Diuna – recenzja filmu. Kina nie umrą

Hype, który urósł wokół nowej ekranizacji klasyka science fiction – Diuny – dotknął i mnie. Zwiastuny, plakaty, zdjęcia – z zapartym tchem oglądałem kolejne publikowane materiały. I to w sytuacji, gdy raczej staram się omijać szerokim łukiem tego typu rzeczy.

Zobacz również: Diuna – recenzja książki. Klasyka science-fiction

Odkryłem w sobie niedawno, że jestem ogromnym fanem science-fiction. Obce rasy i ich kultura, nieznane planety, skrywające wiele tajemnic – ciężko mi nie docenić wyobraźni twórców, których wykreowane w ich umysłach światy wywołują u mnie zachwyt czy ciekawość. Jednym z takich autorów był Frank Herbert, którego Diuna należy do jednej z najbardziej kultowych powieści science-fiction. Ale, ostrzegam – wejście w świat Diuny to bardzo toporne zadanie. Co mnie niezmiernie rozśmieszyło, a jednocześnie dało sygnał, że nie mam do czynienia z pierwszą lepszą literacką papką, to słowniczek pojęć, zamieszczony na ostatnich stronach książki. Jest z początku ciężko, ale czujesz, że masz do czynienia z czymś monumentalnym.

I tak jak ten opis pasuje do książki, tak i idealnie wpasowuje się do ekranizacji reżyserstwa Denisa Villenueve. Dlaczego Diuna jest ciężka? Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych minut jesteśmy zasypywani mnóstwem informacji i bardzo obco brzmiącymi słowami. Próby ogarnięcia świata przedstawionego, jego struktur, obyczajów i tego, kto jest kim, będą dla widza niezaznajomionego z literackim pierwowzorem zwyczajnie trudne. Bez rewatcha się tu raczej nie obejdzie. Ale, jednocześnie, ma się z tyłu głowy, że warto wsiąknąć w ten monumentalny świat, poświęcić mu swój drogocenny czas. Nauczyć się czegoś o nim. Spójrzcie na dzisiejszy przemysł filmowy, a w szczególności na blockbustery, sci-fi, filmy przygodowe czy akcji – filmy, które stoją efektami specjalnymi. Dostajemy w kółko to samo. Kolejne Gwiezdne Wojny. Kolejni Szybcy i Wściekli. Po latach wskrzeszają MatrixaIndiana Jones znowu wraca z emerytury i tak dalej.

Zobacz również: Halloween Zabija – recenzja filmu. Zabija, ale resztki mojej wiary w przemysł filmowy

Ktoś powie – ale Diuna to film na podstawie 50-letniej książki, a do tego mieliśmy już jej dwie ekranizacje, więc jaka tu jest mowa o oryginalności, panie Wdowik? Okej. Tylko trzeba wziąć na poprawkę, że choć Diuna jest klasykiem literatury i duża część osób o niej słyszała, to mało kto ją czytał. Z jej ekranizacjami rzecz ma się podobnie. O tej filmowej, większość wie ze względu na Davida Lyncha i może dzięki temu nazwisku, ktoś kiedyś zrobił ten błąd i postanowił ją oglądnąć. Zaś serialową obejrzało pewnie z 7 osób na świecie. Trzeba też zaznaczyć, że obie ekranizacje wychodziły w czasach (1984 rok i 2000 rok), które średnio pozwalały na zaprezentowanie w pełni świata Diuny, przez co dziś te produkcje się okropnie zestarzały. Dlatego tegoroczna wersja to prawdziwy powiew świeżości w zakurzonym Hollywood. Produkcja, którą wspieram i doceniam, mimo, że… Aż tak bardzo mi się nie podobała.

A wynika to z faktu, że mam jakiś problem z Denisem Villenueve. Z całej jego filmografii, naprawdę polubiłem tylko dwie produkcje. Żeby było zabawniej – obie są z Jakiem Gylenhallem, obie są z 2013 roku i żadna nie ma w sobie wątków science-fiction. Te bardziej uznane z jego filmów, czyli Arrival czy Blade Runner 2049, nie skradły mi serca. Ba, ja diabelsko się na nich wynudziłem, a jedyne co w moim odczuciu ratowało te filmy, to obłędne zdjęcia. Niemniej – doceniam jego podejście do kina, bo co by nie mówić, zawsze stara się stworzyć coś innego, ambitnego i oryginalnego. W przypadku Diuny ma o tyle łatwiej (a może trudniej?), że świat wykreowany przez Herberta mimo powstania w 1965 roku, wciąż – jak wspomniałem – pozostaje dosyć mało znanym szerszej publice, a ilość detali i szczegółów, które zawiera 6 tomów Diuny, daje szerokie pole do popisu dla filmowca.

Zobacz również: Ostatni pojedynek – recenzja filmu. Czyż nie dobija się kobiet?

Diuna w jego reżyserii ma momenty w większości dobre, a niekiedy nawet wybitne, choć znalazło się też gdzieniegdzie miejsce na łyżkę dziegciu. Przede wszystkim zacznijmy od tego, czym ten film właściwie był reklamowany. Strona audiowizualna. Jak dla mnie Dune to najlepszy dowód na to, że kina nie umrą. Można mówić o strimingu, można mówić o wygodzie i oszczędności, pewnie. Ale jak siądziesz w kinie, zobaczysz – a właściwie doświadczysz – Diunę w IMAX-ie czy nawet w kinie z laserowymi projektorami 4K, a to wszystko z odpowiednim nagłośnieniem, to ja sobie nie wyobrażam, żeby ktoś po seansie powiedział że wolałby ten film obejrzeć na kanapie w domu. Produkcja robi niesamowite wrażenie i to jedno z najpiękniej wyglądających dzieł kinematografii, jakie przyszło mi podziwiać.

diuna
Fot. kadr z filmu Diuna (2021)

Sama natomiast historia obfituje i krąży wokół motywów mesjanizmu, proroczych snów i przeznaczenia. Sporo tu również wątków dotyczących wolności, wojny oraz niespodziewanych zdrad i jeszcze bardziej niespodziewanych sojuszy. Czuć, że obcuje się z kosmiczną epopeją. Villenueve’a  poświęca sporo czasu swoim bohaterom, a w szczególności głównemu, Paulowi Artydzie oraz jego wizjom i powolnej przemianie. Tylko, że… Warto zaznaczyć, że ta wersja Diuny pokrywa jedynie pierwszą połowę książki. Trwa 2.5 godziny, a i tak pozostawia niedosyt. Pozytywny, bo chce się więcej. Ale również negatywny, bo ma się wrażenie, że przez czas trwania seansu za dużo się w zasadzie nie wydarzyło.

Zobacz również: Squid Game – recenzja pierwszego sezonu. Traumatyczne zabawy.

Już nie będę zbytnio wchodził w dywagacje na temat różnic między książką a ekranizacją, ani tym bardziej pochylał się nad pytaniem, czy Diuna nie działałaby lepiej jako serial od HBO. Skupmy się na faktach. A fakt jest taki, że w mojej opinii finalną ocenę Diuny będzie można wystawić za kilka dobrych lat, gdy będziemy już wiedzieć, co sprezentował nam Villenueve w jej kolejnych odsłonach oraz czy do takich odsłon w ogóle doszło. Film urywa się w połowie, a na chwilę obecną, kontynuacja wciąż czeka na zielone światło od wytwórni. Wiecie, o co mi chodzi? To nie tak, jak w Star Warsach, gdzie między jedną częścią a drugą jest kilka miesięcy czy nawet lat różnicy.

Druga Diuna wyruszy dokładnie z tego samego miejsca, w którym skończyła się pierwsza. Nie mogli zrobić filmu trwającego pięć godzin, bo w kinie nie wysiedziałby nikt, więc musieli go pociąć – tu należałoby postawić pytanie o formułę serialową, ale nie o tym jest ten tekst. Sceny, które mi wydają się nudne czy niepotrzebne w Diunie dzisiaj i w jakiś sposób przyczyniły się do zaniżenia oceny filmu, za kilka lat mogą mieć całkowicie inny wydźwięk, gdy – daj Boże – dostaniemy drugą połówkę filmu. Dlatego na ocenę nie zwracajcie zbytnio uwagi. Zwróćcie uwagę na to, że ja – największa maruda jeśli chodzi o Hollywood, poprawność polityczną czy brak oryginalności w Popkulturze – polecam całym sercem Diunę. Widać, że to projekt robiony z pasją przez prawdziwego miłośnika filmu i science-fiction. I już samo to zasługuje na ogromny szacunek.

Plusy

  • Świeża, oryginalna wizja w zatęchłym od sequeli i remake'ów Hollywood
  • Audiowizualna uczta
  • Świetna obsada

Ocena

7.5 / 10

Minusy

  • Ma kilka wolniejszych i nudniejszych momentów
  • Pozostawia widza z lekkim niedosytem, a nawet nie wiadomo jeszcze, czy doczekamy się drugiej odsłony

Według innych redaktorów...

Karol Żołowicz
5 kwietnia 2022

Diuna to przede wszystkim monumentalne dzieło, symbol rozwoju współczesnej kinematografii. Obrazoburczo uderza w przepełnione akcją i wybuchami blockbustery, reprezentując swoją własną specyfikę, swój własny styl, który dopełnia hipnotyczna muzyka (zasłużony Oscar).

Nasi pradziadowie pewnie sądzili, że 2021 roku nawiążemy kontakt z obcą cywilizacją, Ziemię zapełnią latające samochody, a kino przekroczy wszelkie ramy epickości. Diuna udowadnia, że przynajmniej w jednym się nie mylili.

8
Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Skaza

Diuna sprawiła, że poczułem się naprawdę zmęczony kinem superbohaterskim.