Nothing But Thieves nadeszli z piątym już albumem studyjnym w wielkim stylu. Stray Dogs łapie mocno i emocjonalnie, chociaż nie w pierwszej chwili.
Opening albumu Stray Dogs o tym samym tytule nadchodzi z oddali, powoli nabudowując gitary i przerywniki, by dopiero po minucie padły pierwsze wokale. Już w pierwszym utworze pojawia się napięcie, które sugeruje, że album nie jest dla generycznego słuchacza, który od razu chce chwytliwej nuty. To z tej atmosfery wyłania się wspomniane w tekście „stado bezpańskich psów”, czyli każdy, kto czuł odrzucenie i niedopasowanie.
Zobacz również: Gdzie ten wakacyjny hit? Jak muzyka rozpadła się na bańki
Przyznaję, że dojrzewałam do albumu powoli, z każdym odsłuchem wsiąkając co raz głębiej w jego brzmienie, aż wreszcie coś zaskoczyło i mogłam się naprawdę rozsmakować w płycie. Stray Dogs to powrót do korzeni – ale dojrzalszy i bardziej doświadczony. Brzmienie przywodzi mi na myśl bardziej album Broken Machine z 2017 roku niż kolejne wydawnictwa. Najnowsza płyta to przede wszystkim ciekawy nastrój zbudowany wokół tytułowych odrzutków, ponieważ w tekstach co i raz uwidacznia się poczucie odosobnienia, czy może nawet celowej separacji od reszty świata. Na przykład w trzecim utworze, Evolution, padają słowa:
„A feral kind of war
In trying to be human
That’s not my fault
That’s evolution”
Cóż, trudno nie rezonować z poczuciem, że nie pasujesz, które wybrzmiewa tutaj i w innych momentach płyty. O ile pierwsze odsłuchy albumu służyły mi trochę za znane i przyjemne tło, szybko wyłowiłam przemawiające do mnie słowa. Trzy dni od premiery ku mojemy zaskoczeniu wystarczyły, żeby zbudować emocjonalne połączenie.
Zobacz również: Charli XCX – Music, Fashion, Film – recenzja albumu. Coś kompletnie innego
Cały album muzycznie płynie, jest niezwykle spójny i widać, że album powstawał w innej atmosferze. Poprzednie wydawnictwa często miały początki w trakcie tras koncertowych. W żaden sposób im to nie umniejsza, ale Stray Dogs powstawało w studiu, bez tempa ciągłych występów – i to słychać. Utwory takie jak If You Don’t Have Someone To Love czy I Needed You Then, I Need You Now to spokojne, emocjonalne wyzwania, w których widać głębię uczuć i refleksji. Bardzo namacalne jest tu wrażenie zatrzymania się na chwilę i zastanowienia się, co się zmieniło i jak wygląda poszukiwanie drugiego człowieka.
Nie brakuje tu jednak dynamicznego przełamania nastroju w postaci piosenek takich jak Baby Kool (Evelyn), AI. Jesus czy American Confidence, które momentalnie porywają. One z kolei niosą ze sobą koncertowego ducha i mocne przeżywanie muzyki. AI. Jesus to zresztą inteligetne i ironiczne spojrzenie na to, jak rozwój technologii zmienia przeżywanie sztuki i emocji, które świetnie wpasowuje się w motyw przewodni albumów. To kolejny aspekt, który buduje poczucie separacji, kiedy wiele osób wokół zaczyna polegać bardziej na sztucznej inteligencji niż na własnej.
Zobacz również: Half Alive – Billions – recenzja płyty
Stray Dogs to zdecydowanie album, który potrzebuje czasu i dokładnego wsłuchania się, nawet jeżeli jest się fanem i orientuje się w dyskografii albumu. Mimo dużego przywiązania do Nothing But Thieves, musiałam dać sobie czas dla tej płyty – i jestem przekonana, że jej odbiór będzie się zmieniał pod wpływem czasu. Natomiast widać, jak dojrzały, przemyślany i spójny jest to album, dlatego warto poświęcić mu skupienie i prawdziwe zasłuchanie się w to, co zespół ma do przekazania.
Fot. główna: Sony Music.

