Idol – to nowa produkcja powstała w kolaboracji HBO i studia A24 co już samo w sobie sprawia, że robi się gorąco. Zwłaszcza, że wcześniejszy projekt powstały w komitywie innego giganta streamingowego i tegoż studia, czyli Awantura okazała się sporym hitem. Jednak nie da się ukryć, że nowsza produkcja zdobyła sławę już na grubo przed swoją właściwą premierą. Nie wydarzyło się to natomiast za sprawą głośnych nazwisk. A produkcja ma się w tej kwestii czym pochwalić, gdyż stołek reżysera obejmuje Sam Levinson znany szerokiej widowni za sprawą serialu Euforia. W rolach głównych mamy natomiast Lily-Rose Deep, a także znanego każdemu uchu na globie Abela The Weeknd Tesfaye.
Głośno o Idolu zaczęło się robić ze względu na towarzyszące jego powstawaniu kontrowersje z których najszerszym echem odbiło się zwolnienie z grupy scenarzystów jedynej w tym gronie kobiety ze względu na „różnice kreatywne”. Stąd już na bazie takich przesłanek łatwo było zbudować recenzję pod tezę. Czy jednak mamy tutaj do czynienia z krzyczącą z nagłówków MĘSKĄ FANTAZJĄ O GWAŁCIE? Sprawa wydaje się znacznie bardziej złożona i ja sam w tej kwestii mam zwyczajnie kilka pytań. Potraktujcie zatem tę część recenzji jako list otwarty do widzów, krytyków i dziennikarzy kulturalnych piszących na fali paskudnego tworu jakim jest Idol dziesiątki artykułów, wszak kliki to kliki, bez względu na środki.
Zobacz również: Gaslit – recenzja serialu. Watergate, ale z innej strony
Co tak naprawdę jest problemem Idola? Czy fakt, że to serial o rozbitej psychicznie i wyuzdanej seksualnie kobiecie z problemami, gdzie nie trudno dojść do konkluzji, że jej największym problemem jest ona sama?. Jeśli tak to gdzie byliście strażnicy moralności gdy Euforia zdobywała serca Gen Z i szturmem podbijała TikToka, czemu wtedy w szale moralnego uniesienia nie darliście szat. Jeśli zaś nie chodzi o to, może solą w oku jest silne nacechowanie na seks? I faktem jest, że można w ten sposób pomyśleć czytając zgromadzone w polskim (i nie tylko) Internecie recenzje. Problem tkwi jednak w tym, że w pierwszym odcinku ilość scen seksu jest okrągła, a cyfra ta znajduje się dokładnie między -1, a 1. Serial oczywiście nie jest cnotliwą siostrą zakonną natomiast stosunku w pilocie nie uświadczymy.
Spójrzmy zatem na to skąd to oburzenie. Czy faktycznie jest się o co oburzać, i czy nie bierzemy jako widzowie udziału w jakiejś psychologicznej potyczce. Czemu z tematu seksu wciąż robi się kontrowersję? Ludzie robią to od zarania dziejów, a dzieci nie przynoszą bociany, ani nie wychodzą one z kapusty (sic!). Jednak za każdym razem kiedy kino wejdzie na „nowy” poziom pikanterii, pół sieci rzuca gromami i wpada w święte oburzenie, a drugie pół stoi w opozycji lub jak w przypadku serialu Idol, smacznie chrapie. W przypadku 365 dni nie przypominam sobie aż tak dużego natężenia skierowanego na tematykę, a raczej ogół wątpliwej jakości tegoż dzieła.
Zobacz również: Flash – recenzja filmu. Efekt puszki pomidorów

Warto jednak zaznaczyć, że w ekranizacji wypocin Blanki Lipińskiej, mamy dosłownie pokazaną scenę gwałtu oralnego to primo, a secundo, że Massimo ma być w jakiś stopniu darzony przez widzki i widzów sympatią. Natomiast zdaniem wielu krytyków pokazanie zdjęcia Lily-Rose Deep udekorowanej „lukrem” to już zdecydowanie za dużo i wystarczyło jedynie wspomnienie o tym w dialogach. I nie wiem jak wy, ale z racji tego, że kino mówi językiem wizualnym i przede wszystkim obrazem, osobiście wolę jak twórcy mi coś na ekranie pokazują, a nie tylko o tym gadają. Tu pokazali tylko na sekundę, jakby sami się tego wstydzili.
Przechodząc jednak do samej treści serialu. Mamy tu do czynienia z opowieścią gdzie powracająca na scenę artystka wchodzi w relację z właścicielem klubu, niejakim Tedrosem. W jednym z dialogów między główną bohaterką, a jej przyjaciółką ta druga mówi o nim, że ma vibe gwałciciela, na co wschodząca gwiazda pop odpowiada, że to ją właśnie pociąga. Sam serial jednak żadnej z postaci nie stawia za przykłada czy w ogóle kogoś dobrego. Czujemy tę oślizgłość i zepsucie całego tego środowiska i nierzadko w trakcie seansu można się poczuć nieswojo. Sam skrypt póki co trudno natomiast ocenić gdyż pilot stanowi dość szablonowe wprowadzenie do całej tej historii. Tak więc odpowiedź na pytanie czy to naprawdę jakościowe dzieło z pomysłem czy tania próba pojechania na fali wznoszącej kontrowersji przekonamy się za parę tygodni.
Zobacz również: Bazyliszek – historia śpiewana – recenzja płyty

Na plus na pewno warto wspomnieć o rewelacyjnej Lily-Rose Deep, która hipnotyzuje widza w każdej sekundzie na ekranie. Czujemy jej ból, gniew, euforię, gramy w jej grę. A gdy patrzy głęboko w kamerę przebijając czwartą ścianę przeszywa widza na wylot. Tym bardziej czekam na jej występ u Eggersa w Nosferatu. The Weeknd też wypada ciekawie w roli z góry podejrzanego i oślizgłego Tedrosa, którego charakter zdaje się mieć drugie dno jeśli nie również trzecie, czwarte itd. Ponadto oprawa wizualna wypada naprawdę szałowo i trudno od niej oderwać wzrok, gorzej prezentuje się natomiast muzyka, która może nie przeszkadza, ale totalnie nie daje się zapamiętać (no, może poza singlem głównej bohaterki).
Idol – to zatem w moich oczach bardziej fantazja o mężczyznach fantazjujących o gwałcie w świetle artykułów. Zaś jako dzieło samo w sobie coś innego, ciekawego, czemu na pewno dam szansę. Dziękuję zatem tym wszystkim głośnym artykułom, bo po festiwalu w Cannes i 6% na Rotten Tomatoes chciałem sobie odpuścić. Życzę zatem wszystkim trochę więcej dystansu i nie oburzania się najpierw na szkodliwy serial, a trzy dni po robienie artykułu z rankingiem nawiązującym do tegoż dzieła, bo to to dopiero jest paskudne moralnie. Dawajmy twórcom robić rzeczy i póki nikomu na zaangażowanemu w nie nie dzieje się krzywda, traktujmy je potem jako tematy do dyskusji. W innym przypadku skończymy w scenariuszu 451 Stopni Fahreheita z domieszką Raportu Mniejszości, gdzie pozamykamy wszystkich reżyserów horrorów w imię „fantazji o wymyślnych morderstwach”.
Wszystkie materiały użyte w recenzji pochodzą z materiałów promocyjnych serialu The Idol (2023) produkcji HBO i A24.

