Godzilla vs. Kong – recenzja filmu. Potworny dramat.

Wczoraj, piątego kwietnia 2021 roku, zmarł Krzysztof Krawczyk, jeden z moich muzycznych idoli. A i tak, cholera, jestem zmuszony powiedzieć, że była to dopiero druga najgorsza rzecz, jaka mnie wczoraj spotkała. Bo pierwszą bezapelacyjnie był seans filmu Godzilla vs. Kong.

Dzisiaj wszystko musi mieć swoje uniwersum. Za Marvel Cinematic Universe poszły w ślad inne marki – zarówno te będące na fali wznoszącej jak i te kompletnie zapomniane. DCU. Universal Monsters. Star Wars Stories. Pamiętacie te wszystkie wspaniałe filmy, wyplute na świat w ramach tych uniwersów? Nawet M. Night Shyamalan chciał być znowu cool i połączył Niezniszczalnego ze Split, co w efekcie dało nam ekscytujące Glass. Moda na uniwersa dosięgnęła również przerośniętego gada, lubującego się w niszczeniu japońskich miast. Choć. trzeba zaznaczyć, początkowo Godzilla z 2014 roku miała być najzwyklejszym rebootem. Dopiero w okolicach premiery filmu, kiedy pojawiła się szansa na wykupienia praw do Konga, przyszedł pomysł stworzenia MonsterVerse.

Zobacz również: Resident Alien – recenzja komiksu

Godzilla vs. Kong
Nie pomyl filmu! W Internecie krąży wiele fałszywych wersji filmu. Obrazek powyżej przedstawia jedną z nich

Godzilla Garetha Edwards była zaskakująco udaną produkcją, a przede wszystkim pierwszym dobrym filmem o Godzilli stworzonym dla mainstreamowego widza. Było mrocznie, było klimatycznie, była Godzilla, a fabuła całkiem znośna, jak na tego typu film. Mógłbym nawet zarzucić twórcom postaranie się w tym aspekcie, co rzadko się przy produkcjach o potworach dających sobie po pysku zdarza. Po Godzilli powstały jednak dwa pytania. Pierwsze – co się, do cholery, stało z Garethem Edwardsem a.k.a. Edwardem Garethsem? Disney go po cichu scancelował czy ktoś ma na niego jakiegoś starego tweeta, gdzie Edwards porównuje Godzillę Emmericha i swoją do Niemców odpowiednio w czasie I Wojny Światowej i II Wojny Światowej?

Zobacz również: Najlepsze filmy o zombie

Natomiast drugie pytanie, to to, kiedy Gojira spotka King Konga. Odpowiedź otrzymaliśmy trzy lata później, podczas napisów końcowych Wyspy Czaszki. Swoją drogą, moim zdaniem lepszego filmu niż Godzilla. Zanim jednak starcie miało nastąpić, najpopularniejszy z kaiju musiał jeszcze stoczyć walkę o miano króla potworów. I… Kur*a….

Godzilla vs. Kong
Nie, to też nie ta. Ale już blisko, ciepło, co raz bliżej

Wyszła Godzilla, wyszedł Kong: Wyspa Czaszki, a uniwersum potworów zapowiadało się naprawdę ciekawie. I tak, czekałem na pojedynek na szczycie, nie powiem. Wychodząc z sali (member cinema?) po reboocie Konga czułem się trochę jak mały dzieciak, napalony na myśl o starciu dwóch kultowych potworów na dużym ekranie. No dobra, nie oszukujmy się. Zazwyczaj jest tak, że za tymi wszystkimi monster movies, to wielka filozofia nie stoi. Ot, potwory się lutują, a widz cieszy się, że może to sobie pooglądać, nie zważając zbytnio na scenariusz. Ale, kur*a, nie może być tak, że tego scenariusza w ogóle nie ma albo jest, tylko że posklejany z możliwie najgorzej dobranych schematów fabularnych zarówno z tego gatunku, jak i innych.

Zobacz również: W krótkim kinie #1 – Miner’s Mountain, The Armoire, Zygote

Po Królu Potworów ja już żadnych złudzeń nie miałem. Poświęcasz się i wyjątkowo przykładasz się do swojej roboty. Robisz dwa dobrze zrealizowane filmy, które coś tam o jakieś ambicje zahaczyły i zapowiadasz film, na który wszyscy czekali od lat. Marka zbudowana, balonik napompowany, no to co? Fajrant. Po co teraz się wysilać, skoro i tak ludzie przyjdą pooglądać naparzające się stwory? Historia w sequele Godzilli była niewyobrażalnie denna. Autentycznie, oglądanie Króla Potworów sprawiało mi ból psychiczny. Swoją drogą, ból ten towarzyszy mi co raz częściej, ilekroć włączę pierwszy lepszy hollywoodzki blockbuster. Powracając – w Godzilla vs. Kong fabuła jest jeszcze głupsza i jeszcze bardziej  naiwna. Tym razem jednak przynajmniej doskonale wiedziałem czego się spodziewać.

Godzilla vs. Kong
Bingo! Perfection

I powiem wam szczerze, że ja naprawdę jestem ciekaw starcia Konga z Godzillą w wersji z 1962 roku. Przecież pod względem fabularnym wcale gorzej być nie mogło, a z tego co słyszałem, to chociaż pośmiać się można. Godzilla Edwardsa miała bardzo poważny ton, który mi miejscami trochę przeszkadzał, ale koniec końców kupowałem taką wizję. Natomiast to, co się dzieje w dwóch ostatnich odsłonach MonsterVerse zakrawa o parodię i to jeszcze taką co nie śmieszy, a wprowadza w zażenowanie. Skupmy się na Godzilla vs. Kong, bo podobno właśnie ten film recenzuję, choć na razie prawie nic o nim nie napisałem.

Zobacz również: Kosmiczny balet – czyli jaką rolę odgrywa muzyka w 2001: Odyseja kosmiczna

Nie ma innego spojrzenia na gatunek, jaki oferowała pierwsza instalacja tego uniwersum. Godzilla vs. Kong to ten sam film co Król Potworów. Generyczny blockubster z idiotyczną fabułą, głupimi żarcikami i scenariuszowymi umownościami. Mieliśmy historię o tym, jak tępa baba chce zniszczyć Ziemię przy pomocy Tytanów, to teraz dostajemy miszmasz Stranger Things Podróżą do wnętrza Ziemi. I to nie miszmasz z fajnych elementów tych produkcji. Tylko z możliwie najgorszych. Jezu, ku*wa, Chryste. Nie ma takiej marki, której Hollywood nie potrafiłby wykastrować z resztek oryginalności i jakości. Byleby tylko film był przystępny dla tępego widza w każdym wieku, bo, wiadomo – lepiej się sprzeda.

Ech, no dobra, to jednak to…

Film przedstawia widzowi multum różnych bohaterów, nie marnując zbytnio czasu na ich szersze wprowadzenie. I ja, jak Boga kocham, byłem przez chwilę przekonany, że twórcy załatwiają ekspozycję postaci w jednej scenie, bo to bohaterowie poprzednich filmów. O, to to dziecko z Wyspy Czaszki, co przyjaźni się z królem małpO, to ten szef kolejnej złej korporacji. O, to ten doktorek, co gra go Skarsgard, on przecież biegał z małpami i przyjaźnił się z Samuelem L. Jacksonem w Kongu, no tak. Otóż nie – z powracających postaci mamy tylko Nastkę i jej ojca. Cała reszta to nowy narybek, który twórcy starają się przedstawić widzowi już na starcie jako ukształtowanych bohaterów. Wiedziałem, że jak obejrzę Snyder’s Cut to już nigdy nie zadowoli mnie żadna budowa postaci trwająca mniej niż 4 godziny…

Zobacz również: Patokultura #1 – Justice League: Snyder’s Cut [+18]

Przynajmniej potwory dają radę. Choć spotkałem się z głosami, że starcie Godzilli z Kongiem nie ma większego sensu, bo ten pierwszy rozszarpałby bez problemu tego drugiego. Może w PRAWDZIWYM świecie tak by było – niemniej, w tym filmie dwójka tytanów mierzy się ze sobą trzykrotnie. I są to naprawdę świetne, widowiskowe i spektakularne pojedynki. Niby zwykła napier*alanka, a ma więcej sensu i głębi niż wszystkie wątki ludzkie w filmie razem wzięte. Małpi Król dostaje zdecydowanie więcej czasu ekranowego od swojego jaszczurowatego kuzyna i powiedziałbym nawet, że w napisanie Konga włożono najwięcej serducha. A jeśli wielka, niema małpa dzierży miano najlepiej napisanej postaci w Twoim filmie to wiedz, że nie masz filmu. Ale rzeczywiście tak jest. Moja dziewczyna, która od zawsze jest #teamGojira, tak polubiła Konga, że w pojedynku potworów była za remisem. A to już o czymś świadczy.

Piękne czasy, kiedy  zwiastuny zachęcały do odkrycia fabuły przeminęły i dziś muszą opowiedzieć ją całą.  Piję do tego, że trailer musiał oczywiście zdradzić występ Mechagodzilli w filmie. Ale po seansie Godzilla vs. Kong przyznaję, iż zamieszczenie robotycznego podrabiańca w trailerze niewiele zmieniło. Wątek – jak większość wątków w tym filmie – poprowadzony został na odpier*ol, bez silenia się na jakieś większe twisty. O istnieniu Mechagodzilli dowiadujemy się kawałeczek za połową filmu, więc jeśli ktoś nie domyślił się jaki będzie finał tej produkcji przed seansem, to dostał odpowiedź wyłożoną na tacy. I uwierzcie, że końcowa batalia między trójką potworów jest zupełnie niesatysfakcjonująca. A jej rozwiązanie wzbudza uśmiech politowania.

Potworny (hehe) paździerz, ale przynajmniej starcia Konga i Godzilli to czyste złoto. Poczekajcie, aż zostaną umieszczone na YouTubie i je sobie obejrzyjcie na telewizorze z nałożonymi słuchawkami. A resztę filmu olejcie. Nic nie stracicie, a może zaoszczędzicie trochę czasu i zapobiegniecie przy okazji śmierci szarych komórek.

Ocena: 3.5/10

P.S.: #teamKong
P.S.2: JA SIĘ PYTAM GDZIE JEST SCENA Z PIESEŁEM Z KIJEM BASEBALLOWYM?!

Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze