The Gray Man – recenzja filmu. Przestań szpanować Netflixie

Nowy film oryginalny Netflixa, reklamowany jako ich najdroższa produkcja, już wkrótce pojawi się w ofercie vod. Szpiegowski akcyjniak z masą efektów i gwiazdorską obsadą wydawałby się odkupieniem za słabiutką Czerwoną Notę. Dodatkowo nazwiska twórców nastrajały nas pozytywnie na to, że zobaczymy emocjonującą produkcję. Czy jednak Netflix zaserwował nam to, co wcześniej obiecywał?

The Gray Man opowiada historię Courta Gentry’ego, zabójcę z niesławnego programu rządowego o nazwie Sierra. Główny bohater to były skazaniec, który w zamian za anulowanie swojego wyroku zgodził się na udział w projekcie, który zmienił go w zawodowego killera. Gentry pod pseudonimem Sierra 6 wykonuje zlecenia zabójstw dla CIA. Pewnego dnia sam jednak zostaje celem, gdy wchodzi w posiadanie materiałów, kompromitujących jego szefostwo. W pościg za nim ruszają inni zabójcy. Jednym z nich jest psychopatyczny Lloyd Hansen, który za wszelką cenę chce dopaść zawodowca.

Zobacz również: Najlepsze seriale Netflixa

W głównej roli twórcy postanowili obsadzić Ryana Goslinga, a na przeciw bracia Russo postawili swojego, zdawałoby się, ulubieńca – Chrisa Evansa. Obok nich mamy inną znaną dwójkę, czyli Billy’ego Boba Thortona oraz Anę de Armas. Ekipa delikatnie mówiąc solidna, czy jednak w pełni dopasowana? Niestety nie do końca. Zacznę od górnej półki i powiem z niechęcią, że to główna gwiazda programu wypada tu tragicznie.

The Gray Man

Ryan Gosling kompletnie nie pasuje do swojej roli, która najwidoczniej nie była napisana pod niego. I nie chodzi o to, że aktor nie wygląda jak typowy szpieg – on w żaden sposób się nie stara go grać. Gosling bardziej przypomina tu zwykłego amanta  żywcem wyjętego z Kocha, lubi, szanujetylko ubranego inaczej i trochę ubrudzonego czyjąś krwią. Szkoda, że aktor nie poszedł bardziej w kierunku swojej kreacji z filmu Drive – bo gdyby grał w taki sam sposób jak tam to jego rola w Gray Man zagrałaby koncertowo. W efekcie zamiast zawodowego agenta dostajemy drewniaka z ładną buźką.

Po raz pierwszy od dawna mam do Goslinga taki niesmak – aktor kompletnie skopał swoje zadanie. Tu nawet nie chodzi o to, że on wizualnie średnio do roli pasuje. Keanu Reeves do roli najemnego zabójcy też mi nie pasował (mimo aktorskiego zaplecza). A mimo tego jego John Wick to wciąż jeden z najlepszych filmów akcji w historii. Ryan Gosling ponosi tutaj pełną winę za to, że jego postać wypada słabiutko.

Zobacz również: Ms. Marvel – recenzja pierwszego sezonu. Wcale nie marvel

Fabuła filmu jest sztampowa, było już takich wiele, ale kto by się tego czepiał w kinie sensacyjnym? Kwestia tego, że nawet z najbardziej oklepanej historii dobry reżyser potrafi wykrzesać coś dobrego. A od takich reżyserów jak bracia Russo spodziewałbym się czegoś więcej niż tylko „dobrego”. Tymczasem dostałem coś tak przeciętnego, jak liczne akcyjniaki klasy B, trafiające na jedynie na DVD, ponieważ na ekran kinowy nie zasługują. Fabuła jest prosta jak drut, brak tutaj zwrotów akcji, praktycznie wszystko co się dzieje widzieliście już w zwiastunach. Więc co pozostaje? Czysta, wartka akcja i dobrze napisane postacie. Na nieszczęście filmu pierwsze zawodzi kompletnie, a drugie udaje się połowicznie.

Ryan Gosling jako Sierra Six

Dla tych, którzy słysząc o „kosmicznym budżecie” i „najdroższym filmie Netflixa” podejrzewali, że cały szmal poszedł na gażę głównych aktorów – mieliście rację. Na ekranie nawet wielkiego telewizora, nawet przy jakości 4K prawie tych efektów nie widać. Nawet przy wybuchowej akcji biegu po tramwaju, przypominającej Szybkich i Wściekłych 7  – swoją drogą chamsko zerżniętej z Paula Walkera biegnącego po spadającym w przepaść autobusie. Efektów ni ma, napięcia praktycznie ni ma. Mimo, że akcji w filmie jest bardzo dużo, co było raczej spodziewane, to wypada ona w większości słabo. A jest to wypadkowa kilku kwestii.

Po pierwsze reżyserzy nie potrafili przelać na ekran napięcia, które powinno być odczuwalne. W efekcie przykuty do ławki Ryan Gosling, do którego strzelają ze wszystkich stron, wywołuje ziewanie. Próby uwolnienia się z podziemnej pułapki tak mnie wciągnęły, że zacząłem przeglądać Instagrama. A finałowa scena odbicia porwanej sprawiły, że zacząłem słyszeć w głowie głosy. A te głosy mówiły „Przewiń do końca”. Nie posłuchałem ich, na całe szczęście, bo chociaż końcowe mordobicie trochę poprawiło średnią.

Zobacz również: The Boys, sezon 3 – recenzja. Chłopaka ocenia się nie po tym jak zaczyna, a jak kończy

Drugi powód to fakt, że wiele sekwencji tak bardzo sili się to by być widowiskowe i nieprawdopodobne, iż finalnie stają się po prostu…głupie. Nie zrozumcie mnie źle, od pewnych głupotek w kinie sensacyjnym nie można się uwolnić, to cecha charakterystyczna gatunku. Jednak w dobrym akcyjniaku najgłupszy motyw można tak nakręcić, że jednocześnie w napięciem w zadku i z lekkim uśmiechem na twarzy kibicujesz bohaterowi, który walczy o życie. Nie trzeba od razu zamykać go w samolocie, a potem (przypadkowo oczywiście) strzelać do pilota, czego wypadkową jest awaria i skok na spadochronie lub w tym przypadku bez niego. Właśnie o tym mówię. Zupełnie tak, jakby twórcy chcieli za bardzo 'przybajerzyć’ i mocno przesadzili, a jednocześnie zaserwowali nam motywy i rozwiązania tak znane, że nawet zagorzały fan kina akcji rzyga z przejedzenia.

Zobacz również: Resident Evil: Remedium – recenzja serialu. Tęsknię za Millą Jovovich

Do powyższych minusów dodajcie słabą choreografię większości walk z udziałem Goslinga, co w połączeniu z brakiem jakiegokolwiek napięcia i klimatu powoduje przewrót, jakby to powiedział Lloyd Hansen – NUDĘ. Sceny z udziałem zarówno pięści jak i karabinów są pozbawione jakiegokolwiek przemyślenia, czy chociażby efekciarstwa. Przyzwyczailiśmy się, że to główny bohater trafia w każdy cel nie pudłując ani razu, przy czym reszta zachowuje się jak szturmowcy z Nowej Nadziei. W filmie The Gray Man jednak to nabiera zupełnie nowego znaczenia. Słaba gra Goslinga potęguje tylko fakt, że sceny nie są wciągające ani ciekawe – po prostu drętwe. A przy okazji źle nakręcone.

The Gray Man

Jedna jedyna scena akcji, która w The Gray Man wypadła dobrze to wspomniane finałowe starcie na pięści. Na całe szczęście za to, że wypadło ono dużo lepiej niż pozostałe odpowiada główny antagonista, grany przez Chrisa Evansa. Aż przykre, że eks Kapitan Ameryka dostał tylko jedną scenę akcji w całym filmie i że jego potencjał, znany z serii Marvela nie został przez twórców wykorzystany. Przecież takich efektownych starć mogło być więcej. Rozumiem zamysł, że nie pokazujemy co główny złol potrafi, dopóki nie zmierzy się z protagonistą. Jednak temat mógł zostać ugryziony inaczej, a sam Evans powinien pojawiać się w ferworze walki dużo częściej.

Zobacz również: Parada serc – recenzja filmu. Zakochaj się w Krakowie, bo w filmie będzie ciężko

Jak już jesteśmy przy Evansie to warto wspomnieć, że jego postać jest akurat jedną z niewielu rzeczy, które wypadły znakomicie. O tym, że aktor sprawdzi się świetnie jako czarny charakter wiedzieliśmy już ze zwiastunów. Jednak dopiero w filmie przekonałem się, że „Steve Rogers” ma potencjał na częstsze występy jako „ten zły”. Socjopata z wąsikiem w jego wykonaniu to majstersztyk, a gdy już dochodzi do wymiany pięści w finałowej walce widzimy, komu scena zawdzięcza fajerwerki. Chris Evans to kolejny po Cavillu aktor, któremu głupiutkie wąsy ale i ogromna charyzma zagwarantowały świetny występ w roli naczelnego antagonisty.

The Gray Man
Chris Evans jako Lloyd Hansen

Mimo wszystko, dobrze napisany i zagrany czarny charakter oraz dobre finałowe starcie to za mało, by produkcję zaliczyć do udanych. The Gray Man to film, nie wyróżniający się niczym spośród armii średniaków. Słaba choreografia, brak szpiegowskiego klimatu i napięcia w scenach akcji to wystarczająco, by go zakwalifikować jako słabe kino akcji. No wybaczcie, ale żeby do scen akcji w filmie sensacyjnym się nie przyłożyć to naprawdę trzeba nie chcieć. Niestety Netflix swoją kolejną produkcją oryginalną udowodnił, że za filmy pełnometrażowe nie powinien się brać. Ich najnowszy tytuł nawet jako wieczorny odmóżdżacz się nie sprawdzi – gwarantuję, że szybko będziecie chcieli zmienić repertuar. O ile wcześniej nie zaśniecie…

Plusy

  • Dobrze odegrany antagonista
  • Finałowa walka wyszła całkiem nieźle

Ocena

3 / 10

Minusy

  • Słabo dobrana główna rola - Gosling nie przekonuje
  • Sztampowa i naiwna fabuła
  • Marne efekty mimo zapowiadanego ogromnego budżetu
Czarek Szyma

#geek z krwii i kości. Miłośnik filmów, seriali i komiksów. Odwieczny fan Star Wars w każdej formie, na drugim miejscu Marvela i DC Comics. Recenzent i newsman. Poza tym pasjonat wszelakich sztuk walki, co zapoczątkowało oglądanie akcyjniaków w hurtowej ilości. O filmach i serialach hobbystycznie piszę od kilku lat. Ulubione gatunki to (oczywiście) akcja, fantasy, sci-fi, kryminał, nie pogardzę dobrą komedią czy dramatem.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze