Gdyby twórcy zdecydowali się nie wciskać na siłę Toma i Jerrego do swojej historii, moglibyśmy otrzymać całkiem przyzwoitą animację. Tymczasem dostaliśmy coś, co trudno nazwać pełnoprawnym filmem. Fabuła jest sztucznie rozciągnięta, co chwilę przerywana dziwnym zachowaniem Toma i Jerrego, a finał desperacko próbuje uratować całość przed katastrofą. Niestety, bezskutecznie.
Po raz pierwszy w historii mojej pracy nie polecam filmu. Nie dlatego, że mi się nie podobał, ale dlatego, że jego oglądanie jest zwyczajną katorgą.
fot. główna: grafika własna
