Lore – recenzja książki. O tym, jak spi*rdolić świetny pomysł idiotyczną fabułą

Lore uzbierała wokół siebie mnóstwo ochów i achów, ciesząc się pozytywnym odbiorem szczególnie wśród płci pięknej. Co się jednak stanie, kiedy spojrzymy na nią surowym okiem? Cóż, westchnienia zmienią się w okrzyki rozpaczy. 

Alexandra Bracken szturmem wbiła się na listy bestsellerów New York Timesa głośną serią Mroczne umysły. Pozytywne przyjęcie przez młodzież zapewniło jej status jednej z popularniejszych i poczytnych – mimo skromnego dorobku – autorek. Nadszedł rok 2021, a wraz z nim Lore – przełomowa książka zapowiadająca się jako głośny bestseller.

Określana jako połączenie Igrzysk Śmierci z Percy’m Jacksonem, Lore opowiada o potomkini Perseusza, której dziedziczną rolą jest walka w co siedmioletnim Agonie – tygodniowych igrzyskach między herosami a Bogami, tymczasowo strącanymi na ziemię w śmiertelnych ciałach. Tradycja trwa od wieków, a heros, który zabije Boga, przejmie jego imię i moce.

Zobacz również: Horrorstör – recenzja książki. Ikea z piekła rodem

Lore
Lore, oficjalny plakat

Książkową podróż zaczynamy wraz z Lore – dziarską bohaterką o dość heroicznym usposobieniu. Z jej perspektywy nie dowiadujemy się jednak przesadnie dużo o Agonie, który właśnie się zaczyna, wszak Lore decyduje się nie brać w nim udziału. Siły wyższe wpływają na jej decyzję, gdy u progu swego domu znajduje ranną Boginię, Atenę. Lore zupełnie nie dziwi widok Boga z podziurawionym torsem klęczącego na ziemi przed jej domem – najwyraźniej zdarza jej się to często – toteż zaprasza Atenę na gorącą herbatkę i kąpiel.

I tu zaczyna się fabularny rozgardiasz. Bohaterowie, na czele z Lore, Ateną, Milesem (jej przyjacielem-gejem, oczywiście) decydują się wziąć udział w Agonie, by zabić Aresa, no bo w sumie brutalnie wymordował Lore całą rodzinę, więc może warto się zemścić. Mając u boku Boginię, dziewczyna czuje się pewniejsza, a gdy dowiaduje się, że jej przyjaciel, Castor, został nowym Apollem, jej siła wzrasta dwukrotnie. Fascynujące, nieprawdaż? W naszym gronie bohaterów znalazło się już dwóch Bogów! Możemy się szykować na fascynujące popisy ich mocy oraz epickie sceny walki, prawda? No cóż, nie. Bogowie okazują się bowiem przeciętni i przeokrutnie nudni.

Zobacz również: Saga Barsoom – recenzja. 10 tomów przygód (nie tylko) Johna Cartera na Marsie

Lore zaczyna dążyć do pewnych celów, coś tam robi, w sumie to cholera wie co, ciężko się połapać w toku fabularnym, bo jest pokrętny i zgoła niezrozumiały. Na szczęście autorka z czasem zaczyna tłumaczyć, co się wokół dzieje, czym jest cały Agon, jaka jest historia Lore i dlaczego tak bardzo zależy jej na zemście. Jeżeli jeszcze nie zasnęliście, to teraz zrobi się trochę ciekawiej.

Żartowałem, wcale nie będzie ciekawiej.

Otóż, moi drodzy, nie mamy do czynienia z fantastyką. Wątków nadprzyrodzonych jest tyle, co kot napłakał, a z grecką mitologią historia ma tyle wspólnego, że czasem wystąpią jakieś postacie o boskich imionach, które rzekomo są Bogami (choć ciężko w to uwierzyć). Jeżeli oczekiwaliście połączenia Igrzysk i Percy’ego, to zawiedziecie się boleśnie. Jeżeli oczekiwaliście popisów boskich mocy, epickich walk i morderczych intryg, to zawiedziecie się jeszcze boleśniej.

Zobacz również: The Book of Boba Fett – recenzja serialu. Co tu właściwie nie wyszło?

Czymże jest jednak Lore, skoro nie fantastyką? Otóż romansem, i to romansem pełną parą. To nie jest historia o żadnych igrzyskach i herosach, o żadnych walkach i mitach. To wszystko tylko tło. Na głównym ekranie przewija się jeden, podstawowy wątek: miłość dwójki głównych bohaterów. Całą resztę – pieprzyć. Naprawdę myśleliście, że bestsellerowa książka okaże się ciekawym przeżyciem zabarwionym mistyczną fantastyką, a nie kolejnym sztampowym romansem dla młodzieży?

Dążę do tego, że książka jest płaska jak cholera (choć niektóre dziury fabularne można przyrównać do rowu mariańskiego). Absurd goni absurd, a choć fabuła często skręca i zawija, zmieniając tor – co generalnie jest plusem – ostatecznie mało nas obchodzi, nie koncentruje się na niczym konkretnym, opowiada historię wyciągniętą z dupy. Do jasnej cholery, zamysł fabularny to herosi walczący z Bogami w śmiertelnej rozgrywce. Przecież to jest genialne! Po uważnym przeliczeniu (z kalkulatorem w ręku) dochodzę do konkluzji, iż Alexandra Bracken wyciągnęła z pomysłu dokładnie 0,4% fabularnego potencjału.

Boże, czy ona naprawdę zmarnowała ten genialny motyw na stworzenie romansidła?

Lore
Alexandra Bracken podczas spotkania autorskiego w Madrycie, fot. Oficjalny fanpage autorki

Poza powyższym, ubolewam nad nikłym warsztatem pisarskim i szkaradnie ograniczoną wyobraźnią autorki. Nie doświadczymy tu żadnego ciekawszego opisu, żadnych głębszych emocji przelanych na papier, nic, na czym można zawiesić oko. Lore jest przegadana, wszystko owija się tylko wokół relacji bohaterów. I okej, może się czepiam na siłę, może o tym miała być ta książka, nie każdy musi rozwodzić się nad wiatrem szumiącym w koronach drzew i deszczem bębniącym w blaszane dachówki. Problem tkwi jednak w tym, że Lore pozostawiła mnie z pustką w głowie, wszak nie utworzyła w mej wyobraźni wyobrażenia ani jednego miejsca. Tak, Alexandra Bracken nawet raz nie opisała miejsca akcji, jedynie skromnie nazywając pokój pokojem, a salę salą. Mój umysł potrzebuje pożywki w postaci obrazów rysowanych słowem, a Bracken w to nie umie.

Zobacz również: Krzyk – recenzja filmu. No trochę późno ta recenzja, ale kto mi zabroni?

Lore nie była nudna, fabuła stanowiąca zmarnowany potencjał zawierała dużo zwrotów akcji i ekscytujących wydarzeń. Nie była nudna, tylko nieciekawa. A w dodatku głupia jak but. Momenty trwające kilka sekund, podczas których bohaterowie przegadują kilka stron, psychopatyczna morderczyni poświęcająca się w imię osoby, której wyrżnęła rodzinę, czy apogeum idiotyzmu gdy miasto się wali, a dwójka pobocznych bohaterów zaczyna się namiętnie lizać (prawie płakałem na tej scenie, ale nie ze wzruszenia).

Lore
Alexandra Bracken, fot. Oficjalny fanpage autorki

Niestety, Lore to tania papka dla mas, lecąca po najmniejszej linii oporu, bez ambicji na bycie czymś więcej, niż kolejnym przeciętnym romansidłem. Zawiodłem się masakrycznie. A co najbardziej mnie mierzi, to fakt, iż w oceanie współczesnego pisarstwa ginie mnóstwo rewelacyjnych książek debiutantów, głębokich i kreatywnych, a może zakręconych i śmiesznych, ale przede wszystkim wartościowych pozycji pisanych piórem nieznanego autora, o którym świat nie słyszał. A tymczasem nazwisko, które raz wzniosło się na szczyty, może się nań utrzymać, pisząc byle szajs. Kurde, trochę mi przykro.

Zobacz również: Heartstopper. Tom 1 – recenzja komiksu. Szkolne problemy kochających inaczej

Ale dobrze już, koniec narzekania. Czas na plusy. Lore może zawodzi treścią, ale stanowi świetny produkt. Co by nie mówić, okładka wygląda olśniewająco i przykuwa wzrok złocistymi napisami na bieli, dumnie prezentując się na półce. A cena jak za pozycję liczącą niemal 600 stron jest aż zaskakująco niska, za co należy się dodatkowy plus dla wydawnictwa Jaguar.

Jeżeli nie macie wielkich oczekiwań, lubicie młodzieżowe romanse zakrapiane lekką fantastyką, nie przeszkadza wam brak jakiejkolwiek głębi i płaska fabuła – sięgnijcie po Lore. A jeżeli i was wymęczy, to cóż, przynajmniej będzie się ładnie prezentować na półce.

Plusy

  • Przyjemna dla oka okładka
  • Żart o żółwiu z rozdziału 16

Ocena

2.5 / 10

Minusy

  • Zmarnowanie ogromnego potencjału
  • 90% książki stanowią dialogi, co cementuje ją jako papkę dla mas
  • Pogmatwana fabuła bez większego sensu
Karol Żołowicz

Zawsze chętny do dyskusji o popkulturze, fanatyczny bibliofil i miłośnik filmografii. Wychowany na horrorach ubiegłego wieku, obecnie rozmiłowany w literaturze fantastyki i grozy. Kocha Lovecrafta, filmy z Willemem Dafoe, ciszę oraz pączki bez nadzienia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze