Nikt to lepszy John Wick niż kontynuacje Johna Wicka

Co by było, gdyby wziąć American Beauty oraz Johna Wicka i wrzucić je do miksera? Ani chybi wyjdzie nam Nikt, czyli skromny film z 2021 roku, który robi wszystko to, co John Wick, ale znacznie, znacznie lepiej.

Niedawno były walentynki, postanowiłem więc wykorzystać ten czas i zanurzyć się w swojej bezwstydnej miłości do pastiszów filmowych akcyjniaków, w których jeden koleś dziesiątkuje całą armię przeciwników. Padło na trylogię Johna Wicka, ale wciąż było mi mało. Zarzuciłem na deser Nikogo i bawiłem się sto razy lepiej niż na którymkolwiek z filmów z Keanu Reevesem. Zastanawiające – pomyślałem. Warto się temu przyjrzeć trochę bliżej.

Żeby nie było. Pierwszego Johna Wicka kocham miłością. To film, który znacznie świadomiej oraz z większą kompetencją realizuje pomysł leżący u podstaw Niezniszczalnych. Pamiętacie jeszcze tę serię? Tak, to te filmy, w których podstarzałe gwiazdy kina sensacyjnego lat 80. i 90. próbują udowodnić wszystkim, że czas się zatrzymał. Niesamowite, że powstała cała trylogia.

Zobacz również: John Wick – znamy tytuł czwartej części

Z jednej strony bardzo szanuję i doceniam pomysł rozliczenia się z mitem napakowanego szaleńca trzymającego w jednej ręce CKM, a w drugiej – oderwaną głowę przeciwnika. Myślę, że popkultura dorosła już do statusu, w którym może zacząć rozliczać się z tych szkodliwych stereotypów i wzorców męskości. Cieszę się, że zdecydowała się to zrobić. Nie ukrywajmy jednak – Niezniszczalni byli projektem, który się nie powiódł. Bo ta seria nie działa ani jako dekonstrukcja, ani jako film sam w sobie (temat na inny tekst). Potrzeba było więc czegoś innego.

Biję zatem pokłony Derekowi Kolstadowi, Davidowi Leitchowi oraz Chadowi Stahelskiemu, że zrobili Johna Wicka. To prosty pomysł, który działa dzięki temu, że nie próbuje być niczym więcej ponad rozrywkę. Nie dość, że nie traktuje się serio, to jeszcze z lekkością podchodzi do kina sensacyjnego. A to wcześniej borykało się ze sporym kryzysem tożsamościowym. Bo niby stało się mroczniejsze i poważniejsze (winię za to przede wszystkim Bonda Daniela Craiga), ale tak naprawdę w żaden sposób nie odżegnywało się od mitu chłopa z giwerą, który na ślepo przedziera się przez zastępy uzbrojonych po zęby terrorystów.

Kolstad, scenarzysta Johna Wicka, doskonale wie, co w takich produkcjach działa, a co je rozmywa. Decyduje się zatem na napisanie filmu, który zaczyna się tak absurdalnie, żeby widz od razu wiedział, z jakim dziełem ma do czynienia. A sama frajda ma płynąć nie z poważnych refleksji na temat ludzkiej kondycji i dylematów etycznych, ale z akcji i choreografii starć. A te w Johnie Wicku są wyborne, doskonałe i niedoścignione.

John Wick staje się więc nie tyle głupkowatym filmem o zabijaniu, ile bardziej wymyślną fantazją, mitem wykorzystującym znane tropy z filmów akcji, aby zrobić z nich odświeżający patchwork. I udaje mu się to bez pudła. Bo jedyną sensowną rzecz, jaką można zrobić ze stereotypem wielkiego schaba z jeszcze większą giwerą, to osadzić go w ramach absurdu.

Zobacz również: The Continental – nowe nazwiska w obsadzie serialu

Pierwszy John Wick stoi scenami walki. Tytułowy bohater to nie tylko wirtuoz wszelkiej maści broni palnych, ale również adept sztuk walki wręcz. I produkcja błyszczy najbardziej, kiedy oglądamy Wicka łączącego pociąganie za spust z kopaniem i przewrotami. Sposób, w jaki protagonista wykorzystuje pęd oraz ciężar własnego ciała do obezwładniania przeciwników to majstersztyk pierwszej kategorii. Top tier scen akcji.

Wick jest dynamiczny, porusza się zgodnie ze swoim rytmem, ani na moment nie wytraca prędkości (nawet, jak obrywa), a dzięki analitycznemu planowaniu swoich działań jego skuteczność wykracza poza zdolności normalnego człowieka. Ale film o tym wie, wzrusza ramionami i pokazuje nam coraz to wymyślniejsze atrakcje wizualne. Akcji towarzyszy naturalnie nastrojowa muzyka idealnie wpasowująca się w klimat i dynamikę sceny. Pierwsza część trylogii John Wick to więc angażujący wizualnie seans, niekwestionowany dominator w swojej wadze i absolutny must see każdego fana ekranowej jatki.

John wick photo 1
Fot. Viaplay

John Wick nie potrzebował kontynuacji. Oczywiście, że je dostał, bo jedynka była hitem, deszcz pieniędzy spadł, więc naturalną konsekwencją stały się sequele. I nie da się ukryć, że co działało w pierwszej części, już średnio działa w kolejnej, żeby w trzeciej w zasadzie nie działać zupełnie.

Problem polega na tym, że dwójka i trójka chcą mocniej, więcej, szybciej i absurdalniej. Dlatego w kontynuacji okazuje się, że co drugi nowojorczyk jest płatnym zabójcą wcielonym w szeregi organizacji płatnych zabójców. Natomiast w ostatniej części – Wick zabija przeciwników koniem. Normalnie, klepie w zad, a zwierzak kopniakiem wysyła oponentów protagonisty na łono Abrahama.

Zobacz również: Keanu Reeves zdradza, że chciałby dołączyć do MCU

Ja rozumiem, że absurd, że nawias, że haha i hoho, ale no, bez przesady. Nawet pure nonsense ma swoją poetykę i raczej nie rozszerza się ona na sceny, które przeczą nie tylko standardowym możliwościom ludzkiego organizmu, ale również – fizyce czy ciągłości przyczynowo skutkowej. Nie pomaga też fakt, że sceny akcji stają się zwyczajnie nudne i całkowicie tracą polot.

A dlaczego tak się dzieje? Bo od dwójki fabuła staje się zauważalnie ważniejsza, większy nacisk położony jest również na relacje bohatera z innymi postaciami. Wick nie jest już groźnym widmem, Baba Jagą, którą straszy się dzieci przed snem. Staje się zwykłym bohaterem kina akcji, przez co przestaje nas obchodzić.

John wick photo 2
Fot. IGN PL

Bo nawet nie ma sensu pytać o to, czy bohater z tego wyjdzie. Wiadomo, że wyjdzie. Nie tu powinien być sens pytania. Nikogo nie obchodzi nawet to, jak z tego wyjdzie, bo twórcy przyzwyczaili nas do groteskowej przemocy. Na tym etapie może już zabijać adwersarzy szamańskim tańcem przywołującym burzę. Już nie mam oczekiwań.

Trzecia część trylogii pozostawiła mnie z niewypowiedzianym smutkiem na twarzy. Scena strzelaniny, w której Wick i postać grana przez Halle Berry (niby mógłbym sprawdzić jej imię, ale tak bardzo mnie ona nie interesuje, że sobie odpuszczę) odpierają falę wrogów, poziomem nijakości przebija kromkę suchego chleba. Sama intryga też nie porywa. Dowiadujemy się nieco więcej o organizacji płatnych zabójców o przeszłości Wicka, tylko że po co. Ostateczny twist też wzbudza jedynie przewrócenie oczami.

Zobacz również: Fabryka Absolutu – recenzja książki. Klasyka literatury czeskiej dalej w świetnej formie

John Wick 2 oraz John Wick 3 chcą angażować widza fabułą. Trylogia, która rozpoczęła się wendettą za zabicie psa, chce angażować widza fabułą. Nie kupuję tego. Sądzę też, że sam scenarzysta poczuł znużenie prowadzeniem tego typu fabuły, ponieważ w 2021 pojawił się Nikt. Film, który jest Johnem Wickiem bez całego tego nawarstwienia fabularnych zobowiązań, które powstały na kanwie dwóch kontynuacji.

Nikt to film mały, skromny i robiący dokładnie to samo, co John Wick, ale lepiej. Oto mamy bohatera z ewidentnym kryzysem wieku średniego, nieco rozczarowanego rutyną życia rodzinnego i niemogącego zdążyć z wyniesieniem śmieci przed przyjazdem śmieciarki. No, i dzieją się rzeczy. Zdesperowani złodzieje włamują się chłopowi do domu, chłop idzie im pokazać, że jest kozak, rezygnuje z zemsty, bo jest kozak o gołębim sercu, po drodze spuszcza łomot niewłaściwym chłopaczkom, zwraca uwagę rosyjskiej mafii, a w kulminacji rzeczy wybuchają, a strzały padają. I fajnie jest. Serio.

Nobody photo 1
Fot. Vulture

Co różni Nikogo od Johna Wicka? Podejście do przemocy. Film jest naturalistycznie brutalny, a sam protagonista – przytłaczająco ludzki. Jeśli nie widzieliście filmu, to może kojarzycie słynną już scenę walki w autobusie. Sekwencja ta to naprawdę szalony festiwal łamanych kończyn, wybijanych zębów oraz uszkadzanych tkanek. I, mój Boże, jak dobrze się to ogląda. Reżysersko to prawdziwa rewelacja. Widz ani przez moment nie wytraca tempa serwowanego przez film. Wiadomo, co się dzieje, kto komu, czym i w co właśnie przydzwonił.

Nikt udowadnia, że zwiększony realizm i podkręcona brutalność wcale nie musi oznaczać przytłaczającego i mrocznego tonu filmu. Produkcja ta jest niezwykle lekka. Powiedziałbym wręcz, że ma w sobie sporo humoru. Może nie na tyle, żeby nazywać film komedią, ale na pewno nie jest to nastrój ostatnich Bondów. Sceny nie są może tak kolorowo-neonowe jak w Johnie Wicku, ale kolorystyka jest zauważalnie nieprzeciętna. Wyobrażam sobie, że taki film mógłby nakręcić Wes Anderson, gdyby naoglądał się za dużo filmów o Rambo.

Zobacz również: Transformers: Earth Spark otrzymał nowy zwiastun

Zaskakuje także Bob Odenkirk, znany szerzej jako Saul Goodman z Breaking Bad czy Better Call Saul. I chłop odnajduje się w estetyce taniego akcyjniaka naprawdę dobrze. Nie pomyślałbym o tym aktorze jako o pierwszym wyborze do tego rodzaju kina. Zresztą – nie jestem chyba odosobniony, bo recenzenci również zwracali uwagę na nieoczywisty casting. Znany głównie z występów komediowych Odenkirk od pierwszej sceny bierze widza autentycznością. A radocha, jaką ewidentnie sprawia mu spuszczanie srogiego łomotu rosyjskim bandytom, udziela się oglądającemu.

Nikt to lek na czkawkę po ostatnich Johnach Wickach, a ponieważ zakończenie mocno sugeruje powstanie kontynuacji, zostaje mieć nadzieję, że scenarzysta nie popełni kolejny raz tego samego błędu. Nie chciałbym, aby Nikt podzielił los Johna Wicka. Powiem szczerze, że czekam na sequel. Natomiast czwarta część przygód Baba Jagi nie interesuje mnie zupełnie. Niech to będzie jakieś świadectwo.

Błażej Tomaszewski

Lubi rzeczy oraz pisanie. Dlatego pisze o rzeczach.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze