Blind Guardian – The God Machine Tour 2023 – relacja z koncertu w warszawskiej Progresji

Chociaż Blind Guardian w Polsce to dość częsty bywalec, to ze wstydem przyznaję, że wtorkowy występ w warszawskiej Progresji był dopiero moim pierwszym koncertem tej niemieckiej, power metalowej kapeli. Czy warto było tyle czekać?

Zanim na scenie pojawiła się główna atrakcja wieczoru – Blind Guardian – zadanie rozgrzania publiczności przypadło izraelskiej kapeli Scardust. Cholera, ależ to jest dobry zespół! Z supportami bywa różnie – czasami fajnie uzupełniają się z gwiazdą wieczoru (jak tutaj), czasami… Niekoniecznie (jak w tym wypadku). Najczęściej jednak po zakończeniu występu, kończy się również styczność i obcowanie koncertowicza z danym supportem – prawdopodobnie na zawsze. No więc ogłaszam wszem i wobec, że Scardust, jako pierwszy support w historii, zostanie ze mną na dłużej. Powiem nawet więcej, choć może to dla co poniektórych zabrzmieć jak bluźnierstwo  – moim zdaniem zrobili oni znacznie lepsze show niż Blind Guardian. Zważywszy na sceniczną prezentację Hansi Kürscha, który wygląda jak sprzedawca w elektromarkecie dorabiający po godzinach jako wokalista metalowego zespołu, może to w sumie nie dziwić, ale o głównej gwieździe tego wieczoru za chwilę.

Zobacz również: Avatar – Dance Devil Dance Tour – relacja z koncertu w Warszawie

Niezwykle charyzmatyczna i urodziwa frontmenka o szerokim wachlarzu głosu – Noa Gruman – zapewniła kawał dobrego widowiska, nie tylko zachwycając swoim śpiewem, ale również i ruchami scenicznymi. Wspomagana przez swego gitarzystę, Gala Gabriela Israela (jakby ktoś miał wątpliwości, że to wyznawcy Jahwe) oraz basistę, Orr Didiego (nad wyraz ekspresyjny gościu), angażowali raz po raz widownię do oddania się metalowemu szaleństwu. Po zagraniu kilku swoich szlagierów z płyt Strangers oraz Sand of Time, a także jednego, nowego utworu, Scardust z pewnością mogli schodzić ze sceny dumni ze swojego występu. Ogromna niespodzianka!

Po półgodzinnej przerwie (pierwszy raz śpiewałem na koncercie metalowym The Lion Sleeps Tonight), podczas której techniczni przygotowali scenę, w końcu pojawili się oni – Blind Guardian we własnej osobie. Niemiecki zespół rozpoczął od jednego ze swoich największych hitów, Imagination from the Other Side, który zdecydowanie rozpalił już nieco zmęczoną wyczekiwaniem publikę. Po zakończonym kawałku, Hansi Kürsch przywitał zgromadzonych fanów. I chociaż jak już wspomniałem, gość na tle innych frontmenów metalowych kapel wypada niezwykle blado i zdecydowanie daleko mu od robienia show, tak charyzmy i uroku osobistego odmówić mu nie można. Wokalista ma gadane i wielokrotnie udawało mu się w bardzo prosty sposób rozśmieszyć zebraną w Progresji rzeszę fanów, żartując to z nich, to z samego siebie, czy w końcu swojego gitarzysty, Marcusa Siepena, porównując go z wyglądu do Geralta z Rivii.

Zobacz również: Depeche Mode – Memento Mori World Tour – relacja z koncertu

Następnie czekał nas wykon utworu z nowej płyty – Blood of the Elves. Bardzo szybki i agresywny kawałek, a jednak wciąż z bardzo charakterystycznym dla kapeli stylem. Później ukochane przez fanów klasyki – Nightfall i The Script for My Requiem. W przeciwieństwie do większości innych, kultowych zespołów, Blind Guardian nie gra wyłącznie starych przebojów i zgodnie z nazwą trasy, rzeczywiście prezentuje na swoich koncertach kawałki z ich najnowszej płyty, The God Machine. Oprócz Krwi Elfów, niemieccy metalowcy zaserwowali fanom wykon na żywo Violent Shadow, a w późniejszej części koncertu również Deliver Us From Evil. Szczególnie ten drugi kawałek przypadł mi do gustu, ze swoją dźwięczną linią melodyczną oraz tekstem. Przyznaję, że przespałem premierę The God Machine (wrzesień 2022), lecz po wtorkowym koncercie, zapoznanie się z tą płytą jest na mojej liście priorytetów.

Kolejne trzy piosenki to kwintesencja Blind Guardian i jedne z ich najważniejszych utworów – Time Stands StillSkalds and Shadows oraz Born in a Mourning Hall. Właśnie podczas wykonu tych piosenek, naszła mnie wstrząsająca myśl – fani Blind Guardian to najgrzeczniejsi i najspokojniejsi metalowcy jakich widziałem w życiu. Pogo? W życiu. Ścisk i zgonowanie? Błagam! Napieranie do przodu, na barierki, gniotąc narządy wewnętrzne stojących najbliżej sceny? Zapomnij. Cholera, nawet gestu rogów było ze świecą szukać wśród uniesionych rąk. To był zdecydowanie najgrzeczniejszy koncert na jakim byłem w życiu – stałem sobie przy scenie, na luzie, bez żadnych niedogodności. Wystarczy, że zespół zamiast o Szatanie, śpiewa o elfach, smokach i Tolkienie i voila – całkowicie inna kulturka!

Zobacz również: Taco Hemingway – 1-800-OŚWIECENIE – recenzja płyty

A jeśli kimś targały jeszcze wątpliwości, że słuchacze Guardiansów to nerdy lubujące się w tematach fantasy, dostał tego potwierdzone wraz z następną piosenką. Gdy na scenę wniesione zostały dwa krzesełka, a gitarzyści zmienili swoje elektryki na klasyki, wszyscy zebrani usiedli na ziemi i odśpiewali wraz z Hansim The Bard’s Song. Wiecie, jakby rzeczywiście wszyscy siedzieli w lesie, przy ognisku i śpiewali balladę barda. Pomijając fakt, że było w opór niewygodnie, to swój klimat jednak miało, przyznaję.

Przed zejściem ze sceny, Hansi i spółka wykonali jeszcze dwie piosenki. Pierwszy kawałek z ich debiutanckiego krążka Battalions of Fear – owiany kultem Majesty. Przyznaję, że utwór ten słyszałem po raz pierwszy. Znacznie różni się od tego, co Guardiansi wypuszczali w późniejszym okresie swojej kariery – widać tu więcej trashu i speedu. Drugi natomiast to Traveler in Time, inspirowany Diuną Franka Herberta. Chociaż na scenie pojawił się buchający ogień, ciężko tu mówić o show, ale wydaje mi się, że ani Blind Guardian, ani tym bardziej jego fani tego nie potrzebują. Wiecie, ja wychowałem się na Ozzym – dla mnie taki koncert to musi być przeżycie, jak to było w przypadku Mercyful Fate, Avatara czy wspomnianego Księcia Ciemności. Guardiansom chyba wystarczy to, co robią – i bardzo dobrze, bo mimo zbliżającej się 60-tki, grają i śpiewają jak z nut.

Zobacz również: Rammstein – Zeit – recenzja płyty

Kapela szybko wróciła na scenę z kolejnymi hitami. Po Sacred Worlds (ależ żałuję, że nie zagrali Curse My Name z tej samej płyty!), rozbrzmiało wspaniałe Lord of the Rings. Później cała sala odśpiewała wspólnie Valhallę, a wisienką na torcie, kończącą koncert był mój osobisty faworyt, po którym zresztą zakochałem się w Blind Guardian – Mirror Mirror. Jak dobrze było usłyszeć ten utwór na żywo!

Choć chłopaki nie byli na tyle mili, aby zejść ze sceny i podpisać mi płytę, którą dzielnie trzymałem przez cały koncert (może jakoś im to wybaczę, jeśli na ich następnej wizycie w Polsce usłyszę Curse My Name), to muszę przyznać, że bawiłem się wyśmienicie. Może nie było to największe show w historii (skoro  Scardust zrobiło lepsze…), ale bijąca od Kurschera sympatia, a także talent tych świetnych muzyków, zaangażowania i bijąca z ich serc pasja to wynagrodziły. Świetny występ świetnego zespołu!

Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze