Co robią z nami filmy – wywiad z reżyserem spektaklu „Wirujący seks. Polskie love story”

W warszawskim Teatrze Rampa 20 i 21 kwietnia odbyły się premiery spektaklu Wirujący seks. Polskie love story. O nawiązaniu do kultowego Dirty Dancing, męskości Patricka Swayze i o tym, co robią z nami filmy oraz czego możemy spodziewać się na scenie, rozmawialiśmy z reżyserem – Tadeuszem Kabiczem. 

Katarzyna Jarczak: Skąd pomysł na spektakl Wirujący seks. Polskie love story?

Tadeusz Kabicz: Pomysł zrodził się w głowie dyrektora – Michała Walczaka. On zaprosił mnie do współpracy. Chciał zrobić przedstawienie o tańcu, który łączy pokolenia. Myślał o międzypokoleniowym spektaklu. Kiedy usłyszałem, że miałbym coś takiego robić, to bardzo się ucieszyłem. Osobiście nie tańczę, więc pomyślałem, że będzie to fajna okazja, żeby się z tym zmierzyć. Dodatkowo nie znałem wcześniej tego filmu.

Zobacz również: Barabuum – recenzja spektaklu. Cóż to było za widowisko!

KJ: Naprawdę?

TK: Był gdzieś zawsze z tyłu. Jako nastolatek pamiętam finałową scenę, ale całej produkcji nie znałem. Potraktowałem ten film warsztatowo, obejrzałem go i się zdziwiłem, co się tam dzieje. Wchodzi sprawa aborcji oraz inne trudne tematy. Chcieliśmy znaleźć jak najwięcej odnośników w filmie, aby spektakl był dla osób takich jak ja – które nic wcześniej o nim nie wiedziały i żeby każdy mógł w nim coś dla siebie znaleźć. Dla wiernych fanów również jest dużo smaczków i odniesień.

KJ: Czy miałeś już wcześniej doświadczenia ze spektaklami musicalowymi? A może ten był pierwszy?

TK: Już parę musicali robiłem. Ostatnio Deszczową piosenkę w Poznaniu, czyli bardziej klasycznie. Natomiast jest to pierwszy spektakl oryginalny, do którego napisałem scenariusz, i musiałem go wyreżyserować. Muzyka powstała zupełnie od zera. Była pisana do tekstów. Oczywiście mamy też piosenkę z filmu – Time of my life.

Zobacz również: Wypiór – recenzja spektaklu. Nie taki straszny jak go malują

Materiały prasowe Teatr Rampa
Materiały prasowe Teatr Rampa

KJ: Jak pracowało się na materiale takim jak Dirty Dancing? To legendarny film i jest ryzyko, że publiczność przyjdzie do teatru, oczekując wiernej adaptacji, a jednak jej nie dostanie.

TK: Tego się najbardziej baliśmy i ciągle boimy. To też pewien rodzaj haczyka. Gramy na tym skojarzeniu. Mamy podtytuł „Polskie love story”, czyli coś, co przenosimy na nasz rodzimy grunt. To jest polska historia, polska interpretacja po latach. To współczesna historia, która jest inspirowana filmem i tym, co ta produkcja robi. Mam na myśli pierwsze tańce ślubne z choreografią z Dirty Dancing, które są hitem. I oczywiście podnoszenie, które pary próbują wykonać. Myślę, że część publiczności przyjdzie, myśląc, że idzie na Dirty Dancing i się zdziwią. Jeżeli ktoś nie czyta opisów spektakli, to nie możemy za to brać odpowiedzialności. Ale staramy się tak pracować, żeby fan tego filmu też dostał coś, co będzie mu bliskie pod względem atmosfery, klimatu i żeby finalnie był zadowolony, że otrzymał coś nowego, taką reinterpretację tego mitu.

KJ: Jak udało Ci się utrzymać balans między światem tańca profesjonalnego, latino a weselem, które jest już czystym chaosem? Dodajmy, że to kontrolowany chaos.

TK: Od strony fabularnej wszystko jest jak lawina, która rusza na początku i się toczy coraz szybciej. Hasło „wirujący seks” było dla nas pomysłem i wskazówką. Wszystko ma wirować, bohaterowie tkwią w wirze. Z czasem wszyscy jesteśmy wrzuceni w ten wir. Spektakl opowiada o namiętności, pasji. Natomiast balans między chaosem a porządkiem jest bardzo trudny. I tutaj wielka zasługa choreografa oraz kompozytora, że stworzyli materiał, który jest chaotyczny, ale jest to chaos kontrolowany. Chcemy, żeby to był wir, który zasysa widza.

Zobacz również: Biznes od kuchni – recenzja spektaklu. Zastaw się a postaw się już się nie opłaca

Kadr z filmu Dirty Dancing
Kadr z filmu Dirty Dancing

KJ: Może kilka słów na temat Patricka Swayze? Instruktor tańca kojarzy się Mani z bożyszczem kobiecych serc przełomu lat 80. i 90. Powiesz kilka słów na temat tej postaci?

TK: Mamy bohatera Patryka, który jest łącznikiem. Taka świadoma zabawa. Bohaterce się coś wydaje, a my patrzymy na to wszystko z przymrużeniem oka. Kostiumy Patryka są jeden do jeden jak z Dirty Dancing. W scenie finałowej, nie spoilerując za bardzo, pojawia się mocny akcent wizualny z najsłynniejszej sceny filmu. To trochę spektakl o tym, co z nami robią filmy, a zwłaszcza komedie romantyczne. Chcemy się czuć jak w filmie i chcemy spotkać naszego Patricka Swayze. Każdy też ma jakiegoś ukochanego bohatera z dzieciństwa. My stawiamy pytanie, co spotkanie z takim bohaterem może zrobić? Dla mnie Patrick Swayze nigdy nie był jakąś ważną postacią. Natomiast rzeczywiście, gdy analizowałem historię kinematografii od strony socjologicznej, to on jest symbolem tego filmu. Dirty Dancing był o tyle wyjątkowy, że w dobie brutalnych produkcji typu Robocop, Terminator i innych, które opowiadały o przemocy, powstał film, który opowiada o czułości i tańcu. Myślę, że dlatego on tak zawrócił w głowie milionom ludzi na całym świecie. Był czymś zupełnie innym. I ten Patrick Swayze, który jest ucieleśnieniem innej męskości. Nie jest brutalny, ale czuły, wrażliwy i delikatny. A podniesienie w finałowym tańcu jest symbolicznym uniesieniem kobiety i dowartościowaniem. Taki model postaci, to było wtedy coś zupełnie niezwykłego.

Fot. główna: materiały prasowe Teatr Rampa

Katarzyna Jarczak

Tiara przydzieliła ją do Slytherinu. Kocha kino skandynawskie, a w szczególności duńskie. Do tego stopnia, że postanowiła się nauczyć tego języka. Jej celem jest przeczytanie manifestu Dogme 95 w oryginale. Dzień bez obejrzenia filmu lub odcinka serialu uważa za stracony. Uwielbia festiwale filmowe. Uprawia pole dance, a od niedawna gra na perkusji. W wolnych chwilach czyta książki.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze