Grę typu Halloween: The Game ciężko jest zrecenzować. Z jednej strony mamy trochę niedopracowaną, niezbalansowaną i mało ambitną produkcję. Z drugiej strony jednak gra oferuje niesamowite możliwości przezabawnych i ekscytujących interakcji z innymi graczami i samym zabójcą, co naprawdę potrafi ogromnie cieszyć.
Najłatwiej porównać Halloween: The Game do wcześniejszych gier wydawcy Gun Interactive, czyli Friday the 13th: The Game oraz The Texas Chain Saw Massacre (2023). Wszystkie te horrory opierają się na takiej samej zasadzie. Jeden lub paru zabójców musi zabić ocalałych, zanim uda im się uciec z pola polowań. Klasyczna formuła asymetrycznego horroru znana przede wszystkim z dwóch gier, które dominują całą tę kategorię – Dead by Daylight i Identity V.
Zobacz również: The Blood of Dawnwalker – recenzja gry. Między człowiekiem a potworem
Gry publikowane przez Gun Media zawsze wydawały mi się jednak mieć zupełnie inny cel od tych dwóch produkcji. W każdej z nich bawiłem się świetnie, każda była przez pierwsze parę lub paręnaście godzin ekscytująca i w niektórych momentach przezabawna. Produkcje te jednak nie mają w sobie tego uzależniającego elementu progresji, który widzimy w gigantach gatunku. Pojawiają się również ograniczone i uproszczone mechaniki, które po parunastu godzinach stają się po prostu trywialne. Zaczynamy wtedy odczuwać, że gra nie pokazuje nam już żadnych nowych sztuczek, a dalsze granie nie ma za bardzo celu.
Halloween: The Game jest tego idealnym przykładem. Tym, co odróżnia ją od innych produkcji Gun Media, jest tryb singleplayer. Pozostaje on jednak bardzo krótki i służy bardziej jako samouczek do prawdziwej części rozgrywki, jaką jest tryb multiplayer. W kampanii wcielamy się w Michaela Myersa i możemy przeżyć dobrze już znaną historię kultowego slashera. Doświadczamy więc morderstwa Judith Myers, ucieczki z psychiatryka i morderczej rzezi w Haddonfield. Wszystko jest wykonane tutaj poprawnie, gra nie próbuje wymyślić koła na nowo, ale może to i lepiej. Oryginalnej historii Myersa nie mogliśmy wcześniej przeżyć w grze wideo, więc jest to miła gratka dla fanów.
Zobacz również: Moonlighter 2: The Endless Vault – recenzja gry. Mamy Hadesa w domu

Prawdziwym mięsem gry jest tryb multiplayer. Możemy się w nim wcielić w bezlitosnego Michaela Myersa lub jednego z czterech cywili. Grając jako Myers, naszym głównym zadaniem nie jest, o dziwo, wybicie innych graczy. Gra stawia większy nacisk na zabijanie postaci NPC, a szczególnie trzech celów głównych. Dostajemy za to bardzo dużo punktów, których potrzebujemy do wygrania gry. Podobnie sprawa ma się po stronie cywili. Ich głównym zadaniem jest ostrzeżenie mieszkańców Haddonfield o zagrożeniu i jak najszybsze ewakuowanie możliwie jak największej liczby osób z terenu polowań slashera.
Sprawia to, że gra staje się mniej zabawą w kotka i myszkę graczy, a bardziej pościgiem o to, kto pierwszy dotrze do najważniejszych postaci NPC i zdoła ich uratować lub zabić. Jest to powiew świeżości i coś, czego wcześniej nie widziałem na rynku asymetrycznych gier horror. Jako zabójca musimy bardziej skupić się na atakowaniu bezbronnych mieszkańców. Natomiast jako cywil nieraz bardziej opłacalną rzeczą jest rzucić się na Michaela w akcie poświęcenia lub odwrócenia uwagi.
Ciekawy koncept jest zrealizowany jednak nieco ślamazarnie, zachowanie NPC często jest po prostu głupie, zupełnie nieprzewidywalne i nierealistyczne. Boty potrafią stać przed miejscem ucieczki z miasteczka i minutami czekać nie wiadomo na co, a przy uciekaniu od zabójcy nieraz mogą stanąć w miejscu i po prostu dać się złapać. Potrafi to być zdecydowanie frustrujące. Jednak przez większość czasu, jeśli bugi nie występują, pętla rozgrywki pozostaje angażująca.
Zobacz również: Order Automatica – recenzja gry. Ile strategii można zmieścić w dziewięciu polach?

Niemały problem pojawia się jednak w balansie rozgrywki. Gra pełna jest ciekawych interakcji i ścieżek, jakie możemy obrać jako każda z ról. Niestety już po paru dniach zauważalne dla większości graczy stało się to, że parę z nich jest po prostu znacznie skuteczniejszych od pozostałych. Aby uzyskać najlepszy wynik jako zabójca, należy tak naprawdę zignorować większość ciekawych mechanik, jak wyłączanie prądu w domach, by zapanował mrok, odcinanie kabli od telefonów i ciche atakowanie z mroku. Najlepsze rezultaty daje po prostu wtargnięcie do domu losowego NPC i jak najszybsze zabicie jednej postaci. Daje nam to wtedy pierwszy poziom Bloodlust, umiejętności, która ładuje się wraz z zabijaniem ludzi w miasteczku. Bloodlust daje nam coś, co bardzo ułatwia rozgrywkę, mianowicie oznacza wszystkie cele priorytetowe wielkim żółtym światłem na niebie, przez co możemy szybko się do nich dostać i je wyeliminować. A gdy uda nam się to zrobić, przegrana jest już praktycznie niemożliwa.
Podobnie stało się z interakcjami pomiędzy zabójcą a cywilami. Spośród wielu ciekawych i różnorodnych sposobów walki najbardziej skuteczne okazało się po prostu używanie umiejętności, która pozwala nam pojawić się praktycznie przy ocalałym i uderzyć go parę razy siekierą. Cywil nie ma zupełnie jak na to zareagować. Po drugiej stronie również wykreowały się specyficzne „spocone” taktyki.
Zobacz również: Security 51 – recenzja gry. Na straży przed zagładą świata…

Nie można powiedzieć, że jest to do końca wina gry. Widać, że twórcy chcieli, aby była ona bardziej casualowa i klimatyczna, a nie konkurencyjna i wykalkulowana. Niestety jednak, pewnie nieintencjonalnie, lecz zaimplementowano do rozgrywki te nieprzyjemne taktyki. Nie dają one zupełnie szansy drugiej stronie na jakąkolwiek odpowiedź, więc granie na nie nie sprawia żadnej frajdy. Przy projektowaniu asymetrycznej gry dostrzeżenie i usunięcie takich możliwości powinno być priorytetem, bo niestety zabiera to wiele radości z rozgrywki.
Audiowizualnie gra broni się bardzo dobrze. Oprócz lekkich graficznych bugów wszystko wygląda tutaj bardzo spójnie i klimatycznie. Na ogromną pochwałę zasługują tutaj szczególnie różnorodne i brutalne animacje zabijania. Wykonywać je możemy w wielu różnych miejscach, używając ogromu różnych przedmiotów. Możemy więc zabić bezbronnych mieszkańców, paląc ich głowy w kominku, nabijając je na szkło rozbitego okna czy miażdżąc drzwiami lodówki. Wszystko w akompaniamencie kultowej muzyki znanej z horroru Johna Carpentera.
Zobacz również: Hariti – recenzja gry. Pobawmy się w chowanego

Halloween: The Game nie jest zabójcą Dead by Daylight. Nie wygląda, jakby kiedykolwiek chciał nim być. Nie oznacza to jednak, że gra nie ma swojego miejsca na wąskiej scenie asymetrycznych horrorów. Jest to z założenia bardziej arcadowa produkcja, która oferuje dużo dobrej zabawy i klimatycznych momentów. Jednocześnie twórcy powinni byli przewidzieć, że duża część graczy będzie chciała znaleźć najbardziej „optymalny” sposób rozgrywki i odpowiednio zbalansować pod to poszczególne elementy gry. Obawiam się więc, że choć gra da fanom wiele radości, nie będzie ona żyła zbyt długo, a baza graczy niestety spadnie w zatrważającym tempie, tak jak w przypadku poprzednich produkcji wydawcy.
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z Marchsreiter. Dziękujemy!
fot. główna: materiały promocyjne (Illfonic & Gun Interactive)

