Rozgwiazda to początek Trylogii Ryfterów od Petera Wattsa, a zarazem pierwsza pozycja w nowej serii wydawniczej Vespera – Wymiarach. Czy udało jej się zachęcić do sięgnięcia po kolejne części?
Akcja powieści Rozgwiazda dzieje się na Grzbiecie Juan de Fuca, fragmencie systemu grzbietów śródoceanicznych położonym w północno-wschodniej części Oceanu Spokojnego. Potężna korporacja wybudowała tam sieć podwodnych baz w celu pozyskiwania energii geotermalnej. Obiekty obsługiwane są przez specjalnie zmodyfikowane załogi: ludzi poddanych zabiegom przystosowującym ich do przebywania głęboko pod powierzchnią oceanu. Ryfterzy – bo tak zwykło się ich określać – mają niespotykaną umiejętność oddychania pod wodą. Szkopuł w tym, że jedynymi osobami, które mogą pracować w takich warunkach, są cierpiący na poważne zaburzenia psychiczne, a także wykolejeńcy, przestępcy seksualni czy narkomani… A na dnie oceanu czai się niebezpieczeństwo, które może zagrozić całej ludzkości. Czy balansująca na granicy człowieczeństwa grupa ryfterów z jednej z podwodnych baz, Beebe, zdoła stawić mu czoło?
Zobacz również: Trupia Otucha – recenzja książki
Pozwolę sobie posłużyć się oficjalnym opisem fabuły od wydawcy, jako że gdybym sama miała jakiś skonstruować, nie wiem, czy dałabym radę. Pod tym względem Rozgwiazda mnie niestety rozczarowała – przez bardzo długi czas książka jest tak trochę o niczym. Czytelnik siedzi sobie z tymi ryfterami pod wodą, poznaje ich… i tak przez prawie czterysta stron. Na początku nie miałam pojęcia, do czego ta historia w ogóle zmierza. I przez cały jej środek wciąż się tego nie dowiedziałam. Dopiero trochę ponad trzydzieści kartek przed końcem wreszcie mnie uświadomiono. Cała reszta książki to właściwie bardziej podwodna obyczajówka ze zgrają dziwaków w roli głównej niż hard science-fiction, które obiecywał autor. Nie mogę powiedzieć, żebym się wynudziła, ale liczyłam na więcej akcji albo… sama nie wiem, czegokolwiek dynamicznego.
Na szczęście dostałam jednak drobną nagrodę pocieszenia. Kiedy już nareszcie wyjaśniono mi, do czego ten tom pije, okazało się, iż mamy sporą szansę na apokalipsę w kolejnych częściach – a tak się składa, że literatura apokaliptyczna to jeden z moich ulubionych rodzajów książek. Mam nadzieję, iż ten wątek ładnie się później rozwinie. Mimo że zakończenie to cliffhanger, pozostawiający frustrujący niedosyt po tak długim okresie pseudo-obyczajówki zamiast faktycznej fabuły, to dałam się nań złapać. Jeśli cokolwiek zachęciło mnie do sięgnięcia po drugi tom tej trylogii, to właśnie ta krótka zajawka armagedonu.
Zobacz również: Widma nad Innsmouth – recenzja książki. Nowość od Vespera inspirowana Lovecraftem
Całkiem ciekawy okazał się także świat przedstawiony. Co prawda siedzimy głównie na dnie oceanu, więc nie ukazano nam go jeszcze w pełnej krasie, ale nawet tam jest sporo interesujących elementów. Gigantyczne, ale bardzo kruche ryby; podwodne generatory energii, maszyneria do poruszania się po dnie, mechanizmy wmontowane w klatkę piersiową ryfterow, by mogli oddychać bez butli tlenowych… Można tu trafić na wiele ciekawych pomysłów, które, w połączeniu, skutkują fajnym, z deka przytłaczającym klimatem. Niektórym z nich przydałoby się wprawdzie przynajmniej krótkie wyjaśnienie, aczkolwiek na to już mogę przymknąć oko. Przed nami wciąż jeszcze dwa tomy, tam autor pewnie trochę to wszystko jeszcze rozwinie.
Tutaj jednak czas zakończyć chwalenie i napiętnować to, co najbardziej mnie w tej książce zdenerwowało. Bohaterów. A właściwie to głównie jednego z nich – Gerry’ego Fischera. Jak wspomniano w opisie Rozgwiazdy, wszyscy ryfterzy mają jakieś zaburzenia. W przypadku Fischera jest to pedofilia. I tak, ze zwyrodnialca wciąż da się uczynić ciekawą postać, co udowadnia chociażby Pachnidło – tam główny bohater jest tak skrzywiony, że aż fascynujący. Ale Peter Watts postanowił, że nie ma ochoty tego robić. Zamiast tego wykreował Gerry’ego na nieumiejącego się bronić fajtłapę. Ofiarę losu, dręczoną przez innego załoganta za swoje przeszłe przewinienia, mimo że od przybycia na Beebe niczego złego nikomu nie zrobił. Przedstawia go tak, jakby czytelnik miał mu współczuć. Czaicie to? Współczuć pedofilowi, który na dodatek zaraz po pojawieniu się na statku zabujał się w… ofierze pedofilii. Brak mi słów, żeby opisać, jak bardzo mnie on brzydzi. Nawet teraz, pisząc o nim, zaczyna mi się robić niedobrze.
Zobacz również: Wespertyna – recenzja książki. Bojowe zakonnice
Gerry jednakże szybko zszedł na drugi plan (i bardzo, cholera, dobrze. Jak dla mnie mógłby nawet przestać istnieć. Ohyda), podobnie zresztą jak kilkoro innych ryfterów. Od samego początku aż do końca towarzyszy nam za to nasza główna bohaterka, Lenie Clarke. Lenie to dość specyficzna persona – jest bardzo oziębła i zdystansowana ze względu na swoje przeszłe doświadczenia, przez co trudno się z nią utożsamić. Clarke przyjemnie się śledzi, ale osobiście nie bardzo umiałam z nią sympatyzować. Dużo bliżej było mi do Brandera, jej kolegi po fachu. Trochę impulsywny z niego gość, ale przynajmniej czuć w nim dzięki temu ten „ludzki” pierwiastek. Lenie z kolei wydaje się już całkiem zatopiona w podwodnym świecie. Z tych członków załogi, którym nie odbija szajba ani nie giną, najbliżej jej (no, może poza Lubinem) do oceanicznego stworzenia. Trochę niczym brakujące ogniwo – jeszcze nie człowiek, ale też już nie ryba.
Mówiąc o nowym, odświeżonym wydaniu Rozgwiazdy, trudno nie wspomnieć o oprawie graficznej, jaką zafundował jej Vesper. Okładka (którą możecie zobaczyć na końcu wpisu) jest wprost prześliczna. Klimatyczne połączenie błękitów i czerni to zaledwie przedsmak tego, co widać, gdy przyjrzy się jej dokładniej. Szczegółowe zobrazowanie stacji Beebe, morska bestia sunąca tuż nad kamienistym dnem, skryci na drugim planie ryfterzy o strojach upodabniających ich do postaci z horroru… Krótko mówiąc, zdecydowanie jest na co popatrzeć. Maciej Garbacz, który odpowiada za tę ilustrację, naprawdę się postarał. Chapeau bas.
Zobacz również: Słuchacz – przedpremierowa recenzja książki. Przekręt kryzysowej Ameryki
Podsumowując, Rozgwiazda to książka z licznymi wzlotami i upadkami, okraszona fantastyczną oprawą graficzną. Historia wciąga, choć przez większość czasu na próżno szukać w niej większego celu; bohaterowie wypadli średnio, ale za to pomysł na świat przedstawiony zadziałał na znaczny plus. Trudno mi przez to wszystko ocenić tę powieść. Z jednej strony trochę mnie zawiodła, z drugiej jednak spędzone z nią godziny uważam za, mimo wszystko, całkiem przyjemne. Umówmy się więc, iż dam jej sześć i pół na zachętę – i oby kolejne dwa tomy wynagrodziły mi ten drobny kredyt zaufania.

Autor: Peter Watts
Tłumaczenie: Dominika Rycerz-Jakubiec
Okładka: Maciej Garbacz
Wydawca: Vesper
Premiera: 12 czerwca 2023 r.
Oprawa: twarda
Stron: 484
Cena detaliczna: 64,90 zł

Powyższa recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper
Grafika główna: materiały promocyjne – kolaż

