Mortal Kombat – recenzja filmu. Festiwal cringu

Dawno, dawno temu, kiedy Mila Jovovich była szanowaną aktorką, a kandydatem do wyreżyserowania Resident Evil był George A. Romero, Paul W.S. Anderson zrobił swój drugi, pełnometrażowy film – Mortal Kombat. Po 26 latach okazało się, iż była to jedna z nielicznych udanych prób przeniesienia gier na język filmowy. Ekhm, a także jedyny dobry film w karierze Andersona…  Czy nowa wersja Mortala przeskakuje poprzeczkę ustawioną przez poprzednika?

Heh. Nie. Bierze ogromny rozbieg, ale w ostatecznej chwili wypierdziela się ryjem na glebę z niesamowitym impetem. Ale, ale! I wersja Andersona i wersja McQuoida mają ze sobą wiele wspólnego. Umówmy się – obie produkcje to istny festiwal cringu. Zarówno tego dobrego cringu, jak i złego cringu. Tyle, że w oryginalnym Mortal Kombat więcej jest tego pierwszego, a w najnowszej odsłonie – zdecydowanie tego drugiego.

Zobacz również: Godzilla vs. Kong – recenzja filmu. Potworny dramat.

Dzisiejsze filmy bardzo często stoją w rozkroku; mają problem z własną identyfikacją. Można to zauważyć szczególnie przy kolejnych częściach kolejnych części – sequelach, rebootach i tak dalej. Najczęściej spowodowane jest to kasą i wymogiem uniwersalności. Aby Ci hardcorowi maniacy serii jak i niedzielni widzowie znaleźli coś dla siebie (ha tfu!). Najnowszy Mortal też stoi w rozkroku, nie mogąc się zdecydować, jakim filmem chce być. A bo to ma być poważna, mroczna produkcja dla true fanów, z krwawymi fatality i fabułą wierną gamingowemu oryginałowi… A jednocześnie dostajemy wspomniany festiwal zamierzonego – i niezamierzonego – cringu.

Ten zamierzony cringe w dużej mierze działa. Gdy film rozładowuje napięcie dowcipami w marvelowskim stylu – niekoniecznie. Gdy po finezyjnym fatality dostajemy jakiegoś soczystego one-linera, wyjętego żywcem z gry? Jak najbardziej tak. Czy pasowało to do tonacji filmu, którą tak zażarcie reklamowali twórcy? Absolutnie nie. Bo kiedy w jednej scenie dramatycznie umiera pewien bohater, a już w następnej scenie inni bohaterowie potrafią rzucać dowcipami na prawo i lewo, no to coś tu nie gra. Nie można mieć PS5 i sprzedać PS5, że posłużę się tu analogią. A jeśli już się decydujesz na coś takiego, to lepiej miej w nazwie Disney albo Marvel, to przynajmniej od razu będzie wiadomo, że nie ma co tu szukać żadnej ambicji.

Zobacz również: Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera – recenzja filmu. Więcej znaczy lepiej?

Mortal Kombat
Wiem, że to nie Shao Khan (tylko jakiś random z czwartej części gry), ale nie mogę się oprzeć: – Mamo, ja chcę Shao Khana! – Ale przecież mamy Shao Khana w domu! – Shao Khan w domu:

Z kolei ten niezamierzony cringe podejrzewam, wynika z doświadczenia reżysera i scenarzystów. Z całego trio McQuoid, Russo i Uziel, jedynie ten ostatni, współtwórca scenariusza, może się czymkolwiek pochwalić w filmografii. W nim zresztą upatrywano największej nadziei dla tego projektu, bo to właśnie on napisał kultowy w niektórych kręgach, fanowski short Mortal Kombat Rebirth. Wersja z 1995 roku nie bawiła się za bardzo w budowę świata przedstawionego. Tu jest turniej, tu macie bohaterów, bum – oklepujcie się po ryjach. I, kurde, takie coś zdecydowanie zdawało egzamin. Niemal wszystko tam zagrało. Wyjątkowy klimat filmu, chemia między bohaterami, dobre walki. Oczywiście, zestarzał się, miejscami podchodzi pod kino klasy B, zaś efekty specjalne dziś powodują uśmiech politowania. Tyle, że od początku było wiadomo, kto jest grupą docelową tego filmu. I raczej – mówię raczej, bo to wciąż projekt Paula W.S. Andersona, który wypluł na świat sześć filmów Resident Evil a obecnie zabrał się za katowanie Monster Hunter – wszyscy odpowiedzialni za tamtego Mortala wiedzieli, że tworzą kino mające pachnieć kiczem.

McQuoid i spółka poświęcili budowie uniwersum znacznie więcej uwagi, mając przed oczyma wizję potencjalnych sequeli. Z tego też powodu, wszystko w tym filmie niemiłosiernie zapierdziela – od pierwszej do ostatniej minuty filmu. Ba, toć nawet nie dochodzi tu do tytułowego turnieju! Fabuła dzieje się niedługo przed nim, ale nawet nie wiem, jak wam ją zwięźle i sensownie streścić. Nawet film niezbyt dobrze to robi, a co dopiero taki marny recenzent jak ja. No ale dobra – chodzi mniej więcej o to, że jest turniej, który dziewięć razy z rzędu wygrała grupa złego czarownika. Jak wygra dziesiąty, to zawładnie ziemskim światem – może się tak jednak nie stać, bo przepowiednia mówi, iż potomek jednego z najwspanialszych ninjów… Nie, nie dam rady, sorry.

Zobacz również: W krótkim kinie #2 – The Last Séance, Finley, Other Side of the Box

Afroamerykanie vs Azjaci, tego jeszcze nie grali

Fabuła jest niemiłosiernie tępa. Można byłoby jej to jeszcze wybaczyć, gdyby film nie traktował się serio. ALE TRAKTUJE. Patetyczny ton całości bije widza po gębie i robi mu istne fatality. To są wojownicy, oni mają mało czasu, by odnaleźć w sobie ukrytą moc, stawką jest uratowanie Ziemi, o nie! Jak Boga kocham, w niektórych momentach podniosłych dialogów można nieźle się uśmiać. Wszystkiemu zdecydowanie nie pomaga gra aktorska. Rozumiem jednak, że trudno z tak dennego scenariusza wycisnąć coś więcej, niż nominację do Złotej Maliny. Głównymi bohaterami Mortal Kombat anno Domini 2021 są Sonya Blade, Kano i całkowicie nowy bohater, wymyślony na potrzeby filmu Cole Young (większego nudziarza nie widziałem już dawno). Oczywiście, widzowie zostają co chwila zalani kolejnymi kultowymi postaciami z gry, jak Raiden, Kabal, Goro, Liu Kang. Są też te mniej kultowe, jak Nitara i Reiko – bo w końcu na kimś trzeba te fatality robić, co nie? Słowa pochwalne należą się chyba wyłącznie Kano. Josh Lawson kradnie każdą scenę. Szkoda, że po pewnym czasie idzie się znudzić nawet i najjaśniejszym punktem obsady, bo twórcy zdecydowanie za bardzo eksploatują tego bohatera. Co chwila wciskają jakiś gag z nim w roli głównej.

W nowej odsłonie Smoczego Turnieju udały się tak naprawdę tylko walki. Z pozoru najważniejsza cecha tytułu. Krwawe i brutalne, czyli takie, jakie być powinny. Malujące na mej twarzy zwyrodniały uśmiech z każdym odciętym członkiem, zmiażdżoną czachą czy wywaleniem flaków na wierzch. Tylko… Jak na złość McQuaidowi, okazuje się, że na samych walkach filmu nie zbudujesz. Nie, chwila… Zbudujesz, bo przecież na tym polegał Mortal Kombat w wersji Andersona! Oh, well, czyli trzeba jednak trochę magii, kunsztu, finezji i polotu. Tego wszystkiego u McQuoida nie znajdziecie.

Zobacz również: OSCARY 2021 – kto wygra?

Shkodran Mustafi porzucił piłkę nożną na rzecz mordobicia

Film stoi w rozkroku między podejściem na serio do tematu, a świadomością, że to adaptacja gry, w której chodzi o wyrywanie kręgosłupów, serc i flaków. I tak oto dostajemy produkcję skierowaną absolutnie do nikogo. No, może poza największymi fanami serii, choć wydaje mi się, że kilka hektolitrów krwi i wrzucenie do fabuły kontenera wyładowanego znanymi postaciami może – przy okropnej fabule i jeszcze gorszym aktorstwie – nie przekonać nawet ich.

A, chciałem także powiedzieć, że nie wybaczę twórcom decyzji, by Mileenę przemalować na czarno i pozbawić bujnego biustu. Bo to, że Johnny Cage nie został głównym bohaterem przez swój kolor skóry już mnie nawet nie dziwi.

OCENA: 4/10

Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze