Na polski rynek komiksowy trafiła kolejna pozycja, o której mówi się, że opowiada już kultową historię grupy X-Menów. Plan x-terminacji według mnie nieco już się zestarzał, ale wciąż daje radę!
Punkty zwrotne to nic innego jak komiksy składające się na klasyczne i przełomowe historie ze świata X-Menów. Serię zapoczątkował Egmont w 2021 roku komiksem Kompleks mesjasza. Niedługo później premierę miały tomy Wojna o mesjasza oraz Powtórne przyjście – uzupełniające trylogię o Hope Summers. Opowiadały o konsekwencjach słynnego: „Nigdy więcej mutantów” z komiksu Ród M. Na rynek trafiły także starsze przygody grupy przewodzonej przez Profesora X jak: Masakra mutantów, Upadek mutantów czy Inferno. Niemal wszystkie przypadły mi do gustu, dlatego też nie mogłem doczekać się Planu x-terminacji. Tym bardziej że podczas panelu Egmontu na zeszłorocznym MGFiK w Łodzi publiczność wydawała się niezwykle zadowolona z tej zapowiedzi. Jak zatem wypadł komiks?
Zobacz także: Status 7 – recenzja komiksu. CyberWawa w natarciu
Pierwotnie zeszyty składające się na wydarzenia Planu x-terminacji zostały wydane na przełomie lat 80. oraz 90. i składają się na nie następujące pozycje: Uncanny X-Men #235–238 oraz #270-272, X-Factor #60–62, a także New Mutants #95–97. Fabuła jest ściśle związana z wyspiarskim państwem Genosha. W 3 pierwszych zeszytach śledzimy misję ratunkową Jennifer Ransome i Madelyne Pryor prowadzoną przez zespół X-Menów. Warto zaznaczyć, że wydarzenia te miały miejsce przed historią zawartą w X-Men. Punkty zwrotne. Inferno. Jest to podbudowa wątków kryjących się za właściwą już X-terminacją. Kontynuując lekturę, obserwujemy grupy mutantów podczas ataku, na skutek którego zostają porwani niektórzy członkowie New Mutants oraz X-Menów. Aby uratować przyjaciół z opresji, reszta rusza im na ratunek. Jednak nie będzie tak łatwo i nie obędzie się bez strat…

Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, bo oferuje ona naprawdę sporo zaskoczeń. To, co uwielbiam w komiksach z tego okresu, to brutalność świata i to, że scenarzyści kolokwialnie mówiąc – się nie pierdzielili. W tym przypadku scenarzystami są: kultowy (zasłużenie) Chris Claremont oraz wieloletnia autorka komiksów o mutantach – Louise Simonson. Fabuła jest jednym z jaśniejszych punktów X-terminacji. Jest krwiście, nie obywa się też bez kontuzji bohaterów, czy nawet śmierci, co odciśnie piętno na niektórych członkach grupy. Antagonista co prawda nie należy do najbardziej rozbudowanych charakterów w historii amerykańskiego komiksu, a jego motywacje ograniczają się do chęci zemsty, jednak jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza. Samo zagrożenie i wielowątkowość historii Genoshy nieco łagodzi fakt banalności złoczyńcy.
Zobacz także: Korowód – recenzja książki. W duszy autora
Muszę jednak przyznać, że jak dla mnie po niektórych dialogach widać już upływ lat. Nieco zardzewiały i przez niektóre dymki już trudniej przebrnąć. Nic jednak dziwnego, bo od premiery minęło już ponad 30 lat. Zdarzały się takie fragmenty, a już szczególnie podczas akcji w drugiej połowie lektury opowiadającej o grupie z Jubilee, że musiałem niejednokrotnie przerywać czytanie, aby skupić się na czymś innym. Był to po prostu wybijający i najzwyczajniej nudny wątek. A szkoda, bo bardzo lubię postać Jubilee, a już szczególnie rysowaną przez Jima Lee. Jednak te drobne uwagi dotyczące scenariusza nie są w stanie umniejszyć talentu Claremonta, bo nie bez powodu z tym nazwiskiem kojarzy się bardzo dobra jakość.

Pora nieco pochylić się nad aspektem wizualnym Punktów zwrotnych. Planu x-terminacji, bo dzieje się tu naprawdę sporo. Jako iż tom skupia w sobie aż 3 serie, to i rysowników jest wielu. Możemy podziwiać takich artystów jak: Jim Lee, Rob Liefeld, Rick Leonardi, Marc Silvestri, Jon Bogdanove, Guang Yap czy John Caponigro. To niemal cała śmietanka ilustratorów działająca przy X-Menach w tamtych latach. Choć każdy z nich zrobił naprawdę dobrą robotę, to nie można nie wyróżnić jako pierwszego Jima Lee. Jego niepodrabialny styl jest wisienką na torcie tego komiksu. Myśląc o X-Menach w latach 80. i 90, trudno nie wspomnieć o Lee – podziwianie jego ilustracji to zawsze sama przyjemność.
Zobacz także: Czarownica Zora. Tom 1. Czarownica idzie do szkoły – recenzja komiksu
Rob Liefeld również wzbogaca całość swoim stylem, jednak trudno nie zwrócić uwagi na jego już legendarny brak umiejętności rysowania stóp. Najbardziej odstawał mi chyba styl Jona Bogdanove, a już szczególnie przy bardziej zapełnionych kadrach. Za to trzeba przyznać, że jego styl najbardziej pasował mi przy przedstawieniu antagonisty – był odjechany i zasadnie paskudny. Marca Silvestri polubiłem już przy okazji lektury poprzedniego tomu Punktów zwrotnych. i to jego okładki najbardziej przypadły mi do gustu. Przeglądając jego prace, okładka Uncanny X-Men #251 mocno mi się spodobała (wiem, że tego zeszytu nie ma w Planie x-terminacji, jednak żal o nim nie wspomnieć).

X-Men. Punkty zwrotne. Plan x-terminacji pomimo upływu lat trzyma się zaskakująco dobrze. Co prawda nie obyło się bez nieco drętwych dialogów, ale to już symbol tamtych czasów. Wizualnie tom stoi na naprawdę wysokim poziomie. Dzięki takim artystom jak (między innymi) Jim Lee czy scenarzysta Chris Claremont ten komiks cieszy się zasłużonym uznaniem i statusem klasyka. Już nie mogę doczekać się kolejnego zeszytu z cyklu Punktów zwrotnych – Pieśni Egzekutora, który Egmont zaplanował na grudzień tego roku.
Źródło grafiki głównej: okładka komiksu X-Men. Punkty zwrotne. Plan x-terminacji / Egmont

