Czarownice nie płoną – recenzja książki. XXI wiek czy średniowiecze?

Jeśli komuś wydaje się, że współcześnie nie ma już polowań na czarownice, to niestety jest w błędzie – tłuszcza z pochodniami wciąż baluje w najlepsze, choć w nieco inny sposób, niż miało to miejsce lata temu. Jednak choć metody gnębienia się zmieniły, to zaściankowe myślenie wciąż jest takie samo. I Czarownice nie płoną prezentuje nam je w pełnej okazałości.

Czarownice nie płoną to wprawdzie już nie najnowsza, ale wciąż poczytna powieść autorstwa Jenny Blackhurst. Opowiada ona o jedenastolatce imieniem Ellie oraz jej nowej terapeutce, Imogen. Ellie przeszła przez piekło – jej rodzice i młodszy brat spłonęli w pożarze, zaś ona sama ledwie go przetrwała. Obecnie znajduje się pod opieką rodziny zastępczej, jednak nawet tutaj nie może zaznać spokoju. Ludzie z miasteczka, w którym zamieszkała, traktują ją jak wiedźmę: są przekonani, że jedenastolatka ma nadprzyrodzone zdolności i sprowadza katastrofy na każdego, kto jej podpadnie. Brzmi absurdalnie? Oczywiście, że tak. A przynajmniej takiego właśnie zdania jest Imogen – psycholog przydzielona do resocjalizacji Ellie. Kobieta postanawia więc zrobić wszystko, co w jej mocy, aby zakończyć małomiasteczkowe polowanie na czarownicę. Szybko jednak okazuje się, że to wcale nie takie proste, a wiecznie towarzysząca Ellie seria nieszczęść nie może być zwykłym przypadkiem.

Zobacz również: Niewidzialny – recenzja książki. Kowalski jednak nie aż taki szary

Fabuła książki, być może za wyjątkiem jednej rzeczy, jest naprawdę dobra. Początkowe założenia wydają się proste – ot, Imogen stanie w obronie Ellie i naprawi jej reputację w mieście. Szybko jednak wychodzi na jaw, że życie nie jest takie proste. Imogen popełnia liczne błędy oraz napotyka wiele przeciwności, które nie tylko utrudniają jej zadanie, ale wręcz sprawiają, że sama już nie wie, czy aby na pewno to ona ma rację. I ja jako czytelnik też przez chwilę miałam takie wątpliwości. Autorce udało się świetnie stworzyć napięcie oraz utrzymać je do samego końca, umiejętnie pogrywając z oczekiwaniami odbiorcy aż do ostatniego zdania. Bez spoilerów chyba nie dam rady zbyt wiele opowiedzieć, aczkolwiek jedno muszę przyznać – fabuła naprawdę mnie wciągnęła.

Jedyna obiekcja, jaką mam odnośnie treści, to wyjaśnienie intrygi. Wydaje mi się ono mimo wszystko trochę naciągane. Wiadomo, niektórzy ludzie są sprytniejsi niż inni, aczkolwiek nie posądzałabym dzieci o aż taki zmysł geniusza zła. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale po prostu musiałam zwrócić na to uwagę, bo autorka zauważalnie przecenia kompetencje niektórych nieletnich i nieco mnie to gryzło pod koniec książki. Powieść ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów, jednak jeśli już trafi się ten drugi, to nie ma co go bagatelizować.

Zobacz również: Harry Angel – recenzja książki. Anioł czy diabeł?

A skoro już o zdolnościach bohaterów mowa, to może przyjrzyjmy się bliżej postaciom samym w sobie. Jest ich dosyć sporo, ale pozwolę sobie skupić się wyłącznie na dwóch najważniejszych – Imogen i Ellie. Prócz nich jest jeszcze kilka, o których mam sporo do powiedzenia, jednak wtedy ta recenzja zmieniłaby się w pokaźną litanię, więc może nie tym razem.

Zacznijmy więc od Ellie Atkinson, tytułowej „czarownicy”. Ellie jest jedenastolatką, która po utracie najbliższych trafiła do rodziny zastępczej z małego angielskiego miasteczka. Nie wiedzie jej się tam jednak najlepiej – mieszkańcy są do niej wyraźnie uprzedzeni przez jej specyficzne zachowanie oraz serię przykrych wypadków, jakie przydarzały się osobom uprzykrzającym dziewczynce życie. Wielu ludzi sądzi, iż mała ma nadprzyrodzone zdolności sprawiające, iż jej wrogom dzieją się złe rzeczy. Z tego też powodu Ellie jest dręczona w szkole i nie otrzymuje wsparcia od przesądnych dorosłych, co tylko pogarsza jej i tak nie najlepszy stan psychiczny.

Zobacz również: Star Wars. Wielka Republika. Na ratunek Valo – recenzja książki

Atkinson to całkiem wiarygodnie napisana postać – oczywiście pod warunkiem, że czytelnik jest gotowy zaakceptować jej wyjątkową jak na jej wiek inteligencję, bo nie każdemu musi to odpowiadać. W jej zachowaniu bez problemu można dostrzec nieprzepracowane traumy przedstawione w całkiem prawdopodobny sposób (chociaż brak lęku przed ogniem po przeżyciu pożaru nieco mnie zdziwił). Dziewczynka jest zamknięta w sobie, niechętna wobec innych oraz wycofana, ale jednocześnie wciąż łatwowierna; poczucie osamotnienia wyraźnie jej doskwiera, przez co jest gotowa zaufać każdemu, kto okaże jej odrobinę sympatii. Jednakże ci, którzy już tę sympatię stracą, mogą liczyć na całą wiązankę złorzeczeń zafundowanych im przez Ellie w jej wyobraźni. Ale chociaż w myślach dziewczynkę stać na wiele wymyślnych tortur, to w rzeczywistości nie skrzywdziłaby muchy. A przynajmniej tak nam się początkowo zdaje, bo im dalej w las, tym mniej jest to pewne.

Imogen z kolei może się okazać trochę irytująca dla niektórych czytelników. Kobieta jest psychologiem (jak dla mnie bardziej psychoterapeutą, ale dobra, niech ci będzie, książko), ale jednym z tych wyjątkowo niekompetentnych. Kobieta cierpi na typową dla nowicjuszy w tym zawodzie przypadłość – nie potrafi panować nad swoimi uczuciami i traktuje sprawy pacjentów zbyt personalnie. Przed rozpoczęciem książki raz już gorzko tego pożałowała, ale najwyraźniej niczego jej to nie nauczyło. I wszystkim im przyszło za to zapłacić.

Zobacz również: Billy Summers – recenzja książki. Dobrzy, źli i Billy Summers

Prócz swojej zawodowej niekompetencji, Im cechuje również generalna emocjonalność. Jest empatyczna oraz wcale niegłupia, ale przy tym piekielnie uparta, impulsywna i dumna. Stara się pomagać innym ludziom, ale jej własne nieprzepracowane traumy powodują, że wychodzi jej to mocno średnio. Pomimo dobrych zamiarów często podejmuje błędne decyzje, na których cierpi nie tylko ona, ale także wszyscy wokół. W Czarownicach zdarza jej się takich sporo i właśnie przez to wielu czytelników może nie pałać do niej szczególną sympatią. Mylić się jest rzeczą ludzką, ale w momencie, kiedy bohaterka popełnia gafę za gafą, trudno jest się nie sfrustrować.

A zatem czy to źle, że poprowadzono tę bohaterkę w tak działający na nerwy sposób? Moim zdaniem nie. Czarownice nie płoną za jej pomocą pokazują, że czasem dobre chęci to znacznie za mało, żeby wszystko poszło gładko. Do niektórych spraw potrzeba również odpowiednich zasobów i kompetencji. Zaś jeśli się takowych nie posiada, to lepiej się za te sprawy nie brać, bo można wyrządzić więcej złego niż dobrego. Dla mnie jest to ważny, a niestety niejednokrotnie olewany temat. Powieść Jenny Blackhurst za to ograła ten wątek w sposób bardzo ciekawy oraz całkiem przystępny, za co ma ode mnie duży plus.

Zobacz również: Wilgość – recenzja. Obskurny zew realności

Styl i język, którym napisano Czarownice nie płoną oraz ogólnie technikalia polskiego wydania są na dobrym poziomie. Rozdziały są króciutkie, pisane dwoma różnymi typami narracji – pierwszoosobowym z perspektywy Imogen oraz trzecioosobowym, najczęściej śledzącym poczynania Ellie. Oba z nich czyta się bardzo przyjemnie, przeskoki między jednym a drugim w niczym mi nie przeszkadzały. Błędów językowych też chyba nie napotkałam, literówkę może z jedną. Podsumowując więc – od strony wykonania nie mam nic do zarzucenia.

W ogólnym rozrachunku Czarownice nie płoną to naprawdę dobra książka. Nie idealna, ale wciąż świetna. Jenny Blackhurst przedstawiła nam ciekawą historię z porządnie napisanymi bohaterkami w roli głównej oraz dwiema ważnymi lekcjami moralnymi podanymi w nienachalny sposób. Chociaż na początku nie byłam do końca przekonana, to wcale nie żałuję, że sięgnęłam po tę powieść. Serdecznie polecam innym niezdecydowanym zrobić to samo.


Czarownice nie płoną

Autor: Jenny Blackhurst
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawca: Albatros
Premiera: 3 października 2018 r.
Oprawa: miękka
Stron: 416
Cena: 39,90 zł

Plusy

  • Trzyma napięcie
  • Ciekawie poprowadzona akcja z nieoczywistym, otwartym zakończeniem
  • Przyjemny styl pisarski i dobrze dobrana długość rozdziałów ułatwiająca szybkie czytanie

Ocena

8 / 10

Minusy

  • Niektóre dzieciaki potrafią bez większego problemu egzekwować plany, z którymi mało który dorosły by sobie poradził. Geniusze zła, chciałoby się rzec
Patrycja Grylicka

Zapalona fanka Far Cry 5 oraz książek Stephena Kinga. Zna się na wszystkim po trochu i na niczym konkretnie, ale robi, co może, żeby w końcu to zmienić i się trochę ustatkować.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze