Kolory zła: Czerwień – recenzja filmu

Przez kilka ostatnich lat mieliśmy okazję obserwować szał na ekranizacje najbardziej poczytnych polskich kryminałów. W związku z tym, nie zaskoczył nas kolejny film na podstawie jednego z lepszych debiutów książkowych – Kolory Zła: Czerwień. Do filmu podeszłam z ekscytacją, jako że akcja dzieje się w mieście, w którym aktualnie mieszkam. Jednak czy Netflix poradził sobie z tą produkcją?

Na początku filmu poznajemy Monikę Bogucką (Zofia Jastrzębska), charyzmatyczną i odważną młodą dziewczynę, która szybko wpada w oko starszemu barmanowi Waldemarowi Mili (Wojciech Zieliński). Ich relacja rozwija się bardzo szybko, po kilku wymienionych zdaniach następuje szybki seks i zatrudnienie Moniki w klubie Stocznia. Jak się okazuje, dziewczyna wplątuje się w niebezpieczne środowisko trójmiejskiej mafii, na której czele stoi nieobliczalny Kazar (Przemysław Bluszcz). Niedługo później okaleczone w nietypowy sposób zwłoki Moniki zostają wyłowione z Bałtyku. Sprawą tego tajemniczego morderstwa zajmuje się prokurator Leopold Bilski (Jakub Gierszał), który łączy je z bliźniaczą zbrodnią dokonaną kilkanaście lat wcześniej. W śledztwie pomaga mu matka Moniki, sędzina Helena Bogucka (Maja Ostaszewska). Razem trafiają na tropy, które łączą morderstwo nie tylko z mafią, ale również ze środowiskiem prawników oraz organami ścigania.

Zobacz również: Gasoline Rainbow – recenzja filmu. Strach przed dorosłością


Ekranizacja mijająca się z pierwowzorem


Film obejrzałam zaraz po przeczytaniu książki Kolory zła: Czerwień Małgorzaty Oliwii Sobczak, dlatego, mimo chęci, nie potrafiłam na film spojrzeć jak na coś odrębnego. Książka od razu przypadła mi do gustu. Autorka oddała w nasze ręce powieść do samego końca trzymającą w napięciu i dostarczającą wiele sprzecznych emocji. A Jak wypadł film, mając za fundament tak dobrą książkę? Moim zdaniem bardzo słabo. Uratowały go jedynie starania aktorów, którzy w niektórych scenach wykonali kawał dobrej roboty.

Narracja, zarówno w książce jak i filmie, prowadzona jest dwutorowo. Jednak pierwszym, co się rzuca w oczy. jest to, że o ile w przypadku książki akcja dzieje się na przestrzeni 17 lat, tak w ekranizacji jest to kilka tygodni. Scenarzyści skupili się głównie na morderstwie Moniki Boguckiej, unikając przeskakiwania między wydarzeniami, które występują w powieści. Retrospekcje ograniczone są tylko do ostatnich tygodni życia dziewczyny, a sprawa bliźniaczego morderstwa sprzed lat jest zaledwie wspomniana w kilku scenach.

Zobacz również: Jedno życie – recenzja filmu. Opowieść o prostych bohaterach

Tak wielka różnica w porównaniu pierwowzorem była pierwszym strzałem w kolano. Akcja poprowadzona została pobieżnie, a wręcz ma się wrażenie, że oprócz imion, nazwisk oraz motywu nic filmu z książką nie łączy. Pod tym względem byłam bardzo zawiedziona. Liczyłam się z tym, że film z pewnością będzie się różnił od historii przedstawionej w książce, ale aż tak wielka zmiana w fabule sprawiła, że już po kilku minutach byłam zła. Producenci tak mocno zmienili bardzo ważne dla mnie fakty, że w pewnym momencie, zirytowana, porzuciłam oglądanie na kilka godzin.

Niestety rozbieżności między książką a filmem na tym się nie kończą. W produkcji wideo zabrakło dość ważnej, moim zdaniem, osoby, która w powieści grała bardzo ważną rolę, a mianowicie: asesorki Anny Górskiej. Ponadto miałam wrażenie, że oprócz imion i nazwisk tak naprawdę bohaterów filmu nie łączy nic z tymi, których poznaliśmy w dziele M.O. Sobczak. Zostali oni spłyceni wraz z samą historią, przez co nie potrafiłam zbliżyć się do nich z taką samą intensywnością jak podczas czytania książki. Tak jak wspomniałam wcześniej, sytuację poprawiała tylko i wyłącznie gra aktorska, co stało się moim zdaniem największym atutem ekranizacji Czerwieni.

Zobacz również: Jutro będzie nasze – recenzja filmu. Okiem kobiety

Kolory zła: Czerwień
Kolory zła: Czerwień / Fot. Kadr z filmu

Podążanie za trendami zgubą filmu


Niestety Kolory zła: Czerwień pozostawia wiele do życzenia i porzuca zgodność fabularną z pierwowzorem na rzecz obecnie panujących trendów. Wiemy jednak z doświadczenia, że ślepe podążanie za modą nie zawsze pomaga, a zwykle wręcz szkodzi. Dlatego zamiast trzymającego w napięciu kryminału, dostajemy monotonię, przewidywalność i rozczarowanie. Totalną klapą była również zmiana zakończenia. Ostatni raz tak bardzo na końcową scenę przeklinałam po obejrzeniu ekranizacji Inferno Dana Browna. Dostajemy tutaj pomieszanie z poplątaniem, a brak bohaterów, którzy pełnili bardzo ważną rolę w zakończeniu sprawił, że jestem ciekawa, jak producenci wyplączą się z pewnych kwestii w przypadku ewentualnej kontynuacji.

Zobacz również: Powoli – recenzja filmu. Intymność a miłość

Myśląc o pozytywach filmu, na pierwszy plan wysuwa się wykorzystanie cytatów z książki w odpowiednich scenach oraz przepiękne trójmiejskie widoki. Niestety, nawet gdy próbowałam spojrzeć na film jako coś odrębnego, niepowiązanego z dopiero co przeczytaną książką, w dalszym ciągu oceniałam go na przeciętny.


Podsumowanie


Podsumowując… Panie Adrianie Panek, świetny materiał i potencjał był, jednak nie został on moim zdaniem w pełni wykorzystany. W tym przypadku podążanie za netflixowymi trendami okazało się zgubne i przynoszące więcej złego niż dobrego. Mam nadzieję, że w przypadku ekranizacji dalszych części serii Kolory zła trendy te zostaną zastąpione czymś nieszablonowym, a potencjał powieści wykorzystany zostanie w większym stopniu. Trzymam za to kciuki.

Fot. główna: Kadr z filmu „Kolory zła: Czerwień”

Plusy

  • Gra aktorska
  • Wykorzystanie cytatów z książki
  • Trójmiejskie widoki

Ocena

3 / 10

Minusy

  • Zbyt duża rozbieżność z pierwowzorem
  • Monotonia
  • Próba wbicia się w panujące trendy
Paulina Rudnicka-Kępa

Czyta wszędzie i w każdej wolnej chwili. Fanka fantasy, historii obyczajowych i mocnych horrorów. W przerwach pomiędzy książkami podróżuje, ogląda filmy/seriale oraz układa LEGO. W sieci znana jako _booka.gram_

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze