The Tragedy of Macbeth – recenzja filmu. Świeża interpretacja klasycznej, szekspirowskiej tragedii

Bez wątpienia jest to jedna z pozycji, którą powinniście umieścić na swojej liście must see.

The Tragedy of Macbeth miałam okazję obejrzeć podczas tegorocznej edycji Energa Camera Image w Toruniu. Nie bez kozery przywołuje to miejsce, ponieważ jeśli kręcicie się choć trochę w światku filmowym na pewno wiecie, że jest to festiwal poświęcony sztuce operatorskiej i jej twórcom, skupiający się na  technicznej stronie filmu. Jak powiedział dyrektor festiwalu, Marek Żydowicz: Na tym festiwalu nie oklaskuje się filmów, które są jedynie rejestracją. Trzeba potrafić rozróżnić sztukę od rejestracji, sztukę od propagandy.

Zobacz również: Nomadland – recenzja filmu. Z kamerą wśród ludzi

Historia Makbeta powinna być wszystkim znana. Trzy wiedźmy przekonują szkockiego lorda, że zostanie następnym królem Szkocji, a ambitna żona, będąca u jego boku wspiera go w planach przejęcia władzy. Makbet to chyba zresztą jedna z najczęściej ekranizowanych sztuk Szekspira – co więc podkusiło Joela Coena do stworzenia kolejnej wersji tej tragedii? W sekcji Q&A, reżyser odparł, że inspiracją była jego żona (wcielająca się w tegorocznej adaptacji w Lady Makbet Frances McDormand), która zaszczepiła w nim taki pomysł. Musiała to zrobić naprawdę dobrze, bo dla Joena Coena jest to pierwszy film, który wyreżyserował bez udziału swojego brata, Ethana.

Co wyróżnia tę adaptację od tysięcy innych, które powstały od momentu premiery oryginału? W The Tragedy of Macbeth Coenowi udało się wyciągnąć esencję, która zaspokaja wszystkie zmysły. Według reżysera, wielka literatura ma znamiona uniwersalności, na tym polega jej siła.

Siłą produkcji jest wizualny kontrapunkt względem archaicznych dialogów. Film jest oderwany od realistycznego podejścia do opowiadanych historii. Każdy kadr to doskonała fotografia, którą można zawiesić u siebie w domu. Kadry są wąskie, zminimalizowano ilość elementów w scenografii aby skupić uwagę widza na tym, co najbardziej istotne w każdym ujęciu. Wspomnianą ciasnotę potęguje format flat, który zawęża nasze pole widzenia.

Zobacz również: Diuna – recenzja filmu. Kina nie umrą

Gra światłocienia jest tu nieziemska – uwypukla symetrię kadrów, geometryczność brył, które budują surową scenografię – te obrazy ciągle siedzą mi w głowie. Mgła która spowija sporą ilość kadrów, roztacza aurę tajemniczości i buduje kolejną warstwę wizualną. Skala szarości pomiędzy wspomnianą bielą i czernią jest tu absolutnie obłędna. Wbrew pozorom, to doskonały materiał na sprawdzenie tego, jakie warunki oferują nam kina. Czy faktycznie czerń, którą mieliście okazję zobaczyć w dotychczasowych filmach jest kruczo-czarna czy bardziej szara? Zwróćcie na to uwagę przy okazji najbliższej projekcji.

Ja trafiłam idealnie i to była czysta rozkosz. Wiem, pomyślicie – szaleństwo, jak można cieszyć się tak ograniczoną gamą kolorów? Jeśli tak pomyśleliście to znaczy, że jeszcze nie widzieliście współcześnie nakręconego czarno-białego filmu w dobrych warunkach technicznych. Kolorowe, szaleńczo podkręcone obrazy wyświetlane w telewizorach w sklepach RTV – ble! Że też w dalszym ciągu się na to łapiemy… Psychologia koloru jasno mówi, że ludzkie oko uwielbia kontrasty, jednak równie mocno tęsknimy za bliskością z naturą. A tego poczucia nie da nam nienaturalnie, jaskrawo-zielona trawa.

Zobacz również: Najlepsze filmy 2021 roku

The Tragedy of Macbeth

Inspiracją podczas tworzenia The Tragedy of Macbeth był dla twórców między innymi Friedrich Wilhelm Murnau (znany chociażby z Nosferatu – symfonia grozy z 1922 roku, jednego z pierwszych horrorów w historii kina). Murnau mistrzowsko wykorzystał skromne środki oferowane przez kinematografię lat 20-tych, nie bojąc się śmiałych rozwiązań technicznych. Zachował przy tym surowość, która potęguje niepokój. Coen poszedł tą samą drogą, tworząc podobny styl we współczesnym wydaniu.

Jeśli jednak to jeszcze nie przekonało was do seansu The Tragedy of Macbeth, to na pewno przyciągnie waszą uwagę bardzo ciekawy dobór aktorów. Główne role odgrywają Denzel Washington i Frances McDormand. Dzięki dużemu doświadczeniu świetnie odnajdują się w tym projekcie – przez język oraz warstwę wizualną ma się wrażenie, że ogląda się dzieło na pograniczu teatru i filmu. W mojej ocenie istniała bardzo cienka linia, którą w prosty sposób można było przekroczyć zbytnią teatralizacją odgrywanej roli. Niesamowitym zabiegiem jest pomysł grania trzech wiedźm przez jedną aktorkę, Kathryn Hunter. Joel wspomniał, że Kathryn wniosła bardzo dużo do tej roli. Grana przez nią postać jest nieludzka, odpychająca – i właśnie dlatego tak przerażająca.

Zobacz również: Spencer – recenzja filmu. O Ptaszynie, która śmiała latać

The Tragedy of Macbeth

Mocno ubolewam nad faktem, że The Tragedy of Macbeth może nie doczekać się polskiej premiery kinowej. Film powstał we współpracy studia A24 i Apple TV+, w związku z czym trafi na platformę streamingową 14 stycznia 2022 roku. Premiera kinowa jest zaplanowana na 25 grudnia, ale musicie wiedzieć, że kina bardziej niż kiedykolwiek walczą o długość tak zwanego okna kinowego. W związku z COVID-em, dystrybutorzy oraz producenci zaczęli eksperymentować z różnymi podejściami do dystrybucji swoich filmów. W tym przypadku jest to zaledwie 20 dni, gdy przed pandemią tradycyjne okno kinowe trwało 90 dni.

Cała nadzieja w kinach studyjnych, które nie podchodzą aż tak restrykcyjnie do tego tematu. Bo uwierzcie mi – The Tragedy of Macbeth to jest film, który należy obejrzeć w kinie. Studio A24 po raz kolejny dostarcza film, który będzie pretendował do miana klasyka.

Plusy

  • Przemyślany dobór środków - minimalistyczna forma uwypuklająca świetną grę aktorską
  • Większość kadrów z powodzeniem mogłaby zawisnąć na ścianach w galerii, czy mieszkaniu
  • Dobre tempo filmu, nie dłuży się

Ocena

8.5 / 10

Minusy

  • Nie wiadomo, czy trafi do dystrybucji kinowej...
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze