Idealny czas na smuteczek – recenzja książki. Trudne życie młodych ludzi

Zachodnie książki o młodych dorosłych to obecnie już złoty standard na półkach chyba każdej większej księgarni. Co jednak powiecie na podobną powieść ze Wschodu?

Dwudziestoletnia Chizu, zmęczona wiecznym pouczaniem przez matkę, przyjeżdża do Tokio. Zamieszkuje u ekscentrycznej pani Ginko, która ma ponad siedemdziesiąt lat, a w jej domu jest więcej kotów niż ludzi.

Chizu nic nie wie o starszych ludziach. Boi się, że pani Ginko może w każdej chwili umrzeć. Wkrótce przekonuje się, że podczas gdy kobieta żyje pełnią życia, jej codzienność składa się z trudnych emocji, z którymi ledwie sobie radzi. Obie zaczynają mocniej się sobie przyglądać w codzienności, zmieniającej się wraz z porami roku.

– opis wydawcy

Idealny czas na smuteczek to opowieść o codziennym życiu młodej kobiety chcącej się uniezależnić – bez żadnych zwrotów akcji, wybuchów, dramatów czy porywającej akcji. Osoby spragnione konkretnej, jasno określonej linii fabularnej mogą się więc tutaj trochę nudzić. Powieść ta jest takimi rasowymi „okruchami życia”; Chizu chadza do pracy, dopieka swojej współlokatorce, zakochuje się, potem jednak zrywa, zakochuje się jeszcze raz, a wreszcie wyprowadza i… cóż, w sumie tyle. W teorii autorka książki chce nam tym ukazać zwyczajną codzienność młodej osoby oraz emocje jej towarzyszące, aczkolwiek czy jej to wyszło? Cóż, w moim osobistym odbiorze – tak tylko połowicznie.

Zobacz również: W czasie suszy płynie krew – recenzja książki. Apokaliptyczny kryminał

Powieść prezentuje nam około rok z życia naszej głównej bohaterki. Rzeczywiście możemy dowiedzieć się tutaj sporo na temat jej funkcjonowania w takim czysto praktycznym aspekcie, aczkolwiek jeśli chodzi o warstwę emocjonalną, zupełnie ona do mnie nie przemówiła. Chizu, robiąca tu nie tylko za postać, ale i główną narratorkę, czasem wprawdzie wspomina o pewnych trudnych uczuciach, które jej towarzyszą, aczkolwiek zupełnie one ze mną nie rezonowały. I chociaż nie mam pewności, czy są prawdziwe, wymyśliłam dwie teorie wyjaśniające, skąd takie odczucie mogło się wziąć.

Pierwsza z nich zwraca szczególną uwagę na samą charakterystykę Chizu. Dla mnie osobiście była to postać zwyczajnie odrzucająca. Złośliwa bez powodu, apatyczna, pozbawiona głębszych refleksji, a przy okazji jeszcze kleptomanka. Za jej działaniami nie ma żadnych większych motywacji – robi to, co robi, bo tak akurat postanowiła i już. Koniecznie chce mieszkać w Tokio. Dlaczego? Nie wiadomo. Musi zaoszczędzić milion jenów. Po co? Bez powodu, tak sobie. Czy ma jakiś plan na swoją przyszłość? Absolutnie żadnego. Pracuje, gdzie bądź, byleby tylko płacili, oprócz tego wszystko jej jedno. Jej nijakość pod tym względem zapewne ma być analogią do tego, iż wielu młodych po skończeniu szkoły nie wie, kim jest ani kim chce być, aczkolwiek tutaj jest to tak nasilone, że aż denerwujące – a w połączeniu z jej i tak już niezbyt przyjemnym charakterem robi się tylko gorzej.

Zobacz również: Tożsamość – recenzja książki. Kim jesteśmy?

Tak więc, myślę, że nie potrafiłam wczuć się w sytuację Chizu, ponieważ po prostu jej nie lubiłam ani jej nie kibicowałam (bo też i za bardzo nie było w czym). Drugą składową tej niezdolności do przyjęcia uczuć, jakie książka chciała mi przekazać, może być z kolei sam styl pisarski autorki. Literatura japońska na ogół bywa dość zdystansowana, aczkolwiek Idealny czas na smuteczek wydał mi się wyjątkowo surowy i chłodny nawet jak na tamtejsze standardy. Afekt jest tu właściwie tylko deklarowany, w ogóle nie czuć go w opisach. Dużo, dużo więcej dowiadujemy się tutaj o tym, jak dana rzecz czy osoba wygląda, niż jakie emocje wywołuje.

Specyficzne są także dialogi w tej powieści. Nigdy nie rozmawiałam z Japończykiem, więc nie wiem, może u nich to norma, aczkolwiek prawie wszystkie rozmowy bohaterów wydawały mi się jakieś takie… autystyczne. Tak jakby nie za bardzo słuchali siebie nawzajem. Jakby nikt nikogo tutaj nie obchodził. Tylko jedna postać – Itochan – wyłamała się nieco poza ten schemat; cała reszta wydawała się zgodna w tym dziwacznym kluczu komunikacji. Po pewnym czasie jakoś do tego przywykłam, aczkolwiek na początku było to dość… niekomfortowe.

Zobacz również: Nieśmiertelność – recenzja książki. Czasem gest ma znaczenie

Żeby jednak nie było – ma to wszystko jakiś swój dziwaczny urok. Idealny czas na smuteczek posiada zupełnie inny klimat niż standardowe zachodnie powieści. Styl pisarski Nanae Aoyamy trudno byłoby mi pomylić z jakimkolwiek innym pisarzem. Sam świat przedstawiony zresztą również ma swoją własną, unikalną atmosferę – podobnie jak postacie, choć one akurat, jak już wiecie, średnio przypadły mi do gustu. Krótko mówiąc: powieść ta to szansa na doświadczenie czegoś nowego. Przypadnie do gustu czy nie, z pewnością będzie czymś odświeżającym. A przecież warto poszerzyć sobie od czasu do czasu horyzonty, czyż nie?

A, no i jeszcze jedna sprawa, żebym nie zapomniała – segment zatytułowany Nowy początek to już nie jest część Idealnego czasu na smuteczek, tylko osobne opowiadanie. Takie drobne ostrzeżenie dla przyszłych czytelników książki. Ja o tym nie wiedziałam i nieźle mnie to zdezorientowało. Dopiero z uwag interpretacyjnych dowiedziałam się, iż należy w tamtym miejscu postawić wyraźną krechę oddzielającą dwa zupełnie niezależne utwory. Moim zdaniem dobrze byłoby to trochę wyraźniej zaznaczyć w samej oprawie graficznej książki, aczkolwiek mówi się trudno – teraz już i tak o tym wiecie, więc przynajmniej Wy powtórzycie mojego błędu.

Zobacz również: Niewiedza – recenzja książki. Koszmar powrotów

Podsumowując, Idealny czas na smuteczek to ciekawe, odświeżające doświadczenie, aczkolwiek myślę, że mimo wszystko nie chciałabym go powtarzać. Literatura japońska to dość specyficzna, surowa odmiana epiki, w której po prostu znacznie trudniej mi wczuć się w bohaterów, a tym samym też zaangażować w historię. Chizu nie wzbudziła we mnie sympatii, przez co, w połączeniu z chłodnym sposobem opisywania rzeczy w książce, nie trafiła do mnie ta emocjonalna część przekazu, która mogła być tutaj jednym z najważniejszych elementów. Niemniej jednak wciąż sądzę, iż warto sprawdzić tę pozycję samemu. W najlepszym wypadku odkryjecie perełkę, a w najgorszym – poszerzycie sobie tylko nieco swoje literackie horyzonty. Czemu nie?


Autor: Nanae Aoyama
Tłumaczenie: Barbara Słomka
Okładka: Ai Shinomiya (ilustracja), Łukasz Werpachowski (projekt)
Wydawca: Mova
Premiera: 15 maja 2024 r.
Oprawa: twarda
Stron: 192
Cena katalogowa: 44,90 zł


Powyższa recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Mova. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Mova)

Plusy

  • Klimat
  • Ciekawe nowe doświadczenie

Ocena

6 / 10

Minusy

  • Przez chłodną, surową formę trudno się wczuć na poziomie emocjonalnym
  • Mało lubialna główna bohaterka
  • Dobrze byłoby trochę wyraźniej odkreślić to drugie opowiadanie
Patrycja Grylicka

Fanka Far Cry 5 oraz książek Stephena Kinga. Zna się na wszystkim po trochu i na niczym konkretnie, ale robi, co może, żeby w końcu to zmienić i się trochę ustatkować.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze