Harry Angel – recenzja książki. Anioł czy Diabeł?

Opowieści o podstarzałych prywatnych detektywach mają swój specyficzny urok. I chociaż tropienie zapomnianych gwiazd mało mnie kręci to okultystyczne sekty dają nadzieję na opowieść ciekawszą i ekscytującą. Czy Harry Angel podoła zadaniu i zdoła wyjść z tarapatów w jednym kawałku? I tak, i nie. Obrazowe opisy powodowały, że momentami niemal czułam na języku smak brandy, a w nozdrzach zapach papierosów i nieświeżych ciuchów. Mało przyjemne, lecz klimatyczne.

Prywatny detektyw, Harry Angel, jest weteranem wojennym, który zna się na swojej robocie. Bierze zlecenie dotyczące odnalezienia zaginionego po wojnie piosenkarza. Nie spodziewa się jednak, że po drodze do prawdy spotka liczne trupy i okultystyczną sektę. Nie powstrzyma go to jednak przed dotarciem do prawdy, która okazuje się być szokująca.

Zobacz również: Feria: Najciemniejsze światło – recenzja. Ciemno, letnio i trochę śmieszno

Przyznam wprost, że nie jestem fanką gatunku noir, jednak wątek okultystyczny skutecznie mnie do tej książki przyciągnął. Cieszę, że tak się stało, bo dawno nie byłam tak silnie zaskoczona.

 Cyphre zastukał wymanikiurowanym palcem w szklaneczkę i powiedział, że prosi raz jeszcze o to samo. Nietrudno było wyobrazić sobie tę gładką dłoń ściskającą rękojeść bicza. Takie dłonie musiał mieć Neron… i Kuba Rozpruwacz. To były ręce cesarzy i morderców, miękkie, lecz zabójcze; okrutne, smukłe i wypielęgnowane palce to idealne narzędzie zła.

Jednak po kolei. Bardzo trudno było mi wgryźć się w tę historię. Sam Harry Angel jest bohaterem nie tylko mało sympatycznym, a wręcz odpychającym. Pozwala sobie na szowinistyczne i rasistowskie uwagi nie tylko w myślach, lecz także na głos. I choć staram się wziąć poprawkę na to, że lata 50. to zupełnie inne czasy, moja współczesna wrażliwość społeczna wciąż łka po cichu.

Zobacz również: The Amazing Spider-Man, tom 1-3 – recenzja komiksu. Status quo wraca jak bumernag

Z tym się jednak trzeba liczyć. Ja sama zupełnie nie pomyślałam, że mogę spotkać się ze ścianą w postaci zupełnie niepoprawnych i krzywdzących uwag oraz zachowań, choć powinnam, bo tak wyglądały tamte czasy. To krytyka, która jednocześnie jest pochwałą. Dla mnie – młodej kobiety XXI wieku jest to trudne w odbiorze. Wzbudza we mnie niesmak oraz oburzenie. Jednocześnie to komplement dla autora, któremu udało się oddać ducha czasów, w których osadził swoja powieść (sam autor pisał ją w drugiej połowie lat 70.).

Następną dużą przeszkodą dla mnie był fakt, że powieść jest bardzo przegadana. Nie jest to zarzut, ponieważ takimi zasadami rządzi się konwencja, po którą autor sięgnął. Prywatny detektyw podejmuje się trudnego zadania i mozolnie, jak po sznurku stara się dotrzeć do kłębka. Niestety w pewnym momencie zaczęło mnie to męczyć. Główny bohater w środku historii odbija się od jednej osoby do drugiej i wypytuje o podmiot swojego śledztwa. Fakt, że kończy się to dla jego rozmówców tragicznie, daje do myślenia i zagęszcza akcję, jednak obserwowanie tego staje się w pewnym momencie nużące. Wiedziałam, że może to przebiegać w taki sposób, lecz sądziłam, że okultystyczny wątek zdoła nadać akcji więcej dynamiki przełamać dłużyzny. Niestety ten wątek przez większą część książki stanowi zaledwie blade tło, a naprzód wyłania się dopiero pod koniec. Ale cóż to był za finał! Jednak wszystko w swoim czasie.

Ale to nie było nic. To była kurza łapka rozciągająca się na klawiszach na długości oktawy, od końca żółtego jaszczurzego pazura po krwawiący kikut nóżki, gdzie została odcięta. Poniżej kępki białych piór przywiązana była czarna wstążka. Na pewno było to coś więcej niż nic. 

Zobacz również: Zew nocnego ptaka – recenzja. Nieprzyjazny „Nowy Świat”

Jest pewien wątek, którego nie można wytłumaczyć innymi czasami. Romans z nastolatką. Harry Angel to dorosły facet w średnim wieku o stabilnej sytuacji życiowej (o ile praca detektywa taka może być). Wchodzenie w relacje seksualne tudzież romantyczne z dziewczyną dwukrotnie młodszą i poniżej osiemnastego roku życia to zwykłe draństwo. Nawet jeśli w latach 50. nie znano pojęcia groomingu to wciąż wiedziano czym jest zwykła, ludzka przyzwoitość. Przyznam, że dziewczyna sprawiała wrażenie wyjątkowo dojrzałej i dopóki nie podała swojego wieku, sądziłam, że jest w okolicach trzydziestki ale to żadne usprawiedliwienie. Tej relacji nie tłumaczy także fakt, że Epiphany była wyjątkowo „ponętna” i seksowna. Harry zapytał ją o wiek, kiedy już nawiązali kontakty seksualne i nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Absolutnie obrzydliwe.

Pomimo złości, jaką wywołały we mnie wskazane wady, będę tę książkę wspominać pozytywnie. Dlaczego? Po pierwsze, wygląda ZACHWYCAJĄCO. Wydawnictwo Vesper włożyło w projekt tej książki całe serce. I to widać! Książka w twardej oprawie zawsze prezentuje się lepiej, a w połączeniu z mroczną, lecz elegancką i ujmującą okładką wyróżnia się na tle innych. Grafika autorstwa Macieja Kamudy przyciąga wzrok i zapada w pamięć. Co więcej jest spójna z treścią i z miejsca nakreśla klimat. Tymczasem strony książki są w kolorze kremowym, a ponadto są grube i stylizowane na stronice jakiejś starszej, potężnej księgi. Trudno mi powiedzieć, jakiego rodzaju jest to papier, bo się nie znam, ale sprawia wrażenie porządnego i mocnego. Nieraz łapałam się na próbie rozdzielenia kartki, która była jedna. Powieść bogata też jest w klimatycznie ilustracje utrzymane w estetyce całej książki. Wydają się minimalistyczne lecz pełne są detali.

Cienie majaczyły groteskowo w niestałym, migotliwym blasku świec. Demoniczne, przywodzące na myśl bicie serca rytmy bębnów zdawały się wywierać hipnotyczny wpływ na tańczących. Mężczyźni i kobiety ocierali się o siebie, jęcząc, ich biodra wyrywały się na przód w ekstatycznym naśladownictwie gwałtownej kopulacji. Białka oczu błyszczały błyszczały w spoconych twarzach jak opale. 

Zobacz również: Wilgość – recenzja. Obskurny zew realności

Pragnę gorąco też pochwalić tłumacza Roberta Lipskiego, który wiernie i sprawnie oddał atmosferę lat 50. Gdyby nie jego znakomita praca, nie poczułabym tak dotkliwie nieoprawnych i odrzucających lat 50., pełnych rasizmu i seksizmu. Chociaż wzdrygałam się widząc takie określenia, jak na przykład „czarnuch” czy „murzyn” to miałam pełną świadomość, że ówczesny Nowojorczyk właśnie tak by powiedział.

Pełna skruchy muszę skierować także słowa uznania do, nieżyjącego już, autora. Niemal do samego końca byłam pewna, że zjadę tę książkę z góry na dół. Za odpychającego bohatera, mało dynamiczną akcję i zanudzenie mnie wieczorami. Jednak finał tej historii dosłownie wgniótł mnie w fotel. Nie jest tak, że nie spotkałam się wcześniej z podobnym motywem, albo że niczego nie podejrzewałam. Miałam swoje teorie i jedna z nich okazała się trafna, jednak nie domyśliłam się głównego zwrotu akcji aż do samego końca. Moja czujność została uśpiona. Leniwie śledziłam, jak Angel biega od jednej osoby do drugiej i odkrywa kolejne trupy, a także krzywiłam się, kiedy sypiał ze wspomnianą nastolatką czy częstował mnie obrzydliwą uwagą. Tymczasem William Hjortsberg szykował na mnie pułapkę. Wpakowałam się w nią bez chwili wahania, a kiedy zorientowałam się, co właśnie się wydarzyło, zupełnie nie mogłam się pozbierać.

Harry Angel to już klasyka gatunku. Powieść ma dość nierówne tempo, jednak warta jest przetrzymania dłużyzn i dotarcia do finału, który zaskakuje, oszałamia i skłania do refleksji. Ale czy coś, co początek ma w piątek trzynastego może skończyć się dobrze?

Plusy

  • Znakomicie oddany duch lat 50.
  • Piorunujący finał

Ocena

6.5 / 10

Minusy

  • Nierówne tempo
  • Nieodpowiedzialnie wyeksponowany grooming
Anna Paczkowska

Fanka dobrych (i niedobrych) seriali, wciągających książek, podcastów i płatków podusiaków (najpierw płatki, potem mleko!). Miłośniczka zwierząt, animacji i kdram. Wieczna nastolatka.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze