Wyprawa do Hollow Earth, faszerowanie Godzilli bombą atomową i gonitwy z tytanami po Alasce – to ledwie kilka z atrakcji, które zapewnia nam Monarch: Legacy of Monsters. Legendary w końcu zrozumiało, jak należy rozwijać uniwersum potworów.
Monarch: Legacy of Monsters to nowa odsłona monsterverse przygotowana we współpracy Warner Bros Discovery oraz Apple. Przedstawiona tym razem na małym ekranie historia uzupełnia lukę czasową pomiędzy Godzillą Garetha Edwardsa z 2014 roku oraz Godzilla vs Kong Adama Wingarda z 2021 roku.
Zobacz również: Pszczelarz – recenzja filmu. To bee, or not to bee?

Już sama struktura fabularna stwarza wrażenie ryzykownego przedsięwzięcia. Dostajemy bowiem dwie przeplatające się linie czasowe, które momentami rozwidlają się na niezależne wątki konkretnych bohaterów. W takim przypadku niewiele potrzeba, by niepotrzebnie zagmatwać narrację i szybko stracić uwagę widza. Całe szczęście scenarzyści byli tego świadomi podczas pisania scenariusza. Obie historie są stosunkowo proste, a czytelnie zarysowani bohaterowie zapadają w pamięć.
Pierwsza linia czasowa osadzona jest w przeszłości, mniej więcej w okresie zimnej wojny. Wtedy to właśnie obserwujemy kulisy powstania organizacji Monarch. Dwoje badaczy udaje się do miejsca, w którym zarejestrowano radiograficzną anomalię. Tutaj spotykamy też po raz pierwszy porucznika Lelanda Lafayette’a Shaw (Wyatt Russell), który ma zapewnić naukowcom ochronę. Każdy z trojga bohaterów ma swój indywidualny interes w odbywanej misji, co nadaje interesującej dynamiki w ich relacji. Dodatkowo, dla wyraźnego odróżnienia historii przeszłej od współczesnej, twórcy zastosowali filtr kolorystyczny inspirowany ciepłą paletą barw z filmu Kong: Wyspa Czaszki (2017) Jordana Vogt-Robertsa.
Zobacz również: Pierwszy gol – recenzja filmu. Hakuna Matata
Z kolei druga linia czasowa rozgrywa się w teraźniejszości, kontynuując historię bezpośrednio po wydarzeniach z pierwszej Godzilli z 2014 roku. Cate Randa (Anna Sawai) udaje się do Tokio w poszukiwaniu zaginionego ojca Hiroshiego Randy (Takehiro Hira). Na miejscu poznaje Kentaro oraz jego matkę – drugą żonę Hiroshiego. Dotychczas tajemnicza przeszłość ojca staje się jeszcze bardziej zagmatwana. Cate i Kentaro decydują się jednak na wspólne odkrywanie jego sekretów, które ostatecznie mogą doprowadzić do niego samego. Choć zarys fabuły wydaje się intrygujący, to jest niestety ta nudniejsza część. Relacje tych dwojga są napisane powierzchownie, a jedynej dynamiki nadaje dołączona z doskoku koleżanka-hakerka Kentaro – Kirsey (May Olowe-Hewitt). Nawet scenarzyści zauważyli ostatecznie potencjał w jej wątku, bo mniej więcej od połowy staje się on równoważny z poszukiwaniami Hiroshiego. Dodatkowo w pewnym momencie zamiast Monarch skupiamy się na drugiej korporacji, z którą jedynie Kirsey ma jakiekolwiek powiązanie.

W miarę rozwoju akcji bohaterowie odkrywają, że potwory, które wydają się być tylko skrajnymi przejawami natury, kryją w sobie znacznie więcej tajemnic. Poznajemy historię odkrycia Hollow Earth oraz sieci tuneli łączących świat potworów z Ziemią. Z kolei Monarch, z początku kreowany na kolejną nikczemną organizację, okazuje się poświęcać gigantyczne sumy pieniędzy na badania celem poznania i zrozumienia egzystencji tytanów. Fabuła całości znacznie zyskuje na rozwoju, odkąd bohaterowie zaczynają z nimi współpracować. Szkoda, że ten zwrot następuje dopiero w końcowych odcinkach.
Zobacz również: Piep*zyć Mickiewicza – recenzja filmu. Oda do młodości i żenady
To, dzięki czemu serial zyskuje najbardziej, to widowiskowość spotkań z tytanami. Od pierwszego wyłonienia się Godzilli z wody, każde kolejne starcie konsekwentnie podbija stawkę. W dodatku każdy pojedynczy projekt potwora jest wykonany majestatycznie i przerażająco. Moim faworytem został podobny do dzika mieszkaniec Hollow Earth. Choć widzimy go przez krótki moment, to jego projekt jest wystarczająco niepokojący i charakterystyczny, żeby zapaść w pamięć. Zresztą wszystkie pozostałe również dostarczają odpowiedniej dawki emocji. Chciałoby się powiedzieć, że mogłoby ich być więcej w serialu. Aczkolwiek uważam, że ich balans został odpowiednio zachowany.

Monarch: Legacy of Monsters dosłownie i metaforycznie niesie widzów w niezbadane głębiny kina grozy. Ta telewizyjna produkcja bezsprzecznie zasługuje na miano epickiego spektaklu, który nie tylko rozwija koncept monsterverse, ale także zapewnia solidną dawkę rozrywki przez większość swojego czasu. Mimo że bardziej wymagającym widzom nie zabraknie podstaw do narzekań na tempo akcji, widowiskowe momenty z udziałem tytanów są w stanie zrekompensować większość z nich.

Lub klikając w grafikę
Źródło obrazka głównego: Apple
