Jeśli ktoś czytał inne moje recenzje gier, zapewne zauważył, że szczególną sympatią darzę karcianki i tytuły typu monster capture. Tak się składa, że Stackmon jest połączeniem obu tych gatunków. Nie mogłem więc odmówić sobie przyjemności zagrania w tę produkcję. Czy połączenie moich dwóch ulubionych gatunków okazało się przepisem na idealną grę? Przekonajmy się.
Stackmon to doskonały przykład gry o łapaniu stworów. Wybieramy postać i, wprowadzeni w ten świat przez ekscentrycznego profesora, zaczynamy naszą przygodę. Co ciekawe, w tej produkcji dosłownie wszystkie elementy świata ukazane są w formie kart. Dotyczy to nie tylko łapanych przez nas stworków, ale również postaci, surowców, pieniędzy i wielu innych rzeczy.
Zobacz również: Pokémon Pokopia Expansion Pass – recenzja DLC. Płyniemy w dół, w dół…
Wszelkie interakcje odbywają się poprzez nałożenie jednej karty na drugą. Na przykład kładąc kartę drewna na naszej postaci, otrzymamy kilka patyków i owoców, oczywiście również w formie kart. System ten przywodzi nieco na myśl gry mobilne typu Alchemy, gdzie poprzez łączenie żywiołów odkrywaliśmy nowe elementy. Tutaj działa to podobnie, ale żeby coś wytworzyć, potrzebujemy odpowiednich przepisów, które otrzymujemy w zamian za wykonywanie codziennych zadań. Na szczęście mowa o odczekaniu dnia w świecie gry, więc rozgrywka nie zamienia się w symulator czekania.
Kiedy wykonamy kilka zadań, zbierzemy fundusze i ekwipunek, możemy użyć specjalnych punktów, aby opuścić obozowisko i zacząć eksplorować pobliskie lokacje. Mają one postać pojedynczych plansz, na których znajdziemy kilka aktywności, takich jak zbieranie przedmiotów, walka z innym trenerem lub dzikim Stackmonem, którego po pokonaniu możemy złapać.
Aby przejść na kolejny obszar, musimy najpierw wykonać wszystkie aktywności na poprzedniej planszy, co sprawia, że przemierzanie mapy jest do bólu liniowe.
Zobacz również: Halloween: The Game – recenzja gry. Myers potrzebuje trochę balansu

Niewątpliwie najsłabszym elementem gameplayu jest niestety walka. Inicjuje się ją tak jak wszystko w tej grze, czyli poprzez najechanie naszym stworkiem na przeciwnika. Na tym w zasadzie kończy się ingerencja gracza w pojedynek.
Potworki mają typy, ataki i statystyki, ale nie mamy wpływu na wybór wykonywanych ruchów. Obaj walczący po prostu uderzają się na zmianę, aż jedna ze stron straci całe zdrowie. Gracz może jedynie lekko wspomóc swoją drużynę przedmiotami. Jak dla mnie jest to mało satysfakcjonujący system walki.
Stackmony mogą również zdobywać doświadczenie i ewoluować, ale poza zmianą cyferek w statystykach niewiele to zmienia. Choć zawsze miło zobaczyć, jak któryś stworek przybiera nową formę.
Tytuł czerpie garściami z serii Pokémon i robi to do tego stopnia, że w dialogach pojawiają się nawet żarty nawiązujące do kultowej marki Nintendo. Nie dopatrywałbym się tutaj jednak plagiatu, bo na upartego każdą grę tego typu można by nazwać podróbką Kieszonkowych Stworów.
Zobacz również: The Blood of Dawnwalker – recenzja gry. Między człowiekiem a potworem

Niemniej podobieństw jest sporo. Mamy chociażby walki z silniejszymi trenerami, którzy po pokonaniu wręczają nam odznakę… to znaczy medal. Czy dla kogoś przekracza to już granicę inspiracji, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Technicznie tytuł jest prosty, miejscami może nawet za bardzo. Całe sterowanie ogranicza się właściwie do używania myszki, a rysunkowa grafika, choć przyjemna dla oka, jest wyjątkowo uboga w szczegóły. Zawsze doceniałem minimalizm, ale tutaj trochę z nim przesadzono. Przyznaję jednak, że podobają mi się projekty samych stworków.
Karty porozrzucane po całym ekranie powodują wrażenie wizualnego chaosu, a możliwość grupowania ich w zgrabne stosy, od których zapewne produkcja wzięła swoją nazwę, niewiele tutaj pomaga. Muzyka również się nie wyróżnia. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden utwór, który zapadłby mi w pamięć.
Zobacz również: Moonlighter 2: The Endless Vault – recenzja gry. Mamy Hadesa w domu
Chociaż ogólny wydźwięk tego tekstu może wydawać się negatywny, Stackmon to w gruncie rzeczy przyjemna produkcja. Nie ma szans zostać rywalem dla takich gigantów jak Pokémon czy Digimon, ale też nie taki jest jej cel.
To lekki, niezobowiązujący klikacz mający zapewnić prostą rozrywkę po szkole lub pracy, kiedy masz siłę tylko przesuwać myszką. Nie zapewni Ci większego wyzwania, ale z pewnością pozwoli odetchnąć. Nic wybitnego, ale sam zapewne będę wracał do niego na krótkie, relaksujące sesje.

Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z PressEngine. Dziękujemy!
Fot. główna. Materiały promocyjne

