Belle – recenzja filmu. Hosoda ponownie testuje nasze emocje

Jeśli ktoś jakimś cudem nie kojarzy Mamoru Hosody, to tylko przypomnę, że to właśnie on kilka lat temu zaprezentował nam niezwykle piękną i poruszającą historię o samotnej matce wychowującej Wilcze dzieci. Film ten swego czasu zrobił na mnie ogromne wrażenie, więc wiele razy już do niego wracałem i za każdym razem uderzał on równie mocno. Tym razem Hosoda, trochę zgapiając od Makoto Shinkaia, a trochę idąc po swoich śladach, postanowił  przedstawić nam wizję o większym rozmachu, nadal jednak nie zapominając, że to bohaterowie i ich emocje są najważniejsze. I tak, Belle jest niesamowitym przeżyciem, które siedzi w głowie jeszcze na długo po seansie.

Mało było filmów, które po obejrzeniu nieustannie wybrzmiewały mi w głowie. Często po napisach końcowych jeszcze tylko przez chwilę zastanawiam się, analizując plusy i minusy, jaką ocenę jestem w stanie filmowi wystawić. Tym razem jednak po wyjściu z kina, gdzie właśnie zakończył się film Belle (w ogóle jaką abstrakcją jest zdanie, że byłem w kinie na anime, w Polsce nie do pomyślenia – ja miałem pierwszy raz przyjemność uczestniczyć w takim seansie), nie mogłem przestać rozmyślać o wszystkich wątkach, motywach i o przesłaniu, które również ma przynajmniej kilka płaszczyzn. Hosoda dostarczył nam film, który nie tylko wgniatał w fotel oprawą audiowizualna, ale nieustannie zwracał naszą uwagę na problemy, z którymi wielu z nas się boryka albo będzie musiało się niestety kiedyś zmierzyć. Nie dziwi mnie już, że Belle w Cannes zebrało aż 14-minutowe oklaski. Ten film naprawdę na to zasługuje.

Zobacz również: Nie czas umierać – recenzja filmu. We have all the time in the world

To o czym w takim razie jest Belle? Jak mówi sam Mamoru Hosoda podczas krótkiego wprowadzenia przed filmem: to film o róży, a słowem przewodnim jest tu piosenka. Interpretacja może być różna, ale chodzi tu prawdopodobnie o główną bohaterkę, która „rozkwita” pod koniec filmu, a wszystko dzięki śpiewowi. W dziewiątym filmie Hosody podziwiamy świat rozdzielony na dwa wymiary: ten realny i ten cyfrowy. W Belle istnieje bowiem urządzenie/aplikacja „U” umożliwiająca przenoszenie się do cyfrowego świata (takie VR, ale bardziej zaawansowane). Obecnie w tym cyberświecie zarejestrowanych jest ponad 5 miliardów osób. Jeśli motyw zdaje się wam znajomy, to macie rację, bo podobne wirtualne życie było możliwe również we wcześniejszym filmie Hosody, Summer Wars. Tutaj jednak reżyser wykorzystał ten moty o wiele lepiej.

Główną bohaterką filmy jest Suzu, dziewczyna uczęszczająca do liceum. Suzu od małego uwielbiała muzykę, a najwięcej frajdy sprawiało jej śpiewanie. Miłość tę zaszczepiła w niej mama. Niestety, gdy dziewczyna miała zaledwie kilka lat, jej mama zginęła, ratując dziecko przed utonięciem. Dziewczyna nie mogła pojąć, dlaczego jej mama to zrobiła – uratowała zupełnie obcą osobę, a tym samym pozbawiła ją jednego z rodziców. Od tej pory Suzu nie potrafiła już śpiewać, bo za każdym razem wracały bolesne wspomnienia. Co więcej, jej relacja z ojcem sprowadzała się już tylko do kilku prostych słów rano i wieczorem. Dziewczyna była też bardzo zamknięta i ukrywał przed innymi swoje uczucia. Wszystko zmieniało się, gdy jej jedyna prawdziwa przyjaciółka, Hiro (świetna postać wnosząca elementy humorystyczne), poleciła spróbować jej „U”, czyli aplikacji przenoszącej użytkownika do świata, gdzie można stać się osoba głęboko w nas skrywaną – program wykrywa mocne strony użytkownika i na tej podstawie tworzy nowego awatara.

Zobacz również: Wesele – recenzja filmu. Smarzowskiego rozliczenie z przeszłością

Belle
Fot. Belle / Nowe Horyzonty

Przy rejestracji w „U” Suzu nazywa swojego awatara (niezwykle urokliwego) imieniem Bell (potem zmienia się w Belle). Tam nareszcie próbuje zaśpiewać, a pozbawiona lęków z realnego świata, wydobywa z siebie przepiękny głos. Jej spontaniczny występ viralem rozchodzi się po całym „U”, a ona staje się najpopularniejszą piosenkarką w tym cyberświecie. Nikt poza Hiro o tym nie wie, więc jej realne życie toczy się tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Kolejnym ważnym wydarzeniem w filmie jest spotkanie Belle ze Smokiem, czyli bestią siejącą zamęt w wirtualnym świecie. Smok jej ścigany przez Strażników za swoje zbrodnie. Suzu po bliższym poznaniu Smoka szybko odkrywa, że to tak naprawdę tylko cierpiącą osoba ukrywającą się za grubą zasłoną gniewu i nienawiści. Na odkryciu tożsamości Smoka i co mu się tak naprawdę przydarzyło, oparto główną oś fabularną filmu.

