Riverside – ID.Entity – recenzja płyty

„Kim jesteśmy”? Może nie „Skąd przyszliśmy?”, ale na pewno „Dokąd zmierzamy?”. Te pytania wydają się może wyświechtane, ale polski zespół Riverside potraktował je jako punkt wyjścia do rozważań bardzo poważnych i głębokich. Pochylił się nad współczesnymi społecznymi problemami, zatrzymał nad postępującą cyfryzacją rzeczywistości i skoncentrował nad zagadnieniem międzyludzkich relacji – z jednej strony tak dla nas ważnych, z drugiej jednak często zaniedbywanych w codziennym biegu. Zadał sobie pytanie o tożsamość współczesnego człowieka; o to, z czym się mierzy i co go kształtuje.

Rozważania te doprowadziły do stworzenia przez Riverside albumu ID.Entity – płyty koncepcyjnej, której nadrzędnym celem jest odnalezienie osobowości człowieka w zagmatwaniu codziennego świata. Jest to wydawnictwo pod wieloma względami wyjątkowe, w pewnych kwestiach wręcz przełomowe w całej dyskografii zespołu. I choć słowa te brzmią patetycznie, to wydaje się, że płyta ID.Entity właśnie na takie zasługuje. Jest górnolotna zarówno w swoich założeniach, jak i wykonaniu. Opowiedzmy więc o niej właściwie.

Zobacz również: OBRASQi – szepty ciszy – recenzja płyty

Ostatnim krążkiem Riverside było wydane w 2018 roku Wasteland – płyta przesiąknięta melancholią i zadumą z powodu tragicznego odejścia gitarzysty zespołu, Piotra Grudzińskiego. Stanowiła niejako apogeum i godne uhonorowanie drugiej dekady muzycznej działalności grupy – czasu klimatów spokojnych, wyciszonych, właśnie melancholijnych. Tym większym zaskoczeniem nie tylko dla fanów, ale i wszystkich innych odbiorców jest premiera albumu ID.Entity – wydawnictwa diametralnie różniącego się od brzmień, w których zespół obracał się przez ostatnie lata.

ID.Entity jest płytą energetyczną, barwną, dynamiczną. Wciąż jest tu miejsce na refleksje nad sobą i światem, jednak teraz prezentują się one w całkiem innej muzycznej formie. Jest dobitnie, jest dosadnie, jest ekspresyjnie. Muzycy wydają się maksymalnie pewni siebie w tym, co robią i co chcą przekazać. Sam Mariusz Duda w wywiadach poprzedzających premierę albumu podkreślał, że najnowszy materiał uważa za najmocniejszy w swojej dotychczasowej karierze. To w tych utworach słychać i czuć.

Zmiana ta interpretowana jest jako ostateczne zakończenie trwającego już ponad sześć lat okresu żałoby po Grudzińskim. Choć rana zadana taką stratą nigdy zapewne się nie zagoi, to wydaje się, że Riverside nauczyło się żyć z tym bólem i finalnie mocno stanęło na wyprostowanych jak nigdy, wzmocnionych doświadczeniem nogach. Zamiast Grudzińskiego na płycie po raz pierwszy słyszymy Macieja Mellera, od 2020 roku oficjalnego członka zespołu. Śmiało można powiedzieć, że nie tylko godnie zastępuje on poprzednika, ale i daje wiele od siebie, wzbogacając kompozycje swoimi umiejętnościami.

Poszczególne utwory wydają się zróżnicowane, choć nie można odmówić im stylistycznej i oczywiście tematycznej spójności. Najbardziej na tej siedmiopunktowej liście wyróżnia się jednak kompozycja numer jeden, zatytułowana Friend or Foe?. Warto dodać, że była ona ostatnim z trzech singli zapowiadających premierę albumu. To ona też najmocniej wstrząsnęła wyczekującą publiką i zapoczątkowała dyskusje na temat nowego rozdziału w historii Riverside.

Zobacz również: Jestem u siebie – wywiad z Agnieszką Musiał. Po prostu rzeźbiliśmy dźwięki

Dlaczego tak się stało? Bo Friend or Foe? to utwór najmniej pasujący do dotychczasowej działalności zespołu. Na pierwszy „rzut ucha” przywodzi na myśl skojarzenia z a-ha. Na drugi – z Ultravox i ewentualnie Alphaville. I rzeczywiście, stylistycznie kompozycja zbliżona jest do synth-popowych brzmień z głębokich lat 80. Cukierkowa melodia, słodko delikatny wokal i bezpieczne, zachowawcze granie to elementy, które zaskakująco doskonale charakteryzują ten kawałek. Jest dynamicznie, jest tanecznie; myślę, że numer jeden płyty ma ogromny potencjał na koncertowy przebój.

Kolejne pozycje także są energetyczne, żywe, ekspresyjne, jednak nie aż tak, jak niespodziewany Friend or Foe?. W porównaniu z nim miejsce drugie wypada nieco bladziej, choć wciąż brzmi interesująco. Mocny gitarowy riff i rytmiczna perkusja stanowią świetne tło dla wokalu sprawiającego wrażenie, jakby stojący obok Duda śpiewał prosto do ucha słuchacza.

Plusy

  • Głębokie, prospołeczne przesłanie
  • Energetyczność płyty
  • Zaskakująca zmiana klimatu brzmień

Ocena

8.5 / 10

Minusy

  • Szkoda, że nie ma tu więcej kawałków takich jak "Friend or Foe?"

Strony: 1 2

Karolina Lewandowska

Pasjonatka tylu rzeczy, że nie ma czasu zająć się wszystkimi. Odkąd pamięta kocha starego, dobrego rocka i niekoniecznie stare, ale równie dobre książki z najróżniejszych gatunków. Marzy o napisaniu własnej książki i podróży wzdłuż i wszerz USA. W rzadkich wolnych chwilach uczy się robić ładne zdjęcia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze