My Dying Bride – A Mortal Binding – recenzja albumu

W latach 90. byli stawiani na piedestale w kategorii doom metal obok Paradise Lost i Anthemy! Dzisiaj po 34 latach działalności wracają z nowym krążkiem. Pochodzący z Bradford w Anglii zespół My Dying Bride 18 kwietnia wypuścił w świat 15 płytę. Na album studyjny składa się 7 utworów, trwających razem 54 minuty. 

Najnowszą płytę A Mortal Binding zespołu My Dying Bride otwiera utwór Her Dominion. Zaczyna się odrobinę nietypowo, by po niedługiej chwili wyrównać tempo. Ciężkie, ale nieśpieszne riffy gitarowe współgrają z growlem. W tle słychać delikatny pogłos kobiecego głosu. Może modlitwy, które przerywają wichry strachu? Her Dominion łatwo tłumaczy się jako jej panowanie. Może to być zarówno Matka Boska, jak i Gaja albo po prostu wywyższona przez mężczyznę kochanka. Zdecydowanym minusem jest to, że zbyt pośpiesznie dobiega końca, zostawiając mnie z niedosytem.

Thornwyck Hymn to złudna obietnica miłości. To Odyseusz wodzony przez syreny. To melancholijna elegia napisana dla wszystkich tych, którzy upadli i zatonęli w sidłach miłości, która ich zdradziła. To zdradzona kochanka ze Świtezianki Mickiewicza. Motywy mityczne i folklorystyczne zostały zatopione w klimacie pobudzającym uczucie niepokoju. Jest tam również coś pociągającego, co każe nam zajrzeć w głąb mokradeł spowitych mgłą i wsłuchać się w dźwięki gitary i skrzypiec. Podczas gdy gitarowe riffy, perkusja i żałobne skrzypce totalnie mnie porwały, uważam, że czysty wokal Aarona mógłby być ociupinkę głębszy, ochrypły, brakuje mu emocji, które są zaznaczone tylko delikatnie. O wiele bardziej przypadł mi do gustu jego growl.

Zobacz również: Judas Priest – Metal Masters 2024 – relacja z koncertu w krakowskiej Tauron Arenie

The 2nd of Three Bells to drugi po Thornwyck Hymn utwór, który doczekał się oficjalnego teledysku. Słysząc tę piosenkę, miałam wrażenie, że gdzieś już słyszałam coś podobnego, ale w innej tonacji. Śmiem twierdzić, że intro przypomina powolniejsze, dużo niższe, bardziej gorzkie i spowite dymem The Unforgiven Metallici. Może mi się to tylko wydawać, ale czuję, że jest w niej coś, co bym określiła jako dawno oswojone. Słucha się jej przyjemnie i śmiało postawiłabym ją wśród moich ulubionych utworów. A tematycznie? Pierwsze skojarzenie to św. Piotr przeniesiony do Apokalipsy św. Jana, ale w tle dzwoni Quasimodo (lub inna profaniczna postać), sygnalizując stan zagrożenia.

Unthroned Creed to gorzkie wspomnienie i żal związany z błędami z przeszłości. Wyznanie do 3 minuty jest nudne i bezemocjonalne. W mojej opinii nie dotrzymuje poziomu poprzednim trzem utworom. Słuchając jej, czuję rosnącą irytację i nie potrafię się wczuć w opowiadaną w niej historię. Zdecydowanie nie przedstawia sobą żadnej świeżej jakości. Myślę, że growl mógłby uratować monotonne brzmienie tego utworu.

Zobacz również: Cradle of Filth – Necromantic Fantasies – relacja z koncertu w warszawskiej Progresji

Zupełnie inaczej ma się sprawa w przypadku piątego utworu, który trwa aż jedenaście minut. Już po krótkim intro słuchacza atakuje świetny growl, który sporadycznie jest przerywany przez szarpiący dźwięk gitary. Mowa oczywiście o The Apocalyptist. Warstwa tekstowa ponownie zahacza o morską, mityzowaną opowieść. Jest to zderzenie ze wzniosłością w postaci natury, której nie da się okiełznać. Przypomina mi fabułę filmu Demeter: Przebudzenie zła.

A starving heart to świat zaraz po katastrofie. Życiodajna woda się kończy, ale również swój finał w świecie ma wszystko to, co symbolizuje. Czy to zapowiedź nowych czasów, w których człowiek musi się wyzbyć siebie, aby przetrwać? Czysty wokal miesza się z growlem. Utworu słucha się przyjemnie, ale zdecydowanie nie dorównuje The Apocalyptist i Thornwyck Hymn.

Kompozycję zamyka Crushed Embers to pożegnanie. Nie pozostaje nic więcej ponad ból. Nie ma już krzyku, po policzkach kobiety płyną długo wstrzymywane łzy. Piękna, żałobna elegia, do której można wracać i wracać w trakcie samotnych, wieczornych spacerów lub przysłuchiwać się jej z kubkiem czarnej kawy, lub herbaty w ręce. Tak jak Her Dominion kończy się nagle, zbyt pośpiesznie i zostawia słuchacza zdezorientowanego.

Zobacz również: Judas Priest – Invincible Shield – recenzja albumu

My Dying Bride odwołuje się do brzmienia, które znamy, czyli solidnej bazy ciężkich, powolnych brzmień nawołujących do kontemplacji. Wielkim plusem jest czerpanie z różnych motywów i toposów w warstwie tekstowej utworów, które w efekcie stają się niejednoznaczne. Na uwagę zasługują również przepełnione smutkiem i mrokiem teledyski do Thornwyck HymnThe 2nd of Three BellsA Mortal Binding sukcesywnie buduje klimatyczną, gotycką opowieść, którą zwieńcza dezorientacja, niepewność i niepokój.

Cover płyty jest jednym z lepszych, które widziałam i odwołuje się do pojawiających się w tekstach niebiańskich ptaków. Płyta jest jak błądzenie po mokradłach i uciekanie przed potworami, które tak naprawdę są gdzieś głęboko w każdym z nas.  Czy kompozycja jest udana? Jeśli zwrócić uwagę na fakt, że rozbudza w słuchaczu rozliczne emocje, to odpowiedź będzie na tak. Pojawia się jednak pytanie, czy najnowszy album jest godnym następcą The Ghost of Orion? Moim zdaniem krążek z 2020 roku jest o wiele bardziej spójny pod względem instrumentalu i wokalu. Warto, chociaż przypomnieć sobie takie utwory jak: Your Broken ShoreThe Solace, czy The Long Black Land. Nie jestem jeszcze pewna czy A Mortal Binding przywiąże mnie do siebie na stałe. Myślę, że krążek wymaga kilkukrotnego przesłuchania.

Fot. główne: okładka albumu studyjnego A Mortal Binding zespołu My Dying Bride

Plusy

  • Roztacza kontemplacyjny, melancholijny klimat
  • Skrzypce, riffy gitarowe
  • Growl

Ocena

8 / 10

Minusy

  • Czysty wokal często nie oddaje emocji
  • Odrobinę niespójna kompozycja
  • Budzi uczucie niedosytu i dezorientacji
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze