Nie lubię Pierścieni Władzy, więc jestem… rasistą?

Serial Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy jest najbardziej ambitnym projektem telewizyjnym od wieków. Jednak w życiu tak już bywa, że nie wystarczy mówić „będę największa gwiazdą”, by zostać Normą Desmond.  Trzeba w to jeszcze włożyć ogromną ilość pracy! No i to temu „Władcy…” już się nie udało. A może po prostu jestem rasistą?

Od razu przyznam, że nie jestem też zbyt wielkim fanem RuPaul’s Drag Race, więc ewidentnie muszę być nietolerancyjny. Poza tym nie jestem zwolennikiem New Amsterdam, więc muszę być antyszczepionkowcem. Można tak wymieniać jeszcze bardzo, ale to bardzo długo. Pytanie brzmi – kiedy przestaniemy patrzeć na świat w tak skrajnych barwach?

Władca Pierścieni: Pierścienie władzy mógł zostać moim ukochanym serialem przede wszystkim dlatego, że mam w głębokim poważaniu materiał źródłowy. Fani narzekają na to, że wszystko jest takie fanfikowe. Dla mnie to bez znaczenia, więc mogłoby być po prostu dobre. Niestety, nie jest.

Zobacz również: Zobacz również: Wielka wojna o Pierścienie Władzy – o toksyczności Hollywoodu i fandomów

Gdyby Pierścienie władzy były grą komputerową, to można by je było określić jako rpg na silniku Gry o Tron. Dlaczego? Ponieważ tak gry-o-tronowego serialu nie widziałem jeszcze nigdy. Drugie porównanie, jakie przychodzi mi do głowy w kontekście tego, jak poszatkowana i bez sensu jest akcja, to Sylwester w Nowym Jorku. No, ale jednak głęboko wierzę, że twórcy chcieli udawać to pierwsze. Nigdzie bowiem nie widziałem Sarah Jessici Parker, nawet w roli orka.

No i co do samej fabuły – mógłbym wybaczyć to, że fan service dzieje się dosłownie już w pierwszych sekundach serialu, a twórcy, zdaje się, mówią „Gówno mnie obchodzi, że nie mamy praw do fabuły Władcy Pierścieni, będziemy na tyle blisko, na ile tylko możemy. Dawaj mi tu tego bydlaka!” Mógłbym wybaczyć to, że delikatna dama z oryginału nagle okazała się w młodości wojowniczą księżniczką, która jest o krok od szarżowania  i wykrzykiwania „AJAJAJAJAJAAAA” niczym Xena w latach 90.

Zobacz również: Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy – recenzja dwóch pierwszych odcinków

Ale nie wybaczę tego, jak bardzo jest to wszystko nijakie, nudne i ewidentnie mające na celu być jakimś slow burnem, ale tak do końca nie wiedzącym, czym właściwie chce być. Nowe postacie nie sprawiły, że zainteresowałem się ich losami – po prostu tam są, a my odwiedzamy ich w kompletnie randomowych momentach życia. Stare postacie znane z książek również po prostu… są? Włóczą się po ekranie bez cienia motywacji. No dobra, Xena ma motywację, ale jej tło jest napisane tak niezgrabnie i w pośpiechu, że gdzieś umyka mi jej rola. Po prostu jest silną bohaterką, która nie boi się walki. Czyli tak jak Xena, tyle że Xena miała charakter.

kadr z serialu pierścienie władzy
fot. kadr z serialu

Być może fabuła w końcu okaże się czymś wyjątkowym, a my doczekamy się wielu sezonów tego tytułu. Niestety jednak pierwsze odcinki są na tyle nudne, że po prostu przestało mnie obchodzić, do czego ten slow burn ma prowadzić. Jestem przekonany, że cały serial będzie takim spacerem po linie pod względem „na ile możemy się zbliżyć do Władcy bez pozwu”. Coś w stylu serialu Gotham, gdzie ostatecznie pojawia się milion Jokerów i jeden Batman, ale nikt nigdy nie zostaje nazwany po imieniu. Dlaczego? No bo nie mieli do tych nazw praw autorskich [sic!!!].

Zobacz również: Ród Smoka, odc. 1 – recenzja. Umarł król, niech żyje król?

Czy obwiniam twórców? I tak, i nie. Serial ma przede wszystkim na siebie zarobić, a o wiele łatwiej zrobi to nawiązując ile tylko się da do materiału źródłowego i inspirując się innymi serialami, które dały radę zagościć na antenie telewizyjnej przez bardzo długo. Jednak jest mi żal, że nie zdecydowano się wyjść poza tę strefę komfortu.

Serial bazuje na kultowej powieści fantasy, którą każdy zna w mniejszym lub większym stopniu. Na powieści. Na książce. Książki mają narratora! A zamiast zaskoczyć formą, przykładowo wprowadzając takiego narratora, któremu niebezpiecznie blisko do Mistrza Gry, albo decydując się na inne eksperymenty, dostajemy serial, który mógłby się dziać zarówno w Śródziemiu, Feaerunie czy gdziekolwiek. No spójrzcie, kochani, na te sceny z pierwszego odcinka rozgrywające się w karczmie! Czy tylko ja mam wrażenie, że równie dobrze mogłyby się rozgrywać w Outlanderze? A jak książkowego Outlandera kocham, tak no nie rozgrywa się od we Śródziemiu. Nic w tych ujęciach nie było unikalne ani interesujące. Było typowo. A za tyle milionów, ile poszło na ten serial, „typowo” to nie jest określenie, jakie powinno paść.

Zobacz również: Ród Smoka | odcinek 3 – recenzja. Gra o Tron czy Korona Królów?

Podsumowując, zapewne będę przyglądał się temu, dokąd to wszystko zmierza. Jednak bardzo wątpię, bym kiedykolwiek jeszcze starał się odpalić ten serial. Wolę nadrobić serialowy Outlander, bo w przeciwieństwie do książek, serial gdzieś po drodze mnie znudził. A jak już mam się nudzić, to wolę z postaciami, które znam i lubię, a nie jakimiś dziwnymi nowicjuszami, którzy ledwo wbili drugi poziom doświadczenia.

Damian Łukowiak

Najchętniej zamieszkałby w Stars Hollow, ale za bardzo boi się, że emo dziewczyna władająca czasem poświęci miasto dla swojej miłości. No i małe miejscowości często są narażone na atak psychopatów. Lewak, pisarz, aspirujący reżyser, a do tego podcaster, youtuber i Bóg jeden wie co jeszcze .

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze