X – recenzja filmu. Slashery powracają?

Grupka młodziaków, domek na odludziu, dziwni sąsiedzi i śmierć wisząca w powietrzu. No i krew. Dużo krwi. Oto recepta na dobry slasher. Czy jednak po pięćdziesięciu latach od powstania gatunku można wnieść do niego coś świeżego? X udowadnia, że tak.

Kult slasherów, rozpoczęty w latach 70-tych takimi perełkami jak Krwawy obóz, Czarne święta czy legendarna Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną, przez dwie dekady stanowił sedno horrorowej filmografii. Z czasem jednak popyt na gatunek zmalał, a od początku obecnego wieku powstało ledwie kilka wartych uwagi produkcji. Okazuje się jednak, że kult nie zginął, a jedynie tymczasowo przycichł. Niedawno na światło dzienne wyszedł świetny remake Krzyku, nienajgorszy powrót postaci Leatherface’a w Teksańskiej masakrze, a teraz produkcja pod tajemniczym tytułem X. Obejrzenie tej ostatniej przyniosło mi najwięcej satysfakcji, bowiem wszystko wskazuje na to, iż slashery powracają na ekrany.

Zobacz również: Najlepsze filmy lat 70-tych

Późne lata 70-te, odludne prerie Teksasu. Grupka młodych filmowców wynajmuje domek nad jeziorem, by tam, w zaciszu i bez ciekawskich spojrzeń, nakręcić film. Właścicielem domku jest nieco zdziwaczały staruszek, mieszkający nieopodal ze swoją niepokojącą żoną. Mężczyzna nie ukrywa swojej niechęci wobec nowych lokatorów, ci są jednak zbyt ślepi, by dostrzec niebezpieczeństwo kryjące się za jego pogardą. A za to, jak już się wszyscy domyślamy, przyjdzie im srogo zapłacić.

Zobacz również: Wiking – Recenzja filmu. Sztuka w świecie popkultury.

Młodzi bawią się w najlepsze, zapominając o całym świecie i oddając się swojej produkcji – ich zamiarem jest nakręcić film porno. Wątek ten wypada całkiem nieźle, dodając smaczku niepokojącej otoczce. X obrazuje nagość zarazem arogancko jak i subtelnie, ale przede wszystkim szczerze. Grupka filmowców bawi się w najlepsze, dziewczyna od sprzętu przełamuje swoją pierwotną niechęć i decyduje się wystąpić w filmie, co rodzi dyskusję o uciechach i przyjemnościach młodości. W tle przelewa się alkohol i sypią narkotyki. Stare małżeństwo zaś niepokoi coraz bardziej, ingerując w życie filmowców.

X
Fot. Materiały prasowe

Na pierwszą scenę śmierci trzeba nieco poczekać, ale to dobrze – X rozkręca się powoli, eufemicznie opowiada o bolączkach starości, tęsknocie i bólu za utraconym pięknem. Obok tej subtelnej, momentami nieco filozoficznej nici, rozciąga się druga, drżąca i napięta, przypominająca co pewien czas, że oglądamy horror, pozwalająca zasmakować przyszłych wydarzeń choćby idealnie okrojoną sceną z aligatorem. Staruszkowie wzbudzają lekko odrażającą awersję swoją do przesady podkreśloną charakteryzacją, to jednak tylko pierwsza warstwa. Pod nią kryją się niepokojące zachowania starej kobiety, przepełnione wstrętną, seksualną fascynacją i nienawistne, pełne pogardy nastawienie jej męża.

Zobacz również: Najlepsze horrory w historii

W końcu, po ponad połowie czasu ekranowego ginie pierwszy z bohaterów. I choć scena jest szokująca i brutalna, to jednak mało satysfakcjonująca. Podobnie ma się sprawa z drugą śmiercią. Mimo niezłego suspensu obie są mało wyrafinowane, bohaterzy giną na ekranie ot tak. Stanowią one jednak początek do najważniejszego aktu slashera, na który czekał każdy z widzów. Nawet ja zacisnąłem dłonie pod fotelem. Oto bowiem rozpoczęła się rzeź.

X
Fot. Materiały prasowe

Krew, wrzask, rosnące napięcie. X zgrabnie realizuje stateczną formułę slashera, doskonale radząc sobie z obrazowaniem grozy. I choć czerpie dużo z klasyków, przywołując choćby ciężką atmosferę Teksańskiej Masakry, to udaje mu się dodać trochę od siebie. Na piedestale kładzie ludzką zazdrość i zawiść, przerażając starością, która czeka nas wszystkich. Ci 'źli’, to tym razem nie psychopaci lub nadnaturalne istoty, lecz ludzie. Przepełnieni uczuciami, które władają ich życiem, bezsilni wobec tęsknot własnego serca. No, a przy tym lekko popierdoleni. Ale jednak ludzie.

Zobacz również: Morbius – recenzja filmu. Let’s (finaly) check this SH*T out

X to powiew świeżości, jakiego potrzebowaliśmy od lat. Choć slashery są obecnie na wymarciu, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby spróbować wskrzesić ten legendarny gatunek. A być może stoimy właśnie w tym momencie filmowej historii, który jest do tego idealny. Reżyser Ti West postawił pierwszy krok w kierunku powrotu slasherów, udowadniając, że nie wszystko w ich temacie zostało powiedziane, a gatunek można odświeżyć. I na to liczę.

X
Fot. Materiały prasowe

Finalnie, X to zgrabny i kompletny slasher. W pełni świadomy siebie, utrzymuje się w konwencji a jednocześnie wnosi doń coś nowego. Stanowi przy tym godny hołd dla kultowych produkcji ubiegłego wieku, nie ukrywając, że trzyma się tej samej latorośli, którą utworzyli prekursorzy gatunku. A mówiąc czysto jako fan: produkcja Ti Westa stanowiła wspaniałą pożywkę, zamiast jednak zaspokoić, jedynie wzmogła mój apetyt. Co tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, iż czas na powrót slasherów.

Plusy

  • Zgrabne ogranie slasherowej konwencji
  • Świeże spojrzenie na motywację zabójców
  • Podwarstwowe przesłanie

Ocena

6.5 / 10

Minusy

  • Niesatysfakcjonujące, mało wyszukane sceny śmierci
  • Niewyrazisty klimat
Karol Żołowicz

Zawsze chętny do dyskusji o popkulturze, fanatyczny bibliofil i miłośnik filmografii. Wychowany na horrorach ubiegłego wieku, obecnie rozmiłowany w literaturze fantastyki i grozy. Kocha Lovecrafta, filmy z Willemem Dafoe, ciszę oraz pączki bez nadzienia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze