Wieść o powrocie Phoebe Bridgers uderzyła jak zobaczenie w tłumie znajomej twarzy po latach bez kontaktu. Od ostatniego pełnowymiarowego albumu Bridgers minęło 6 lat. Choć w międzyczasie artystka tworzyła chociażby u boku przyjaciółek – Julien Baker i Lucy Dacus – to muzyka zespołu boygenius pozbawiona była tego specyficznego, intymnego charakteru. Na Lost Weekend Phoebe Bridgers przypomina, dlaczego na przestrzeni ostatnich lat stanowiła inspirację dla tak wielu muzyków.
Zapowiedź ponownego pojawienia się na scenie Phoebe Bridgers wywołała duże poruszenie, mimo tego, że ogłoszona została dość dyskretnie. W mieście Roswell w Nowym Meksyku zostały rozwieszone ulotki promujące koncert artystki. Informacja ta szybko obiegła internet, choć próżno było szukać jej na oficjalnych profilach samej piosenkarki. Miejsce wydaje się perfekcyjne; miasto słynie bowiem z kosmitów. Kolejne internetowe doniesienia fanów potwierdzały, że właśnie w takiej estetyce osadzona jest nowa era Bridgers.
Następne dni przynosiły wieści o kolejnych koncertach, w tym występ w Madison Square Garden. Bilety na to wydarzenie kosztowały zaledwie 1 dolara, a przychody zostały przeznaczone na Immigration Bond Freedom Fund organizacji Community Justice Exchange. Zarówno minione koncerty, jak i te z nadchodzącej trasy, obarczone są jedną sztywną zasadą – żadnych telefonów. Cały album owiany był wielką tajemnicą. Aż do teraz, kiedy w końcu możemy go usłyszeć. I rzeczywiście jest to podróż poprzez kosmiczne formacje.
Zobacz również: Najlepsze albumy 2026 roku

Album rozpoczyna się od robotycznych dźwięków The Outside. Już pierwsze wersy uderzają mocno; crying in a suit and tie odnosi się prawdopodobnie do pogrzebu, a but you should see the other guy – najpewniej opisuje jej niedawno zmarłego ojca. Utwór oddaje nastrój odrealnienia wywołanego żałobą. Po nim wybrzmiewa Lost Boys, czyli singiel, który przełamał przerwę artystki. Nie będę ukrywać, że pierwsze przesłuchanie tej piosenki było dla mnie emocjonalnym przeżyciem. Łączy ona charakterystyczny wokal Bridgers i melancholię, która personalnie jest mi bliska, a muzyka Phoebe od lat ją dokarmia. Mimo to czuć w tym singlu pewną świeżość, która mogłaby zasugerować, że nastrój albumu będzie mniej przygnębiający. Szybko przekonałam się jednak, że od pewnych schematów trudno się uwolnić.
Kill Me to mieszanka spokojnej gitary akustycznej, delikatnego głosu artystki i ujmujących wersów, do których Phoebe Bridgers ma niebywały talent. Początek Times are scary / My boys are getting married na pewno wzrusza każdego, kto śledzi losy zespołu boygenius i wie, że Julien i Lucy od pewnego czasu są parą. Najbardziej ujmuje jednak refren, złożony z jednego prostego zdania. This is gonna kill me, wait wyraża tragizm niepodważalnej śmiertelności. Rzucone jednak po chwili słowo czekaj jest jak iskierka nadziei; delikatny opór wobec przejmującej rezygnacji. Nie poznałam do tej pory artysty, który potrafiłby w ten sposób pisać piękne historie wyjątkowo prostymi słowami – od lat udaje się to jednak Bridgers.
Zobacz również: Charli XCX – Music, Fashion, Film – recenzja albumu. Coś kompletnie innego
Na szczególną uwagę zasługuje Bobby. Ta energiczna piosenka zaskakuje niespodziewanym wybuchem sekcji instrumentalnej i żywym wokalem. Dziwi też nieco fakt, że w końcu doczekaliśmy się radosnej piosenki miłosnej od Phoebe Bridgers. Po niej wracamy na dawne tory. Lost Weekend to kolejna dawka dobrego storytellingu. Jak przyznała sama piosenkarka, piosenka miała jakieś 700 wersów, ale te finalnie okazały się być jej ulubionymi. Na tej płycie odnajdziemy wiele ciekawych nawiązań, a kilka z nich Phoebe zawarła w tej piosence. Tytuł odnosi się do powieści Charlesa R. Jacksona z 1944 roku. Tym samym mianem nazywano później okres separacji między Johnem Lennonem a Yoko Ono.
Haunted przywodzi na myśl sielski nastrój pierwszego albumu Bridgers, Strangers in the Alps. Pełno jednak tutaj nawiązań do utworów z obu płyt. Nowa piosenka momentami bardzo przypomina Graceland Too, napisane o Julien Baker. Możemy ją usłyszeć na Haunted, tak samo jak Lucy Dacus. Przyjaźń dziewczyn owocuje w naprawdę ciekawe rozwiązania także na ich solowych projektach.
Zobacz również: Wszyscy moi wrogowie – recenzja filmu. Wolna amerykanka…
Mam tendencję do narzekania na krótkie utwory, jednak stworzenie piosenki trwającej 2 minuty i 46 sekund, której tekst składa się z zaledwie czterech linijek to niełatwa sztuka – a tym właśnie jest Panorama. W dalszej części płyty natrafimy na utwory, które przypadkowemu słuchaczowi mogą wydać się wręcz nużące. Siłą większości kompozycji Bridgers jest przede wszystkim warstwa liryczna. Ja przykładam do niej ogromną wagę, jednak osoby zwracające większą uwagę na melodię mogą pokusić się o pominięcie utworów takich jak Still Standing czy As Above.
Są takie utwory, które nie powstają z myślą o słuchaniu ich na co dzień. Jednym z nich jest wspomniana wcześniej Panorama, kolejnym przykładem jest zaś Never Going Back!. Piosenka o krótkim i powtarzającym się tekscie, która kończy się wiadomością z poczty głosowej od ojca Phoebe. Kolejne Other Plans i Lost Parade również sprawiają wrażenie uzupełnienia historii, aniżeli osobnych i pełnoprawnych utworów muzycznych. I Can’t Wait dostarcza nie tylko Conora Obersta na harmonijce, ale też harmonijny wokal Camerona Wintera z zespołu Geese. Lost Weekend (Reprise) to ostatnie spojrzenie na tytułowy utwór i domknięcie narracji żałoby.
Zobacz również: Najciekawsze filmy koncertowe 2026 roku w kinach
Lost Weekend to duży bagaż emocjonalny. Z pewnością trafi on do osób, które śledziły już wcześniej karierę Bridgers i doceniają jej twórczość właśnie ze względu na delikatność w brzmieniu i bolesną bezpośredniość pióra. Choć mój odbiór tego albumu był pozytywny, nie mogę zgodzić się z krytykami, którzy przyznali mu bardzo wysokie noty. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje odczucia podyktowane są w dużej mierze nostalgią. Phoebe Bridgers jest wybitną pisarką – tego nie staram się nawet poddawać jakimkolwiek wątpliwościom. Sposób, w jaki ciągnie narracje w połączeniu z jej spokojnym głosem hipnotyzuje. I tak jak w przypadku poprzednich albumów stosunek jakości tekstów do warstwy muzycznej był w moim odczuciu wyważony, tak teraz dostrzegam pewną dysproporcję. Znajdzie się na tej płycie kilka utworów, które ewidentnie zostały dodane pod koniec jej tworzenia i zaburzają przez to rytm całości.
Gdy usłyszałam o powrocie Bridgers, nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy zacząć obawiać o moje zdrowie psychiczne. Piszę o tym pół żartem, ale faktem jest, że muzyka tej artystki zawsze trafiała przede wszystkim do osób, które dobrze dogadują się z melancholią. Lost Weekend pokazuje, że od nostalgii nie da się uciec. Sporo tutaj nawiązań do przeszłości, które docenią właśnie przede wszystkim osoby dobrze zaznajomione z dyskografią Phoebe. Dla starych fanów – pozycja obowiązkowa. Dla nowych osób – warto sięgnąć po ten album. Naprawdę jest co odkrywać w morzu bogatych nawiązań i głębokich rozważań.
Fot. główna: Olof Grind

