Najlepsze gry na podstawie horrorów


The Thing (2000)


Chociaż tytuł sugeruje przeniesienie akcji filmu do świata cyfrowej rozrywki, tak naprawdę jest to bezpośrednia kontynuacja historii. W grze wcielamy się w kapitana J.F. Blake’a, dowódcy czteroosobowego oddziału Sił Specjalnych USA. Ma on za zadanie sprawdzić przyczyny utraty kontaktu z amerykańską bazą badawczą na Antarktydzie. Największą innowacją na tamte czasy, był system zarządzania drużyną. Każdy z jej członków cechował się inną profesją i umiejętnościami. Dodatkowo, wprowadzony został wskaźnik zaufania oraz strachu. Podobnie jak w filmie, każdy członek drużyny mógł zacząć podejrzewać nas o to, że zostaliśmy zasymilowani. Kluczowe więc było wykonywanie testów krwi. Chociaż brzmi to ambitnie, to niestety zapowiadany dynamiczny system zarażeń, w wielu miejscach okazał się oskryptowany, na co narzekała część recenzentów. Mimo to, w przeciwieństwie do filmu z 1982 roku, gra osiągnęła komercyjny sukces. John Carpenter osobiście błogosławił tytuł jako oficjalna kontynuacja, a na dodatek wziął udział w produkcji, użyczając swojego głosu i twarzy jednej z postaci.


Evil Dead: A Fistful of Boomstick (2003)


Świat cyfrowej rozrywki nie mógł pominąć jednej z najbardziej kultowych franczyz w historii horrorów. Akcja Evil Dead: A Fistful of Boomstick rozpoczyna się około 8 lat po wydarzenia z filmu Armia Ciemności. Oczywiście wcielamy się w postać Asha Williamsa, który próbuje wieść względnie normalne życie w małym miasteczku Dearborn. Jak zwykle, wszystko zaczyna się od wypowiedzenia przeklętych wersetów z Necronomicona. Tym razem dzieje się to jednak w trakcie radiowej audycji, przemieniając całe miasteczko w pole bitwy z żywymi trupami. I to w trzech różnych okresach czasowych! Gra cechuję prosta rozgrywka sprowadzająca się do rozczłonkowywania setki nacierających na nas wrogów. W tym celu, gracz ma do dyspozycji szeroki wachlarz broni – od strzelby, przez piłę mechaniczną, aż po miotacz ognia. Z początku starcia bywają satysfakcjonujące. Z czasem, duża ilość mięsa armatniego, które bezmyślnie pędzi w naszą stronę, w połączeniu z dużymi odległościami, które musimy przebyć, bywają monotonne.


The X-Files: Resist or Serve (2004)


Podoba mi się fakt, że gry spod marki Z Archiwum X starają się oddać ducha serialu, przenoszą tę charakterystyczną dla telewizji konstrukcję do świata gry. Pamiętano nawet o legendarnej czołówce. The X-Files: Resist or Serve zostało pomyślane jako trzyodcinkowy minisezon. Tak jak w serialu, każda z historii była zamkniętą całością i mogliśmy je poznać z perspektywy Foxa Muldera lub Dany Scully. Wybór bohatera ma wpływ na charakter rozgrywki. Gra ma dużo lepszy scenariusz niż The X-Files Game, ale najważniejszy jest fakt, że tym razem rzeczywiście wcielamy się w głównych bohaterów serii. Do tego usłyszymy tutaj głosy najważniejszych aktorów znanych z telewizyjnej produkcji. Mimo to, tytuł spotkał się z mieszanym odbiorem. Powodem tego była przede wszystkim sama forma rozgrywki. The X Files: Resist or Serve swoją mechaniką nawiązywała bezpośrednio do legendarnej serii Resident Evil. W 2004 roku sztywna kamera i tank control nie robiły na nikim wrażenia.


Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata (2005)


Po dziś dzień, Call of Cthulhu: Mroczne Zakątki Świata uchodzi za najlepszą próbę przeniesienia prozy H.P. Lovecrafta na grunt gier wideo. Prywatny detektyw Jack Walters przyjmuje pozoru rutynowe zlecenie odnalezienia kierownika sklepu, który zaginął w miasteczku Innsmouth. Historia przede wszystkim opiera się na opowiadaniu Widmo nad Innsmouth, jednak tak naprawdę jest to mieszanka wątków z kilku różny dzieł amerykańskiego pisarza. Sama rozgrywka również była bardzo zróżnicowana. Są tutaj elementy skradanki, survival horroru czy gry przygodowej z zagadkami środowiskowymi. Deweloperzy wprowadzili również wiele unikalnych mechanik. Chociażby system poczytalności, z którego później zasłynęła pierwsza Amnesia. Dzisiaj to dla wielu pozycja kultowa, która zwiastowała nadchodzące produkcje od Frictional Games i wybuch popularności niezależnych horrorów pierwszoosobowych. Call of Cthulhu powstawało w bólach przez blisko 6 lat, uginając się pod ambicjami twórców i ilością pomysłów, które chciano zaimplementować. Jak się okazało, z powodu niezadowalającej sprzedaży, była to ostatnia produkcja nieistniejącego już studia Headfirst Productions.


Land of the Dead: Road to Fiddler’s Green (2005)


Produkcja studia Brainbox Games jest pod pewnym względem wyjątkową. Otóż jest to jedyna gra oficjalnie osadzona w świecie wykreowanym przez legendarnego reżysera horrorów, George’a Romero. Dokładniej rzecz ujmując, jest to prequel do Ziemi żywych trupów z tego samego roku. Zobaczymy więc początek epidemii zombie, która wkrótce przerodzi się w świat opanowany przez nieumarłych. Główny bohater sięga po strzelbę i zmierza w kierunku Fiddler’s Green – ufortyfikowanego, luksusowego wieżowca, który ma zapewnić bezpieczne życie. Można powiedzieć, że gra dorównuje jakości filmowi, który zebrał średnie opinie. Najbardziej wybija się tutaj bardzo przestarzała oprawa graficzna, która już rok wcześniej, w 2004 odstraszyłaby dużo skuteczniej niż umarlak. Wielu graczy docenia jednak, że w przeciwieństwie do innych tytułów z tamtego okresu, zombie w Land of the Dead to klasyczne, nieudziwnione żywe trupy, które wytrwale i powoli zmierzają w naszym kierunku. Tak jak u mistrza Romero.


Evil Dead: Regeneration (2005)


Kolejna gra z serii Evil Dead na pierwszy rzut oka wygląda jak fabularna kontynuacja A Fistful of Boomstick z identycznym pomysłem na rozgrywką. Różnic jest tutaj jednak na tyle, że w masowej świadomości graczy produkcja została zapamiętana lepiej niż poprzednik. Mamy tutaj alternatywną linię czasu. Po wydarzenia z Martwego Zła II, zamiast do średniowiecza, Ash trafia do szpitala psychiatrycznego. Uznany za niepoczytalnego, będzie musiał po raz kolejny zmierzyć się z demonami. System walki jest dużo bardziej dynamiczny, kojarzy się z tym co znamy z serii God of War. Poza piłą mechaniczną, harpunem czy granatnikiem, Ash ma do dyspozycji towarzysza o imieniu Sam. Karłowatego pół-człowieka, pół-Deadite’a można kopnąć we wroga, aby zadać mu obrażenia, a czasami przejmujemy nad nim kontrolę. Ogólnie totalne szaleństwo. Poza tym, jeszcze więcej slapstickowego, czarnego humoru. Bruce Campbell ponownie wcielił się w postać Asha, a w Sama – brat reżysera serii, Ted Raimi.


Na następnej stronie: japoński ex na Wii, więcej Asha oraz gra tak dobra, że została uznana za część kanonu pewnego uniwersum!


Strony: 1 2 3 4

Robert Stefaniak

Dzień dzieli między pracę w e-commerce a pochłanianie filmów i muzyki. Jeżeli akurat nie ogląda jakiegoś starego horroru, to zapewne słucha czegoś głośnego i ekstremalnego. W wolnych chwilach zgłębia świat gier retro. W przeszłości maniakalnie dążył do opanowania każdego utworu Nirvany na gitarze.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze