Wszyscy moi wrogowie – recenzja filmu. Wolna amerykanka…

Wszyscy moi wrogowie to film, który zyskał sympatię widzów na wielu międzynarodowych festiwalach, jednak miał problemy ze zdobyciem dystrybutora. Niewątpliwie trudno było go zareklamować. W końcu to połączenie westernu, musicalu, thrillera i historii o pszczelarstwie. Czy taka mieszanka gatunków miała prawo się udać?

Amziah King (Matthew McConaughey) jest pszczelarzem z powołania i muzykiem. Po latach rozłąki spotyka przybraną córkę Kateri, którą wychowywał wraz z żoną. Mężczyzna jest samotny, chce odbudować ich relację, a także przekazać Kateri tajniki pszczelarskiego rzemiosła oraz prowadzenia pasieki. Gdy wydaje się, że oboje mają szansę na nowy początek, Amziah traci wszystko, co budował przez lata.

Andrew Patterson miał nietypowy pomysł na kino niezależne, które idzie na przekór współczesnym trendom branży. Choć to dopiero jego druga pełnometrażowa produkcja, trudno nie ulec jej urokowi. Reżyser umie dobrze poprowadzić aktorów, sprawić, by zależało nam na postaciach oraz stworzyć niezwykle ciepłą atmosferę. Największym atutem jest dla mnie muzyka i nawet tylko po to, by usłyszeć ją na kinowych głośnikach, mógłbym polecić seans. Oczywiście, jeśli lubicie amerykański folk. Wykonania klasycznych piosenek, w tym utworów stworzonych na potrzeby filmu jak Quill, są cudowne i sprawią, że niejedna osoba na sali zacznie tupać nogą do rytmu.

Zobacz również: Kandydaci śmierci – recenzja filmu. Obiektyw obnaża wszystko

Matthew McConaughey jest bardzo charyzmatyczny w roli Amziaha i sprawia, że z przyjemnością śledzimy historię, jeszcze nie wiedząc, dokąd zmierza. Sceny, w których nie oglądamy go na ekranie, są przeważnie mniej ciekawe. Warto dodać, że to pełnometrażowy debiut Angeliny LookingGlass, która radzi sobie całkiem nieźle, choć twórcy dają jej małe pole do popisu.

Niestety największy problem stanowi dla mnie sam scenariusz. Pierwsza godzina filmu jest pełna uroku i ciepła, choć sama fabuła pozostaje bardzo epizodyczna. Trudno też nie zauważyć, że jest w niej jedna scena zaskakująco brutalna w porównaniu z całą resztą pierwszego i drugiego aktu. Wydaje się szczególnie słabo uzasadniona, kiedy służy wyłącznie czarnej komedii. Niemniej, po całkiem wciągającej i przyjemnej pierwszej połowie, nadchodzi druga, która radykalnie zmienia ton opowieści. Nagle oglądamy thriller o ujawnieniu korupcji, przez co fabuła staje się dosyć sztampowa i łatwa do przewidzenia. Muzyka, która odgrywała tak ważną rolę wcześniej, zostaje ograniczona do minimum.

Wszyscy moi wrogowie
kadr z filmu

Moment, w którym twórcy decydują się na zwrot fabularny, jest szokujący, ale stoi w sprzeczności z wydźwiękiem lwiej części filmu. Innymi słowy, próbują oni zjeść ciastko i mieć ciastko. Opowiedzieć historię o wspólnocie, rodzinie i empatii, by wywrócić to do góry nogami w ostatnich dwudziestu minutach. Jestem w stanie uwierzyć, że ten zwrot akcji mógłby być przekonujący, gdyby tylko zdecydowano się pogłębić motywacje postaci. Oczywiście, dalsza część filmu nie jest pozbawiona dobrych elementów. Kurt Russell błyszczy na ekranie, a scenariusz momentami decyduje się na całkiem ciekawe dylematy moralne i efektowne sekwencje. Niestety, moim zdaniem, to nie wystarcza, by późniejsze wydarzenia oglądać ze szczególnym zaangażowaniem.

Zobacz również: Tylko jedna noc – recenzja filmu. Żenadometr wybuchnął

Wszyscy moi wrogowie to ciekawy filmowy eksperyment, który trudno uznać za spójną produkcję. Jest w nim za dużo różnych konwencji, które po prostu do siebie nie pasują. Pomimo wielu bardzo dobrych elementów jak niesamowita ścieżka dźwiękowa czy sympatyczni bohaterowie, trudno jest mi polecić ten tytuł. Scenariusz rozczarowuje, a nie pomaga mu nierówne tempo. Jednocześnie to niewymagający, momentami przyjemny seans, który znalazł swoich fanów. Choć sam do nich nie należę.


 Źródło obrazka głównego: Kino Świat 

Plusy

  • Niesamowita amerykańska muzyka folkowa
  • Matthew McConaughey w najlepszej kreacji od lat

Ocena

5.5 / 10

Minusy

  • Mieszanka gatunków, które do siebie nie pasują
  • Nierówne tempo i nużąca druga połowa
Artur Bednarczyk

Młody miłośnik sztuki filmowej, który preferuje oglądać filmy w kinie niż w domu. Najbliższy jest mu okres Nowego Hollywood (1967-1980) i wczesne produkcje Kina Nowej Przygody, ale z rodzimej filmografii szczególnie ceni twórczość Andrzeja Wajdy i Stanisława Barei. Oprócz najgłośniejszych premier, stara się śledzić kameralne, niezależne filmy. Studiuje ekonomię, jest częścią telewizji studenckiej a w wakacje bierze udział w europejskich warsztatach filmowych. Lubi podróżować, kiedy tylko może.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze