Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Wielka mała koza będzie świetną animacją. Tak też się stało! Dla mnie to zdecydowanie jedna z najlepszych animowanych produkcji ostatnich lat i jestem pewna, że lepszej bajki w 2026 już nie dostaniemy. Po seansie myślę tylko o jednym: JA CHCĘ JESZCZE RAZ!
Weźmy specyficzny styl animacji znany z K-popowych łowczyń demonów czy Spider-Mana Uniwersum, dodajmy do tego rywalizacje i emocje znane z legendarnego Kosmicznego meczu, a otrzymamy niesamowitą produkcję, która wbija w fotel! Taka właśnie jest Wielka mała koza. Podchodziłam do seansu z dużymi wymaganiami, a okazało się, że dostałam dużo więcej niż chciałam! Film jest niesamowity i wręcz idealny w swojej formie! Jako produkcja dla dzieci sprawdza się doskonale, a i starsi widzowie wyciągną z animacji wiele smaczków i puszczonych oczek.
Wielka mała koza przedstawia historię Willa – odważnego koziołka, który nie boi się marzyć. Od dziecka jest ogromnym fanem rykokosza. Jego idolką zaś jest Jett, czyli najlepsza zawodniczka tego szalonego sportu. Will ma swój jasno określony cel – pragnie zostać członkiem profesjonalnej drużyny i… dość szybko mu się to udaje! Początkowo spodziewałam się, że cała produkcja skupi się właśnie na drodze koziołka do zawodowej kariery. Na szczęście zostałam tu bardzo mile zaskoczona. Film oferuje nam o wiele więcej. Oczywiście mamy tutaj wątek spełniania marzeń, próby dopasowania się i udowodnienia wszystkim, że mały zwierzak również może być świetnym rykokoszykarzem. Ponadto to opowieść o budowaniu relacji, a zwłaszcza mocnej i szanującej się drużny. Pojawia się także temat przemijania.
Zobacz również: Piep*zyć Mickiewicza 3 – recenzja filmu. Młodzież przed nowym rozdziałem życia!
I niekoniecznie miałam na myśli przemijanie związane ze śmiercią (chociaż i to pojawia się w produkcji). W Wielkiej małej kozie Jett, legenda rykokosza, mierzy się z wielkimi oczekiwaniami fanów, walczy z poczuciem własnej wartości oraz musi zrozumieć, że lata mijają, a co za tym idzie w pewnym momencie następuje moment, kiedy trzeba zejść ze sceny. Dzięki temu postać Jett jest wielowymiarowa i można śmiało wysnuć wniosek, że to właśnie ona przechodzi w Wielkiej małej kozie największą przemianę wewnętrzną. Oczywiście dużą rolę odgrywa w tym Will. Jett jest również dla głównego bohatera dowodem na to jak bardzo idealizujemy swoich idoli i jak bardzo mogą się oni różnić od wizji, którą tworzymy w swoich głowach.
Cała drużyna zresztą jest świetnie zróżnicowana i tworzy barwną ekipę, w której każdy mierzy się z własnymi słabościami czy problemami. Bohaterowie muszą się nauczyć grać razem, a nie osobno i zrozumieć, że dobra drużyna jest zgrana i polega na sobie. Jednak moim ulubieńcem w tym zbiorze ciekawych osobowości zdecydowanie jest Modo – postać tak przerysowana, tak szalona i nieobliczalna, a przy tym totalnie epicka. To wariat, którego nie da się nie pokochać i który śmieszy za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie. Dodatkowo, bez zdradzania szczegółów, okaże się bohaterem, który wyciągnie drużynę z ogromnych kłopotów.
Zobacz również: Skażenie – recenzja filmu. Kosmiczny grzyb atakuje

Na uznanie na pewno zasługuje również polski dubbing, który jest świetnie dopasowany. Pojawiają się również żarty zarezerwowane specjalnie dla polskich odbiorców, co nie zawsze się sprawdza w praktyce, ale tutaj zostało dopięte na ostatni guzik. Nie wspomnę o tym, ile pojawia się powiedzeń czy związków frazeologicznych związanych z kozami. Dla fanów koszykówki prawdziwą perełką może być udział w produkcji Marcina Gortata, czyli jedynego Polaka w historii NBA, który awansował do jej finału. Sportowiec udzielił swojego głosu jednej postaci z drużyny. Żyrafa Lenny nie dość, że mówi głosem Gortata, to ciężko pozbyć się wrażenia, że wizualnie również przypomina koszykarza. I warto tu dodać, że koszykarz w dubbingu sprawdził się naprawdę świetnie!
Wielka mała koza jest filmem, który gna jak szalony. Fabuła zwalnia jedynie kilka razy, pozwalając się wzruszyć, aby po chwili znowu przyspieszyć, dzięki czemu nie pozwala na nudę. Mecze rykokosza rozgrywają na różnych boiskach, które charakteryzują się innymi przeszkodami, jak chociażby lód czy ogień. Nie pamiętam już, kiedy tak bardzo się spinałam i zaciskałam kciuki w napięciu. Poczucie humoru w produkcji utrzymuje tempo szalonej akcji. Widzowie są bombardowani gagami i żartami. Scena, w której Will z przyjaciółmi zaczyna beczeć zapisała się w mojej głowie jako totalnie kultowa i popłakałam się ze śmiechu w jej trakcie. Co tu dużo kryć – Wielka mała koza idealnie wpasowuje się w moje poczucie humoru.
Zobacz również: Moon: panda i ja – recenzja filmu. Dbajcie o pandy!

Pomijając wartości, które przekazuje film, oraz świetną warstwę humorystyczną, Wielka mała koza jest po prostu wizualną perełką. Charakterystyczny styl animacji sprawdził się tutaj rewelacyjnie, a sceny na boiskach są naprawdę spektakularne. Ponadto na produkcję patrzy się z ogromną przyjemnością (ach, te żywe kolory!) i ciężko oderwać od niej wzrok. To jest prawdziwe show, w które całkowicie się wsiąka.
Oglądając Wielką małą kozę nie mogłam wyrzucić z głowy porównań do Kosmicznego meczu. Kultowy film z Michaelem Jordanem przez długi czas był flagową produkcją związaną z koszykówką. Lubię do niego wracać i nawet po latach sprawia mi wiele radości, ale Wielka mała koza zdecydowanie go zdetronizowała. I naprawdę nie jestem w stanie wskazać chociaż jednego małego minusa tej produkcji. Jest idealna taka jaka jest. Na pewno jeszcze kilka razy skoczę na seans, zanim na dobre zniknie z kin. A potem wyczuwam rewatche, jak już wpadnie na którąś z platform streamingowych.
Fot. główna: kadr z filmu Wielka mała koza
