Łowcy Zombie (2015), reż. Christopher Landon
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy będąc skautem, będziecie mieć szanse na uratowanie miasta przed apokalipsą zombie? Bohaterowie tego filmu prawdopodobnie też nie. Bardzo wulgarna komedia z zombiakami w roli głównej, której można zarzucić bardzo nierówny poziom. Nader wszystko jednak, trzeba ją docenić ze względu na kilka świetnych, a przede wszystkim świeżych pomysłów. Których nie pamiętam. Ale zapisałem sobie kiedyś, że są, więc, hej – muszą być.
Maggie (2015), reż. Henry Hobson
Nastoletnia Maggie zostaje zainfekowana zombie wirusem. Jedyną osobą, na którą może liczyć jest jej ojciec. Arniemu zachciało się w dramaty i, cholera, dobrze, że mu się zachciało, bo jest jednym z niewielu pozytywnych elementów Maggie. I to nawet pomimo dobijającego, charakterystycznego akcentu! Abigail Breslin natomiast powraca do światka zombie, by tym razem wcielić się w jednego z nich – można powiedzieć, że w końcu podjęła się roli, pasującej do jej aktorskich umiejętności. Film charakteryzuje szary, brudny wręcz klimat. Pomysł dobry, lecz realizacja w kilku miejscach zawodzi.
Zombie Express (2016), reż. Sang-ho Yeon
Azjatyckie horrory są w pytę. Na tym mógłbym zakończyć w sumie moje odczucia związane z Zombie Express. Początkowo podchodziłem dość sceptycznie do koreańskich zombiaków i szczerze mówiąc potrzebowałem dwóch seansów Expressu, by go w pełni docenić. A jest co doceniać. Jak tak teraz o nim myślę, przypomina mi się co napisałem przy wrażeniach z filmu 28 dni później. Train to Busan również kładzie mocny nacisk na bohaterów i ich życiowe dramaty. I tego w dzisiejszych horrorach często brakuje – postaci z krwi i kości. Dzieło Yeona zawiera ten ważny element budowy filmu i chwała mu za to. Natomiast od sequela radzę się trzymać z daleka.
Jednym cięciem (2017), reż. Shin’ichirô Ueda
Ludzie, jakie to są jajca… Jednym Cięciem udowadnia, że umysły Japończyków to wciąż jest abstrakcja. W tym wypadku – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie chcę zdradzić za dużo, bo niektóre filmy wręcz powinno oglądać się w ciemno. Powiem tylko tyle – początek mnie nie chwycił, lecz im dalej, tym z większym zaangażowaniem to się ogląda. No tak jak mówię, jajca nie z tej ziemi, panie Ferdku. Chrzonek, czekam na artykuł o tym filmie!
Wygłodniali (2017), reż. Robin Aubert
Odpalając ten film na Netflixie (ha tfu), nastawiałem się na festiwal żenady. Kanadyjscy Francuzi nakręcili film o zombie? Błagam, śmiechu warte. Ani Kanada ani tym bardziej Francja nie przywodzą na myśl niczego pozytywnego. O, ci pierwsi wypuścili na świat Justina Biebera, a ci drudzy poddali Paryż podczas wojny – voila. A tu proszę – Wygłodniali w końcu zaspokoili mój głód (hah, doskonała gra słów, Panie Redaktorze!). Głód wywołany brakiem filmów z zombiakami, które stawiałyby bardziej na klimat i powolne budowanie napięcia, niżeli na rozwałkę. Wiem, że jestem w mniejszości i oceny raczej nie przemawiają za tym filmem, ale może warto dać mu szansę, tak jak ja to zrobiłem.
Truposze nie umierają (2019), reż. Jim Jarmush
Jak kocham Jarmusha, tak jego styl w połączeniu z filmem o zombie wypada dość średniawo. Ni to pastisz, ni to parodia, a pretensjonalny przekaz nie dość, że bije po twarzy, to nie odkrywa niczego na nowo. Romero w 1978 już przemycił go w swoim Świcie i to w znacznie subtelniejszy sposób. Niemniej, to wciąż film Jarmusha. Unikat, od którego nie pozwala oderwać się dwójka głównych aktorów, Bill Murray i Kylo Ren. Dlatego – siłą rzeczy – musiał znaleźć się w naszym rankingu Najlepsze filmy o zombie.
CZYTAJ DALEJ: NAJLEPSZE FILMY O ZOMBIE

O panie, z listy zombie tylko Coś tam żywych trupów pamiętam, jak za dziecka oglądałam i to, pamiętam scenę zaciupania kobiety szpachlą przed ukąszone dziecko.
Zaś Residenta 1 – to ja cenię, lubię ten film. Miał swój klimat – reszta części już były mocno przekombinowane. Serial zaś Żywych trupów hmm może do początków 5 sezonu dotrwałam. Koszone trawniki w końcu zrobiły swoje 😀
To Noc Żywych Trupów oglądałaś w takim razie 😛 A Żywe Trupy to naprawdę niezły serial, ale ma momenty, po których sam go rzucałem. Ze trzy razy się zdarzyło – koło czwartego, szóstego i ósmego sezonu. Za każdym razem dawałem szansę i cieszę się, że go ostatecznie nie rzuciłem. Chociaż powiem Ci, że od 7 sezonu to ten serial robi właściwie jedna postać – Negan. I dla niego się ogląda to tylko
Ciągle na tej stronie przywołujesz White Zombie (1932), kiedy o wiele lepszym filmem z tamtej epoki jest I Walked with a Zombie (1943), zasłużonego zresztą dla horroru reżysera (autor najbardziej cenionego horroru z lat 40. – Cat People).
Do kanonu należą też Żywe trupy w Manchester Morgue (1974), które według aspiracji rzymskiego studia miały być Nocą żywych trupów w kolorze (udało się). No i nie zapominajmy o O miłości i śmierci (1994), udanym mariażu horroru i czarnej komedii.