W tym momencie nie sposób nie wspomnieć o najpiękniejszym momencie filmu, czyli piosence Lend Me Your Voice, którą Belle kieruje do Smoka. Scena ta zostało żywcem zaczerpnięta z Pięknej i Bestii – ale kurde, moim zdaniem, uczeń przerósł tu mistrza. Piękna, piękna i jeszcze raz piękna scena, którą mógłbym oglądać bez końca. Suzu chciała tym utworem trafić do serca Smoka i tym samym przekonać go do wyrzucenia z siebie wszystkich smutków. Chyba każdy wie, że otworzenie się przed drugą osobą jest niezwykle trudne i wymaga wiele zaufania. A z drugiej strony, znalezienie osoby takiej jak Suzu, czyli chętnej do pomocy, jest chyba jeszcze trudniejsze. Dlatego też scena ta jest tak poruszająca.

Zobacz również: Jinpa – recenzja filmu. Pema Tseden zabiera nas w surową, hipnotyzującą podróż

Drugą fenomenalna sceną z Belle jest finał i piosenka A Million Miles Away. To wtedy Suzu przechodzi swoiste katharsis, mierzy się ze swoimi lękami i w końcu rozlicza się z przeszłością. Tym samym dziewczyna w końcu akceptuje siebie taką, jaką jest. Wykonanie tej sceny jest równie fantastyczne, co omawianej wcześniej. Emocje są ogromne i naprawdę nie jest wstydem spocić tu oczy. Wspomniane dwa momenty w filmie nie są oczywiście przypadkowe, bo to właśnie wtedy słyszymy fenomenalny wokal Kaho Nakamury, który brzmi obłędnie i za każdym razem podczas seansu wywoływał u mnie ciarki. To dzięki tej wokalistce sceny wybrzmiały tak cudownie. Trudne zadanie przed osobami tworzącym dubbing w innych językach – w Polsce na wiosnę w kinach ma być właśnie taka wersja i trochę szkoda, że widzownie nie usłyszą oryginału.

Belle poza momentami śpiewanymi również brzmi świetnie, bo w soundtracku znajdziemy sporo wpadających w ucho podkładów. Co więcej, film ten wygląda bardzo dobrze, a także zaskakująco. Zaskakująco pod tym względem, że znajdziemy tu aż dwa style graficzne. Pierwszy to klasyczna animacja rysowana i w tej oprawie możemy podziwiać ukazany tu świat realny – kreska charakterystyczna dla poprzednich filmów Hosody. Inaczej prezentuje się jednak świat „U”, bo tu oprawę stworzono nowymi metodami CGI. Na szczęście jest to wariant wysokobudżetowy (nie jak w niektórych seriach TV), dzięki czemu sekwencje te są piękne i płynne. Aż naprawdę trudno wybrać ładniejszy styl. Dziwie się, że to mówię, bo od zawsze preferowałem klasyczną animację w anime. Tu jednak wyraźnie się przyłożono.

Zobacz również: Star Wars: Visions – recenzja serialu. Czy moc jest silna w tym anime?

Fot. Belle / Nowe Horyzonty

Belle to film fenomenalny pod każdym względem. Mamoru Hosoda już dawno potwierdził, że potrafi mówić o ludziach, ich emocjach i problemach niezwykle mądrze i z taktem, nie popadając przy tym w łzawą tandetę. Tutaj jest dokładnie tak samo, bo dostajemy trudne i potrzebne tematy, które opowiedziano z dużą gracją i jeszcze większą emocjonalnością. Tym razem Hosoda idzie jedna o krok dalej i dokłada do tego obłędną oprawę audiowizualna, która przekładana się na jeszcze bardziej zapadający w pamięć seans. Nic, tylko oglądać. Ja chcę jeszcze raz! Ja chcę jeszcze raz!

Film Belle można będzie obejrzeć w kinach w Polsce wiosną 2022 roku.

Plusy

  • Mądra i poruszająca historia
  • Utwory muzyczne wgniatają w fotel
  • Wygląda fenomenalnie

Ocena

9.5 / 10

Minusy

  • Nie wiem
Mateusz Chrzczonowski

Nie zna się, ale czasem się wypowie. Najczęściej na tematy gamingowe, bo na graniu i czytaniu o grach spędził większość życia. Nie ukrywa zboczenia w kierunku wszystkiego, co pochodzi w Kraju Kwitnącej Wiśni czy też niezdrowego zauroczenia kinem z różnych zakątków Azji.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze